Established 1999

I CO TERAZ?

31 sierpnia 2014

Mistrzostwo i reszta - 22.09

Czym by tu zająć uwagę czytelników Decydenta? – zastanawia się Marek J. Zalewski.


Gamoniami z US Army, którzy w liczbie kilkunastu śmigłowców pogubili się, jak pijane dzieci we mgle, lecąc z Litwy do polskiego Mierosławca? Składem nowego rządu ukochanej Rzeczpospolitej? A może wygranym właśnie przez naszych siatkarzy mistrzostwem świata? Wiem! Wszystkim tym po kolei, acz w odwróconej kolejności…


A zatem tytuł mistrzów świata naszych siatkarzy… Gdy przed mistrzostwami podano skład naszej reprezentacji pomyślałem, że jest nieco eksperymentalny. Okazało się jednak, że Stefan Antiga zmontował zespół na medal i to w dodatku na medal złoty. O sile tej drużyny nie świadczy tylko sam zdobyty mistrzowski tytuł. Świadczy o niej to, że w drodze po złoto dwukrotnie wygraliśmy z Brazylią, która od lat jest najlepszą drużyną światowej siatkówki. A drugi z nią mecz był rzeczywiście rozegrany po mistrzowsku. A przecież nie tak dawno z Brazylią przegraliśmy dwukrotnie w ramach rewanżowego dwumeczu rozgrywek Ligi Światowej. Przegraliśmy te dwa mecze u nas, w Łódzkiej Arenie. A teraz? Dwa zwycięstwa i to w jakim stylu!


Stefan Antiga, grając kilka sezonów w naszej lidze poznał – jak się okazało – bardzo dobrze naszych siatkarzy, a mając do tego wieloletnie doświadczenie gry w reprezentacji Francji oraz asystę Filipa Blaina, byłego reprezentanta tego kraju i jej trenera, osiągnął sukces, w który nikt – jestem tego pewien – nie wierzył, gdy PZPS powierzał mu polską drużynę. Obaj Francuzi udowodnili, że wiedzą co znaczy drużyna i jak ją zbudować. Mało tego, obaj wykazali przy tym wielki zmysł polityczny, tak ustawiając drużynę, aby ta nie rozbiła w puch drużyny sojuszniczego mocarstwa, a nawet z nią przegrała o włos… Tak, darowanie zwycięstwa Amerykanom było majstersztykiem taktyczno-dyplomatycznym. Merci bien, Messierurs! Chapeau bas!


Rząd Ewy Kopacz… No cóż…. Widać, że jest absolutnym wewnątrzplatformianym kompromisem. Powołując do rządu Grabarczyka i Schetynę, Ewa Kopacz, która jako pierwszy zastępca Donalda Tuska w kierownictwie PO, chciała zapewne zneutralizować obie tzw. spółdzielnie, funkcjonujące w partyjnych szeregach.  Schetyna dostał „złotą klatkę”, czyli ministerstwo, w którym nie będzie mógł zrobić NIC na własną rękę, może poza zarządzeniem przestawienia palm w korytarzach budynku przy Szucha. A to dlatego, że to nie minister kształtuje politykę zagraniczną, a realizuje to, o czym zdecyduje rząd, prezydent i Sejm. W każdym innym ministerstwie Schetyna byłby groźny, bo mógłby chcieć COŚ zrobić, co byłoby jego projektem autorskim.


Dziwi mnie, że zgodził się na tę propozycję! Dziwi tym bardziej, że prezydent Komorowski określił jakie predyspozycje winien mieć następca Sikorskiego. Po pierwsze powinien mieć „doświadczenie dyplomatyczne”. A skoro tego warunku nie spełniał Rostowski, to jakim cudem spełnia je Schetyna?  Grzegorza Schetynę widziałem nawet na czele rządu, albo z teką szefa MSW lub administracji. Ale jako ministra spraw zagranicznych? Dziwne.


 A osadzenie w MSW pani Piotrowskiej? Też wydaje się dość ryzykownym przedsięwzięciem. Tym bardziej, że po Bartłomieju Sienkiewiczu spodziewano się kogoś, kto potrafiłby przekonać Polaków, że na czele tego resortu stoi osoba mająca sposób na „odśmianie” tego resortu. Z kolei awansowanie szefa MON do rangi wicepremiera wydaje się być krokiem teatralnym o ile nie ma nas przekonać do tego, że teraz pojęcie wojny albo psychoza wojenna ma nas nie opuszczać.


Rozczarował mnie PSL, a personalnie Janusz Piechociński, który wg mnie jest WIELKIM przegranym rządowego przesilenia. Żeby w takiej sytuacji nie wynegocjować dla swej partii przynajmniej dwóch resortów… Po raz kolejny dowiódł, że jest bardzo słabym liderem swej partii. Chyba że ceną za trwanie przy dotychczasowym stanie posiadania jest obietnica pozostawienia w spokoju całej reszty, która pozostaje w gestii PSL, np. KRUS-u czy licznych agencji rządowych, w których karty rozdają politycy spod znaku koniczyny.


Czego możemy spodziewać się po rządzie Ewy Kopacz? Ja nie spodziewam się niczego nowego, ani niczego znaczącego. Po pierwsze z uwagi na jego skład, który oznacza, że „ciąg dalszy (polityki Donalda Tuska) nastąpi”, a po drugie z uwagi na to, że do wyborów parlamentarnych pozostał tylko rok. Pojawia się jednak pytanie, czy właśnie z powodu tych wyborów Platforma i nowy firmowany przez nią rząd może nadal pilnować tylko tego, aby w kranie była ciepła woda? Czy to wystarczy do utrzymania władzy po wyborach?


Dzisiaj stawiam tezę, że w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych najwięcej mandatów zdobędzie PiS. Czy to oznacza, że przejmie władzę? To będzie zależało od liczby mandatów zdobytych przez… PSL. Bo dla tej partii przewiduję rolę języczka u wagi. Bo PSL pójdzie z tymi, którzy razem z nim będą mieli większość w Sejmie!


Skoro już jestem blisko rolnictwa, to warto wspomnieć o tym, że nasze pola i łąki są doskonale utrzymane. Strach pomyśleć, co by było gdyby było inaczej?! A tak kilkanaście śmigłowców US Army mogło bezpiecznie na nich wylądować, gdy lecący nimi sojusznicy zabłądzili.  Był to oczywisty blamaż funkcjonariuszy US Army, a próby wyjaśniania i usprawiedliwiania żenujące i kłamliwe. Czy nie powinniśmy poważnie zastanowić się nad tym, w kim i w czym pokładamy nadzieje na bezpieczeństwo Najjaśniejszej? Wszak błądzący w pokojowych i normalnych warunkach amerykańscy żołnierze raczej nie dają wielkich gwarancji. Zresztą jest to armia raczej niewiele warta, gdy wyciągnąć wtyczkę z gniazdka. A konsekwencje jej działania w świecie powinny zostać dokładnie zweryfikowane…


I to by było na tyle…


MAREK J. ZALEWSKI


(Za)mieszanie trwa (z siatkówką w tle) – 8.09


Oj trwa i trwa mać… Wygląda na to, że Donaldowe kalkulacje wzięły w łeb. Bo z dość buńczucznych zapowiedzi „premiera słońce”, za którego Donald Tusk był uważany przez nie tylko najwierniejszych akolitów, ale i sam najpewniej tak o sobie, o zgrozo, zaczął myśleć, został póki co jedynie buńczuczny niesmak.


Mało tego ten niesmak może okazać się znacznie większy. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że to za sprawą nie kogo innego, ale samego premiera Donalda Tuska nie możemy oglądać transmisji z rozgrywanych w naszym kraju Mistrzostw Świata w siatkówce. Dlaczego? Spróbujmy na to odpowiedzieć…


Że Donald Tusk jest człowiekiem fałszywym, małostkowym i mściwym, wiedzą o tym wszyscy, którzy go lepiej znają. O tym, że przez długi czas kombinował, jak tu pozbyć się Grzegorza Schetyny, ludzkość dowiedziała się, gdy GS został praktycznie rozstrzelany. Ale gdy okazało się, że nie jeszcze politycznie dycha i w sprzyjających okolicznościach może sięgnąć np. po partyjne przywództwo, to Donaldowi Tuskowi bardzo się to nie spodobało. Premier wiedział o tym, że były „przyjaciel” od haratania w gałę ma dobre stosunki z Zygmuntem Solorzem, właścicielem Polsatu. To w dużej mierze dzięki staraniom tegoż Polska stała się gospodarzem rozgrywanych właśnie w naszym kraju Mistrzostw Świata w siatkówce, bo to Polsat wyłożył olbrzymie pieniądze na zakup praw do transmisji i zapewnił FIVB, że wyprodukuje – bo tak to się nazywa – sygnał telewizyjny na cały świat. Rzeczą oczywista było to, że Polsat nie robi tego li tylko z powodu uwielbienia prostokąta o wymiarach 9×18 metrów, kształtu piłki, a nawet nie z powodu uwielbienia samej dyscypliny. Zrobił to z uwagi na interes związany z popularnością tej dyscypliny w Polsce i wizerunku stacji, co miało przełożyć się na pieniądze. Wiadomo jednak było, że Polsat dostanie wsparcie ze strony Orlenu, sponsora polskiej reprezentacji.


Jakież było zdumienie zgromadzonej w Sali Kongresowej publiki, gdy 27 stycznia br., na kilka minut przed rozpoczęciem gali losowania czterech grup drużyn grupa ludzi zrywała z banerów logo Orlenu lub gorączkowo zwijała banery głównego sponsora. Okazało się, że „za pięć dwunasta” Orlen wycofał się z negocjacji tuż prze podpisaniem umowy. Dlaczego? Otóż Jacek Kawalec, prezes Orlenu, otrzymał tzw. propozycję nie do odrzucenia, zgodnie z którą ma się natychmiast wycofać, bo zapadła decyzja, że spółki z udziałem skarbu państwa otrzymują zakaz wspierania sportu! A skoro tak, to nie dziwi, że z oferty Polsatu współprodukowania transmisji z Mistrzostw nie skorzystała też TVP, bo prezesowi Braunowi także ta decyzja związała ręce.


Polsat zostając na lodzie bez łyżew, zdecydował o zakodowaniu transmisji i sprzedaży bloku ponad 100 spotkań za 79 zł każdemu indywidualnemu odbiorcy telewizji kablowe. Liczono też, że straty może ograniczyć zwiększony zakup dekoderów Cyfrowego Polsatu, którego nabywcy siatkówkę maja wliczona w pakiet.


A co to ma wspólnego z Donaldem Tuskiem? Pamiętajmy, że już wtedy trwały rozmowy o ewentualnym jego wyjeździe do Brukseli, przed którym w Polsce publicznie się krygował, gaworząc o dokończeniu „misji” w rządzie, o odpowiedzialności za państwo i takie tam różne trele morele. Nikt poważny nie brał tego na poważnie. Najbliższemu otoczeniu premiera wiadomo było, że gdy pojawi się możliwość zarabiania w euro sumy zarabianej do tej pory w złotych, co określało też ewentualne stanowisko do piastowania w Brukseli, to „rzucim ziemię skąd nasz ród” i to bez nadmiernego żalu, tym bardziej, że z łatwością da się to przekuć w sukces Polski I Polaków. I taki sukces został odtrąbiony.


A Polsat sukcesu odtrąbić póki co nie może, choć myślę, że Zygmunt Solorz wyda dyspozycję o transmisji finału Mistrzostw w tzw. otwartym Polsacie, gdy o mistrzostwo grać będą nasi! Póki co Polsat zbiera wizerunkowe cięgi, a Grzegorz Schetyna stracił możliwość szerokiego pokazywania się w siatkarskiej scenografii czy to na salach podczas meczów, czy w studiach telewizyjnych podczas komentowania gry i wyników, a w każdym razie brania udziału w imprezie, co się zowie. Premier Tusk, gdy instruował ministra Karpińskiego, uważał, że zaprzyjaźniony z Solorzem Grzegorz Schetyna może zbyt wiele kurzu z siebie strząsnąć przy okazji siatkarskich mistrzostw i zdecydował, co w sentencji.


Wracając z boiska do politycznego meritum, to… Premier Tusk, gdy zdecydował się ulec namowom unijnej braci i zasilić, oczywiście KU CHWALE OJCZYZNY, szeregi ponad dwumilionowej polskiej emigracji, zdawał się być pewny swego, tzn. że w kraju wszystko jest poukładane. Na chybcika, bo na chybcika, ale całkiem zgrabnie miało to wszystko wypaść. On się przygotowuje pakując walizki i szlifując angielski, premieruje Ewa Kopacz, a i w partii nikt jej nie podskoczy, bo przecież jest pierwszą zastępczynią i pod nieobecność przewodniczącego do niej należy partyjny rząd dusz. Tak to miało wyglądać, sądząc z przecieków i zapowiedzi.


Tymczasem pojawiły się pytania o zgodność takich poczynań z konstytucyjnym zapisem. A poza tym, zabrakło w ogóle choćby mglistej zapowiedzi jakichś konsultacji z koalicjantem. To, co do rządu. A co do partii, to padać zaczęły pełne zdumienia i zaskoczenia głosy o sławioną przez establishment PO „wewnętrzną demokrację”. No, bo jak to? Dopiero co z takimi fanfarami Donald Tusk pokonał Jarosława Gowina (choć ten, trzeba przyznać zdobył zaskakująco duże poparcie) w wyborach lidera partii, a teraz ma wystarczyć wskazanie palcem i okrzyk „Oto jest następczyni!”?


Coś poszło nie tak. To nie ulega wątpliwości. Coś mi się wydaje, że Donald Tusk, pozostając w euforii po wyznaczeniu go na szefa Rady Europejskiej, uwierzył po prostu, że może zacząć już kręcić kurkami „w lewo, w prawo, z dołu, z góry, aż się…”. Aż się okazało, że jakby wziął udział w zabawie z wylewaniem na głowę kubła zimnej wody, do której sam się wprosił, a która w ostatnich tygodniach ogarnęła celebrycko-establishmentowy światek. Bo nic do tej pory z zapowiedzi Donalda Tuska się nie sprawdziło, co nie znaczy, że się nie sprawdzi. Ewa Kopacz ma mocną pozycję, mocną pozycję mają członkowie obecnego gabinetu, a i Elżbieta Bieńkowska też ma raczej pewne stanowisko unijnego komisarza. Ale…


Ale zanim Ewa Kopacz zrezygnuje ze srebra na rzecz brązu (z drugiego miejsca w hierarchii państwowej zejdzie na miejsce trzecie), to przecież najpierw obecny premier musi podać się do dymisji. Dopiero to uruchamia dalsze procedury konstytucyjne, a tu bank trzyma prezydent i tylko on, na dokładkę, zna wszystkie karty. O tym Donald Tusk przypomniał sobie trochę po niewczasie, gdy Ewa Kopacz uznana została przez niego za zwycięzcę biegu, który jeszcze się nie odbył. A to zdumiało i nieco zirytowało prezydenta. W samej Platformie stało się podobnie. Premier uznał, że w takim razie pozostanie szefem partii tak długo, jak to będzie możliwe, czyli do 30 listopada, a potem – jak sam powiedział – „partia musi sobie radzić sama”.


Radzić może sobie w różny sposób. Może kierować nią pierwsza zastępczyni do czasu wyboru nowego przewodniczącego, co ma – zgodnie ze statutem partii – nastąpić za rok z okładem. Może też zorganizować takie wybory już teraz, lub tuż po rezygnacji obecnego przewodniczącego. Może też, a raczej mogą też nic nie robić jej członkowie zgodnie z Fredrowskim „niech się dzieje wola Nieba…”, czyli przyglądać się, jak w zgiełku wewnętrznych sporów PO się rozpada… Ostatni wariant jest możliwy, ale mało prawdopodobny, bo nikomu na tym nie zależy, choć są zapewne tacy, którzy mają do losów partii stosunek ambiwalentny. Ale na pewno nie należy do nich ani Ewa Kopacz, ani Grzegorz Schetyna, który wg mnie jest jedynym politykiem, dzięki któremu PO może utrzymać swoją pozycję na arenie politycznej, i któremu będzie łatwiej to uczynić, niż Ewie Kopacz. A będzie tym łatwiej, gdy premierem rządu zostanie właśnie ona. Pamiętajmy, że za rok będą wybory parlamentarne i że to p. Kopacz będzie odpowiedzialna za realizację obietnic złożonych przez premiera Tuska niemal w wigilię decyzji „szczytu” Unii w sprawie obsady szefa RE. Premierowanie Ewy Kopacz musi ją wówczas zdystansować od wewnętrznych spraw partii, co dałoby Schetynie większą swobodę działania w jej szeregach, celem odbudowania wpływów swoich i swoich partyjnych zwolenników, a kto wie, czy nie oznaczałoby powrotu choćby w jej szeregi Mirosława Drzewieckiego i Zbigniewa Chlebowskiego.


Pozostaje jeszcze taki drobiazg, jak skład nowego gabinetu. Po pierwsze, nie ze wszystkimi jego członkami nowemu premierowi musi być po drodze. Po drugie, prezydent może wyrazić swoje stanowisko/opinię o proponowanym składzie rządu. Po trzecie, bardzo ciekawie – według mnie – zapowiada się stanowisko dotychczasowego koalicjanta, którego nie wyobrażam sobie tylko w roli „halabardnika”. A wydaje się, że taką właśnie rolę przypisał mu Donald Tusk, który Januszowi Piechocińskiemu, szefowi PSL i swemu pierwszemu wicepremierowi nie poświęcił, jak się wydaje, uwagi w najmniejszym stopniu.


Oznaczałoby to, że następca Donalda Tuska, chcąc nie chcąc, staje się w zasadzie premierem technicznym, który ma doprowadzić rząd i partię do wyborów w przyszłym roku. W takiej sytuacji przedterminowe wybory już teraz, np. razem z samorządowymi wydają się rozwiązaniem bardziej praktycznym. Po pierwsze, Platformę jeszcze do nich poprowadzi Donald Tusk ze zwycięskim brukselskim „veni, vidi, vici”. Po drugie, jest zarysowany jego niedawnym wystąpieniem w Sejmie, program rządu. Po trzecie, można w ten sposób dać szansę na stworzenie nowej koalicji, w której składzie znajdzie się obok PO i PSL, SLD, a może nawet i Twój Ruch. To mogłoby oznaczać faktyczne, że tak to nazwę, nowe otwarcie dla Polski. Świadczyłoby to o dojrzałości polskiej demokracji i wzmocnieniu państwa, co w obecnej sytuacji geopolitycznej dałoby efekt synergii z brukselskimi sukcesami. Dzięki temu pozycja Polski mogłaby jeszcze zyskać.


I CO TERAZ? (Za)mieszanie trwa. Ciągle niewiele wiemy. Ciągle nie wiemy, jakie warianty będą rozgrywane i kto je będzie rozgrywał. I to w sytuacji, gdy lista potencjalnych graczy jest przecież niezwykle krótka. A może z tego (za)mieszania wyłoni się jeszcze ktoś/coś innego? A może?


MAREK J. ZALEWSKI


(Za)mieszanie w kotle – 3.09


I się porobiło… A wszystko jeszcze tak niedawno, kilka dni temu, wydawało się tak proste… DT do Brukseli, EK z Wiejskiej w Aleje Ujazdowskie, CG marszałkiem, EB do Brukseli, PG do rządu, SN jeszcze w cieniu, ale gotowy do powrotu z niebytu… Miało być szybko i bezproblemowo. A tu, jakby ktoś potarł lampę Aladyna i wychynął z niej dżin… z konstytucją w ręku…


I się porobiło! Donalda Tuska wyznaczyli, bo jednak trudno to, co stało się na szczycie w Brukseli nazwać wyborem, w ostatnią sobotę sierpnia, a w pierwszy wtorek września – jak DT zapowiadał – miał być znany nowy główny administrator państwa polskiego. Mało tego, marszałek Sejmu, czyli druga osoba w państwie, Ewa Kopacz jeszcze przed ową brzemienną w skutki sobotą zdawała się roztaczać wokół siebie woń olejków użytych przy jej namaszczaniu na następczynię przyszłego szefa Komisji Europejskiej, a póki co premiera rządu III RP. To też swoją drogą dziwne, że ktoś rezygnuje z miejsca drugiego na rzecz miejsca trzeciego w urzędniczej hierarchii państwa… To prawie tak, jakby np. na bardzo ważnych zawodach ktoś zrezygnował z drugiego miejsca „na pudle” i medalu srebrnego i wolał medal brązowy przypisany miejscu trzeciemu, bo kolor tego krążka bardziej mu się podoba, albo że jest wręcz uczulony na argentum… Dziwne…


Ale czy aż tak bardzo? Wszak gdy się przyjrzeć uważniej, to marszałkowanie jest raczej monotonne, żeby nie rzec nudne, bo to tylko szefowanie władzy ustawodawczej. A od Monteskiusza ta władza cieszy się jakby mniejszym wzięciem, szczególnie wśród polityków ambitnych i energicznych. A p. Ewa Kopacz jest i ambitna, i energiczna. A poza wszystkim premierowanie to realna władza. To skuteczne nagradzanie, grożenie palcem, ale i możliwość wymierzenia bolesnego klapsa… Taaak! To jest władza realna, a nie teoretyczna. Dlatego gdy p. Kopacz zapytano, czy jest gotowa, to słychać było prawie stuknięcie obcasami, towarzyszące odpowiedzi, że gdy się wchodzi do polityki, to trzeba się liczyć z różnymi wyzwaniami i ona jest gotowa przyjąć każde z teką premiera, oczywiście,  jak najbardziej.


I bardzo dobrze… Premier Tusk, jadąc w sobotę do Brukseli, miał najpewniej wszystko poukładane i – jak myślał – załatwione. Po ewentualnym sukcesie miał zapewne w planie rezygnację z funkcji w Polsce, zaszycie się gdzieś celem lepszego poznawania unijnych sekretów i procedur i aby szlifować (co obiecał podczas konferencji prasowej) swoją angielszczyznę. Ale zaszycie się miało być dogodne na tyle, że z jednej strony pozwalałoby na czynne zniknięcie z mediów, a z drugiej pozwalające mieć jednak na oku poczynania swej „pomazańczyni”. A przecież to nie wszystko. A partia? Czy Ewa Kopacz była też ujęta w planie jako sukcesorka Donalda Tuska na fotelu przewodniczącego PO?


Jeżeli Donald Tusk tak miał to wszystko ułożone, to myślę, że coś/ktoś zawiodło. Mniejsza o PO, to wewnętrzna sprawa tej partii. Ale jeżeli chodzi o fotel premiera, to albo Donald Tusk zapomniał o konstytucji i roli, jaką wyznacza ona w takiej sytuacji (dymisji premiera) prezydentowi, albo uznał, że w zasadzie nie musi brać pod uwagę Bronisława Komorowskiego, bo ten zrobi, co Donald Tusk uzna za dobre dla siebie, tzn. dla Polski, oczywiście.


Coś mi jednak mówi, że sprawy nie potoczyły się zgodnie ze scenariuszem Donalda Tuska. Bo dość nagle okazało się, że może być kilka rozwiązań z przedterminowymi wyborami parlamentarnymi włącznie. Nagle premier Tusk, który w sobotę i w niedzielę jakby w ogóle zapomniał, że w Polsce jest prezydent i to on desygnuje premiera, w poniedziałkowym programie u red. Lisa wręcz zachłystywał się rolą prezydenta w rozpoczętym właśnie spektaklu politycznym i znaczeniu jego decyzji. A że niekoniecznie mogą to być decyzje po myśli Donalda Tuska świadczy jego zapowiedź, że formalnie do 30 listopada tego roku, pozostaje on urzędującym premierem polskiego rządu. Formalnie…


No tak, a co potem? Załóżmy, że oto do 30 listopada nic się nie dzieje. Wszak Donalda Tuska może obalić jedynie Sejmie. Może to uczynić w drodze uchwalenia braku wotum zaufania, albo w drodze tzw. konstruktywnego wotum nieufności. W pierwszym wypadku oznacza to, że rozpoczyna się proces wyborczy w trybie konstytucyjnym. Do czasu wyborczego rozstrzygnięcia, a w jego wyniku wyłonienia i zaprzysiężenia nowego gabinetu, władzę sprawuje premier ustępujący i jego rząd. Ale tutaj terminy są sztywne i może się okazać, że Polska zostanie na lodzie bez łyżew, czyli z premierem, który jest, ale go nie ma, albo którego nie ma, ale jest. Słowem beczka śmiechu… W drugim wypadku sprawa jest bardziej klarowna, bo obecny rząd podaje się do dymisji, którą przyjmuje prezydent Komorowski, ale pod warunkiem, że w jednoczesnym głosowaniu nad jej przyjęciem Sejm przegłosuje nowego premiera i skład nowego rządu. Teoretycznie rzecz biorąc możliwa jest sytuacja, w której Donald Tusk, zacietrzewiony tym, że prezydent nie chce się zgodzić na proponowane rozwiązania trwa w premierowaniu, nie wykazując najmniejszej ochoty na rozwiązanie problemu. Czyli „po mnie choćby potop”… A niby dlaczego nie? A odpowiedzialność za państwo? A czyż każdy nie może owej odpowiedzialności rozumieć po swojemu? Ależ może. A zatem?


Platforma uzgodniła, że rekomenduje jednak Ewę Kopacz. Ale po takiej informacji, która wyciekła po zakończeniu narady władz PO, prezydent Komorowski zapytany we środę na krótkim ogrodowym briefingu o to, czy rekomendacja PO jest dla niego wiążąca odparł – jak na niego – zdecydowanie, że nie. Że wiążąca jest konstytucja, a w ogóle to nie ma powodu do pośpiechu, bo teraz najważniejszy dla niego jest szczyt NATO w Walijskim Newport. W związku z tym uważam, że jeżeli Ewa Kopacz w ogóle otrzyma prezydencki desygnat, to nie stanie się to ot tak, bo tego życzy sobie Donald Tusk.


Możliwa jest i trzecia możliwość. Czyli po dymisji obecnego rządu, bo dymisja premiera oznacza automatycznie dymisję rządu, prezydent wyznacza następcę, a ten/ta ma 30 dni na przedstawienie składu nowego gabinetu. I tu jest pytanie – czy Ewa Kopacz jest w stanie taki gabinet złożyć i uzyskać poparcie większości sejmowej. Możliwe? Możliwe. Ale o ile Donald Tusk przypomniał sobie w porę o prezydencie, to wszystko wskazuje na to, że zapomniał o koalicjancie, o PSL. A koalicjant wie, że trafiło mu się, jak nie przymierzając (proszę polityków spod liścia koniczyny o wybaczenie) ślepej kurze ziarno… A jeżeli Janusz Piechociński uzna, że oto nadszedł czas, aby upomnieć się o więcej w nowym rządzie, albo zechce wynegocjować (czyt. wymusić) jakieś koncesje dla swej partii?  Bo co będzie, gdy stanie się tak, jak przed laty stało się z misją Waldemara Pawlaka, któremu nie udało się stworzyć gabinetu? A teraz Ewie Kopacz nie uda się uzyskać większości w Sejmie, bo grupa posłów zatrzaśnie się np. w toalecie, gdy na Sali plenarnej będzie akurat odbywało się głosowanie? A jeżeli po nieudanej misji premier Kopacz trzeba będzie rozpisać wybory, a będzie za mało czasu na załatwienie wszystkiego do 1 grudnia br., gdy zdymisjonowany premier obejmuje Radę Europejską w Brukseli, a w rozumieniu polskiej konstytucji de iure wykonuje obowiązki premiera polskiego rządu?


I CO TERAZ? Oczywiście, konstytucjonaliści coś wymyślą. W końcu „falandyzację” prawa już przeżyliśmy i jakaś inna „-izacja” nie musi oznaczać zamachu stanu, ani konstytucyjnego kryzysu. Polska nie takie rzeczy wytrzymała. Wytrzyma i to, ale (za)mieszanie w politycznym kotle trwa…


MAREK J. ZALEWSKI


Bardzo dobre pytanie – 1.09


Właśnie, bardzo dobre pytanie, bo co teraz mamy zrobić my, Polacy, skoro ojczyznę wolną opuszcza nawet urzędujący premier jej rządu? Nie przypominam sobie podobnej sytuacji w żadnym innym państwie europejskiej wspólnoty.


 Owszem, przeciwny kierunek, czyli – zabieram swoje zabawki z podwórka jakiejś międzynarodowej instytucji i wracam do kraju, bo tam czeka na mnie ster nawy państwowej, to rozumiem, ale porzucić go właśnie dla jakiejś międzynarodowej łajby? Co prawda Polska już coś takiego przerabiała, gdy na wielce eksponowane stanowisko wiceprezesa ds. liczenia spinaczy w EBOiR, pani Hanna Gronkiewicz-Waltz porzuciła prezesurę Narodowego Banku Polskiego, czyli stanowisko-marzenie dla każdego bankowca, dla którego można porzucić każde stanowisko w instytucji międzynarodowej, ale żeby odwrotnie?


Nie, to wcale nie znaczy, że nie cieszę się z wyboru Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Bardzo się cieszę i w jakiś tam sposób jestem w tego wyboru nawet dumny. Ale znacznie bardziej bym się cieszył i nawet bardzo byłbym dumny z tego wyboru, gdyby Donalda Tuska wybrano jako już byłego premiera polskiego rządu, jak to miało miejsce w przypadku odchodzącego przewodniczącego van Rompuya, który w chwili wyboru był dwukrotnym byłym premierem Belgii, czy Jacquesa Delorsa, pierwszego przewodniczącego Komisji Europejskiej, byłego premiera Francji. Bo to faktycznie oznaczałoby docenienie dokonań, doświadczenia i umiejętności. A tak mam tzw. mieszane uczucia… Z jednej strony spodziewam się, że może wreszcie Poland przestanie być wiecznie mylona z Holland, że Donald Tusk stanie się naszym logo i sprawi, że Europa jeszcze bardziej i jeszcze lepiej zechce się dowiedzieć czegoś więcej o tym ciągle mało znanym kraju na jej wschodnim krańcu. Z drugiej zaś zastanawiam się czy – jak już wspomniałem – urzędującemu premierowi wypada porzucać swój rząd. I to w sytuacji, gdy nie bardzo – wbrew pozorom – widać sukcesorów, a na horyzoncie coraz bardziej widoczne urny wyborcze.


Zastanawiam się CO, skłoniło 27osobowe grono (Polski nie liczę) do tego, aby akurat Donaldowi Tuskowi powierzyć kierowanie Radą Europejską na najbliższe 2,5 roku? Nie wystarcza mi wyjaśnienie, że to z powodu jego wysokich kompetencji, bo w Unii Europejskiej są setki równie kompetentnych ludzi. I nie dlatego, że to dowód dla uznania pozycji Polski w UE, bo gdyby faktycznie o to chodziło, to Polacy powinni w unijnym aparacie piastować znacznie więcej stanowisk niż im powierzono. Nie przekonuje mnie też do końca to, że ten wybór jest wynikiem wspólnotowej decyzji o wyborze kogoś z tzw. nowej Europy.  A zatem? Może chodzi o to, aby – jak to było – w przypadku Jerzego Buzka, którego wybrano na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, a potem, gdy Polska starała się o jakieś wyższe urzędy w Brukseli powiadano, no jakże, przecież macie przewodniczącego parlamentu, to czego więcej chcecie? Już wkrótce okaże się, jaka jest nasza pozycja w UE. Okaże się przy okazji obsadzania stanowisk komisarzy szczególnie w komisjach handlu i energetyki, na których najbardziej nam zależy… Jeżeli faktycznie – jak niesie vox populi – jedno z nich (najbardziej zależy nam na energetyce) przypadnie np. Elżbiecie Bieńkowskiej, to chapeau bas dla szeroko rozumianej ekipy Tuska. Jeżeli jednak teki komisarzy przypadną reprezentantom innych państw członkowskich, to… To, przy całej radości, uznaniu i dumie z powierzenia przewodnictwa RE Donaldowi Tuskowi, warto zastanowić się, jakimi meandrami płynie brukselska rzeczywistość? Bo choć może się wydawać, że jest to nurt uregulowany, jak mało który, to płynący w nim nie muszą płynąć ani w tym samym tempie, ani nawet – wbrew pozorom – do tego samego celu.


Donald Tusk od siedmiu lat z bliska przygląda się funkcjonowaniu Unii. W gronie szefów rządów państw członkowskich jest weteranem. Ale czy to mu wystarczy, aby samemu rozgrywać, a nie być rozgrywanym? Na kogo poza sobą może liczyć w Brukseli? Na wsparcie kilkudziesięciu europosłów z Polski zapewne, ale przecież – nie łudźmy się – nie wszystkich. Na tych kilkudziesięciu pracowników unijnego aparatu? Zapewne, jako pomoc i techniczna i merytoryczna. Ale czy to – że powtórzę – wystarczy, aby samemu urabiać unijną plastelinę, a nie dać się urobić, a może i wrobić?


Myślę, że Donaldowi Tuskowi nie zabraknie instynktu i wyobraźni. Mam tez nadzieję, że jego nowa rola zostanie prawidłowo zrozumiana przez tych, którzy komentując jego wybór wyrażali nadzieję, a niektórzy nawet pewność, że Donald Tusk jako przewodniczący RE będzie stał na straży polskich interesów i będzie działał z myślą o interesie Polski. Ci, którzy tak uważają popełniają kardynalny błąd! Przewodniczący Rady Europejskiej jest urzędnikiem Unii Europejskiej i odpowiada przede wszystkim za jej działania i za jej sprawne funkcjonowanie. Oznacza to, że Polska skorzysta na w tym, że Unia za sprawą m. in. Donalda Tuska będzie sprawnie funkcjonowała i takoż będzie działała. I oby tak było!


Ale wyprowadzka Tuska do Brukseli oznacza wcale niemałe perturbacje w kraju. Do 30 listopada br. Donald Tusk pozostaje formalnie premierem polskiego rządu. Ale jasne jest, że gdy 1 grudnia usiądzie za biurkiem w swym brukselskim biurze, w Al. Ujazdowskich powinno być już dawno „pozamiatane”. Gdy czytałem, słuchałem i oglądałem dziesiątki komentarzy w internetowych wydaniach oraz wygłaszanych w radiu i telewizji zaskoczyło mnie to, że niemal wszyscy komentujący uznali, że to Donald Tusk, jako jedyny może, a nawet już wyznaczył swojego następcę/czynię!


Przepraszam, a prezydent? Konstytucja mówi wyraźnie, że w takiej sytuacji, gdy premier podaje się do dymisji (powód nie ma znaczenia), to do dymisji podaje cały rząd. A wtedy TO (!) prezydent, a nie ustępujący premier, wyznacza nowego/ą szefa/fową rządu! Tymczasem wszyscy uznali, że Tusk w imię dewizy divide et impera już namaścił sukcesora/kę. I że ma nią być p. Ewa Kopacz. I prezydent Komorowski ma zatańczyć w takt Tuskowej kompozycji…


Bardzo ciekawe. Bardzo… Uważam, że cała talia kart jest w rękach prezydenta Komorowskiego! Cała! To on ma obecnie NAJWIĘCEJ do powiedzenia. Jeżeli prezydent Komorowski nie chce, aby za rok PiS wygrał zdecydowanie wybory parlamentarne, to w żadnym razie nie powinien realizować scenariusza, zgodnie z którym Ewa Kopacz ma jakoby przenieść się z Wiejskiej w Aleje Ujazdowskie! W ŻADNYM RAZIE i BEZWARUNKOWO! Takie rozstrzygnięcie to gwóźdź do „platformianej” trumny. Ewa Kopacz nie będzie „wartością dodaną” w wyborczym wyścigu Platformy. Będzie „wartością ujemną”. Wyborcy nie zapomnieli jej „osiągnięć” na fotelu ministra zdrowia. A jeżeli nawet, to opozycja nie omieszka o tym przypomnieć. To po pierwsze. Po drugie, p. Ewa Kopacz to „osobisty wynalazek” Donalda Tuska. I jako taki nie odświeży PO, a może jeszcze bardziej zniechęcić do niej wyborców, ze szczególnym uwzględnieniem tych jeszcze się wahających. Bo żegnając Tuska w spodniach chcą oni Tuska w spódnicy? Chcą kogoś biegającego – że tak to określę – z nieodcięta pępowiną? Z całą pewnością NIE!


W sytuacji, w której znajduje się od sobotniego późnego popołudnia Platforma Obywatelska, jedynym rozwiązaniem, które stanowiłoby tę „wartość dodaną” jest powierzenie funkcji utworzenia nowego rządu… Grzegorzowi Schetynie. On jeden już wiele miesięcy temu zwracał uwagę na marazm PO, na konieczność jakiegoś świeżego powiewu, a poza tym, jako pozostający w zasadzie na partyjnej banicji, może być postrzegany przez potencjalnych wyborców jako ANTY-Tusk. Mało tego, powierzając Schetynie tekę premiera prezydent Komorowski mógłby zyskać może nie tyle kontrolę nad rządem i Platformą, co znaczący wpływ na gabinet i rządzącą partię.


Mówi się, że Donald Tusk będzie chciał zachować szefowanie Platformie. Mało jest  możliwe, aby siedząc w Brukseli trzymać lejce partyjnego zaprzęgu. Ale nawet gdyby tak było, co chyba wyklucza regulamin RE, to jego przywództwo byłoby więcej niż iluzoryczne. A to z kolei oznaczałoby dalsze osłabianie Platformy w kontekście przyszłorocznych wyborów. Czy tego pragnie Donald Tusk?


Jeżeli poważnie myśli o prezydenturze Polski po drugiej (już dziś absolutnie pewnej) kadencji Bronisława Komorowskiego, to nie powinien ani wyznaczać Ewy Kopacz na swego następcę na fotelu premiera rządu RP, ani też dalej szefować Platformie. PO w 2020 roku nie będzie miała lepszego kandydata na prezydenta Polski niż powracający z Brukseli Donald Tusk. Ale, aby wygrać wówczas wybory prezydenckie, będzie on musiał mieć poparcie silnej partii, którą przed laty stworzył i dzięki której tak wysoko zaszedł. A siłę tej partii jest dzisiaj – jak się wydaje – odbudować tylko Grzegorz Schetyna.


I CO TERAZ? Bardzo dobre, że powtórzę, pytanie… Gratulując Donaldowi Tuskowi wielkiego osobistego sukcesu, namawiam go do głębokiego oddechu i nabrania większego dystansu do spraw Platformy i nowego rządu z jej udziałem. Uważam bowiem, że w obecnej sytuacji „synowie marnotrawni” powinni otrzymać swą szansę. A nikt poza nimi pozycji Platformy Obywatelskiej nie ma szans odbudować.


MAREK J. ZALEWSKI


 

W wydaniu nr 154, wrzesień 2014, ISSN 2300-6692 również

  1. IMR ADVERTISING BY PR

    Bieluch w jesiennych duetach - 30.09
  2. FILM O HENRYKU SŁAWIKU

    Życie na krawędzi - 28.09
  3. SZTUKA RATUJE BUDŻETY

    Dziedzictwo narodowe na gwałt sprzedam - 17.09
  4. OBRÓT PALIWAMI CIEKŁYMI

    Cios w wyłudzaczy podatku - 17.09
  5. LEKI BEZ RECEPTY

    Powrót na ścieżkę wzrostu - 18.09
  6. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Marszałek zwycięzca - 8.09
  7. TP NR 39

    Hołownia na misji w Polsce - 26.09
  8. 7 LAT NEW CONNECT

  9. WIATR OD MORZA

    Taka Polska - 2.09
  10. LEKTURY DECYDENTA

    Córka Genseka - 22.09
  11. LUDZIE - LUDZIOM

    Walka dobra ze złem, światła z ciemnością - 1.09
  12. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Poniedziałek, 29.09 – Płacić!
  13. DONALD TUSK SZEFEM EUROPEJCZYKÓW

    Czas i lobbing - 1.09
  14. W OPARACH WIZERUNKU

    Rozbiór "wizerunku" - 1.09
  15. I CO TERAZ?

    Mistrzostwo i reszta - 22.09
  16. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Polska amnezja - 15.09