Established 1999

FOLWARCZNE SADOMASO

3 luty 2024

Pan na włościach

Niejeden dyrektor czy kierownik czegoś tam ma opinię (reputację) kogoś, kto tak gospodarzy zarządzaną przez siebie jednostką, jak gdyby to był jego (prywatny) folwark – choć jest tylko osobą, której na określony czas, nie na wieczność, powierza się mienie i inwentarz żywy – pisze Mirosław Karwat.

Mirosław Karwat

Mienie publiczne, nie prywatne – jak dawnym „rządcom”, ekonomom. I tak kieruje personelem urzędu, biura, poczty, załogą fabryki, kolektywem instytutu badawczego, społecznością akademicką, jak gdyby był kimś więcej niż tylko organizatorem, koordynatorem pracy podwładnych, bo wręcz monarchą, który swoim zwierzchnictwem przyobleczonym w majestat zajmowanego stanowiska zaszczyca tych, którym zleca stałe obowiązki i konkretne, doraźne zadania. Jak gdyby podwładny znaczyło: poddany. U niektórych nawet: niewolnik.

Na potwierdzenie tego monarszego samopoczucia stosuje przekładaniec łaski i niełaski; od czasu do czasu zgrywa Ludzkie Panisko, Łaskawcę, Dobroczyńcę – dla tych, którzy zgięli kark i zamknęli mordę.

Taki Pan Na Folwarku łączy w swej znakomitej osobie takie „przymioty” jak, z jednej strony, wyniosłość – współmierną do megalomanii, pychy; arogancję – posuniętą aż do chamstwa, brutalność w obcowaniu z ludźmi zależnymi od siebie; kapryśność i impulsywność w chwilach błyskawicznej zmiany nastroju. A z drugiej strony, prywatę – choć zwykle sądzi o sobie, że jest uosobieniem służebności i poświęcenia (jak Ja się męczę i cierpię dla dobra firmy, państwa!).

Tak, ta postawa służbistości to w rzeczywistości prywata. Bo jakoś tak specyficznie rozumie swoją służbę, ba, Misję, że sam okazuje się w niej najważniejszy, samowystarczalny. Gdyby mógł, sam wykonałby tę robotę – i to perfekcyjnie. Niestety jednak, musi użerać się z ludźmi, na których nie może polegać, trzeba ich pilnować, a najlepiej wytresować. Nawet bliscy współpracownicy, a tym bardziej szaracy na stanowiskach wykonawczych tylko mu przeszkadzają w realizacji doskonałych planów, niczego nie rozumieją jak należy, nie nadążają, zawsze coś popsują, o ile się ich nie przypilnuje, nie postawi na baczność, nie opieprzy aż kapcie spadną. I tak „dziwnie” się składa, że sam sobie zawsze i z góry wystawia najwyższą ocenę, określa wynagrodzenie, przyznaje nagrody i premie. A w czasie, gdy innych pogania, popędza, trzyma w karbach, dla pewności rozlicza i zawstydza co pięć minut, wyciskając z nich „wydajność” wielokrotnie ponad normę, wyzyskując co słabszych w hierarchii, sobie zapewnia… wszelkie wygody, komfort obsługi. Inni – pod hasłem pracy na rzecz i ku chwale Wspólnoty – faktycznie pracują na jego chwałę, gdyż to on firmuje cudze wysiłki, jak gdyby sam to zrobił, sam wpadł na pomysły, które przedstawia jako swoje.

Co się z tym wiąże, objawia szczególny talent do gnębienia i gnojenia ludzi, na których wyładowuje własne kompleksy, urazy, obsesje, frustracje, lęki w reakcji na poczucie zagrożenia w sytuacjach własnej bezradności, nieudolności, widocznego błędu, porażki. To przodownik w sztuce mobbingu. Powtarzany rytuał poniżania jest dlań najlepszym potwierdzeniem własnej władzy. Zresztą, tylko na efekt upokorzenia innych może liczyć niezawodnie (Sam przecież nie spartaczę własnej roboty); na posłuszeństwo tylko pod warunkiem, że nauczę respektu – właśnie tym przeczołganiem, rozdeptaniem.

Jest to typ podobny do tyrana domowego – wirtuoza przemocy psychicznej. Z drugiej strony, przypomina – co prawda, w karykaturalnej miniaturce – dyktatora, despotę, satrapę.

Specyfiką jego opresyjnej władzy nad innymi jest to, że im bardziej poniewiera pracownikami, poniża podwładnych, im więcej serwuje im zastraszenia (nie znasz dnia ni godziny, nie przewidzisz, kiedy nagle się wścieknie i zmiesza Cię z błotem), tym usilniej oczekuje od nich i wymusza na nich wyrazy wdzięczności, podziwu, hołdu, przywiązania. Uwielbia ceremoniały hołdownicze i manifestacje serwilizmu.

Sam upodabnia się do Sadysty, lecz w tej roli potrzebni mu są Masochiści. I czyni skutecznie wszystko, aby upodleni przez niego podwładni takimi się stali.

Boss – Pan Na Folwarku – ma o sobie mniemanie wysokie.

Nie przypadkiem to Ja zajmuję to kierownicze stanowisko, bo jestem Debeściak! I odwrotnie: to, że właśnie ja stoję na czele, jest najlepszym dowodem na moją najlepszość, wyższość nad tymi, którzy teraz nie są dla mnie kolegami, współpracownikami, ale personelem albo zbiorem uczestników kolonii karnej codziennie zbieranych na apelu.

Mniejsza o to, jakim zrządzeniem losu (Cudem? Przypadkiem? Z dobrych układów, w jakie wszedł przytomnie i w samą porę? Z protekcji?) przypadła mu w udziale władza nad zespołem. Nieważne, czy „wyrósł” (a może został przez kogoś „wydobyty”) we własnym środowisku, czy jest przybyszem z innej sfery, może „spadochroniarzem”. Jeśli „trafiło się ślepej kurze ziarno” albo został posadzony na stołku przez Mocodawcę, Patrona, nie onieśmiela go to ani też nie skłania skromności, wręcz przeciwnie. Jeszcze mniej powodów widzi do skromności, jeśli faktycznie – i w swoim odczuciu zasłużenie, a z miażdżącą przewagą – wygrał w jakichś wyborach czy też w jakimś – o dziwo, nieustawionym – konkursie zwyciężył w rywalizacji o tron kierownika, dyrektora, dziekana, prezesa, ministra. Wtedy to zwycięstwo – z upływem czasu, w miarę zagłębienia się w proces kierowania, zarządzania – wydaje mu się coraz bardziej oczywiste. Inaczej po prostu być nie mogło, bo nie ma w tym zespole nie tylko lepszych od niego, ale i kogokolwiek, kto mógłby mu dorównać.

Niedościgniony jestem. Niezbędny – w roli Wybawcy. Beze mnie cały ten bajzel (bo zastałem bajzel; jestem tu po to, aby przywrócić porządek) już dawno zakończyłby się upadkiem firmy. Jeśli mnie zabraknie, to zginiecie. Więc i Niezastąpiony.

Aby ta sanacja struktury w stanie rozkładu i uwiądu się powiodła, abym więc zrobił porządki, konieczne jest posłuszeństwo, dyscyplina – bez jałowych dyskusji nad każdym przedsięwzięciem i zadaniem przydzielanym komu trzeba. A w tym celu muszę mieć twardą rękę. Więc im szybciej zrozumieją, kto tu rządzi, kto kogo słucha, kto kogo ocenia, kto nie odzywa się nie pytany, nie wywołany do odpowiedzi, tym lepiej.

Jeśli nawet ten Władca Marionetek (to znaczy podwładnych) musiał najpierw postarać się, aby sami go wybrali, a w tym celu wygłaszał frazesy o służebności (Będę Sługą Waszym, koledzy! Moją powinnością jest słuchać ludzi), to gdy już władzę objął, traktuje ją na serio. Władza to władza. Polega na tym, że jeden wydaje rozkazy, a drugi je wykonuje. Z chwilą wyboru albo powołania na tron kierunek słuchania zostaje całkowicie odwrócony. Słuchać, co ja mówię, słuchać uważnie! I wsłuchiwać się w moje słowa!

Jaki więc zwierzchnik, kierownik, dowódca, zarządca nazywany jest Panem Na Folwarku? Nie każdy, kto jest wymagający, a przy tym szorstki w kontaktach, nawet wyzbyty taktu i empatii w rozmowach z podwładnymi, upodobniony do robota. Nie każdy szef – pracoholik tak pochłonięty zadaniem, że nie widzi, czy zadanie jest wykonalne ani tego, ile to podwładnych kosztuje.

Wyróżnikiem folwarcznego stylu rządów nie jest nawet odczłowieczona postawa jak u ekonoma, który zagania do roboty, pogania w robocie, wyciska z podwładnych odpowiednie wyniki pracy i jeszcze „dokręca śrubę”, podwyższa normy, dorzuca zadania ponad siły, a w każdym razie stosuje wyzysk. Karbowy, dozorca w kamieniołomie to jednak nie Pan i Władca, to tylko kij albo bicz Mocodawcy.

Folwarczny mikro-władca to ktoś, kto zarządzając tym, co wspólne, publiczne, tylko mu powierzone, a więc pozostając jedynie dysponentem (i to tylko na określony czas) zaczyna szybko czuć się i zachowywać tak, jak gdyby był właścicielem tego, czym zarządza, władcą dla tych, którymi kieruje w procesie zarządzania. I przy tym widzi własną rolę tak, jak gdyby jego ambicja i osobiste znaczenie było równoznaczne z dobrem tej całości (urzędu, przedsiębiorstwa, uczelni, stowarzyszenia, spółdzielni). Uosabia on w miniaturze schemat „państwo to ja”. I nawet nie dostrzega, jak groteskowo to praktykuje.

Może nawet nie od razu popada w kompleks pępka świata. Na tę koleinę naprowadza go stopniowo kilka czynników. Najpierw rozumuje tak, że ma Misję, misja wymaga tego, aby miał pełnię władzy, zaś aby zaistniała pełnia tej władzy w służbie społecznej, powinien mieć kontrolę nad wszystkim, wszystko skupić w swoich rękach, nie wypuszczać – i czuwać. A czuwać znaczy: nikomu nie ufać, każdego traktować jak podejrzanego (co najmniej o niedostateczną gorliwość). Aż dochodzi do oczywistego przekonania, że wszelkie przeszkody, jakiekolwiek opory wobec jego zamiarów lub stylu kierowania to sabotaż. Co z czasem przechodzi w odbieranie jakichkolwiek wątpliwości, „nietaktownych” (z założenia, bo to podważanie jego autorytetu) rad lub przestróg, propozycji alternatywnych czy tym bardziej sprzeciwów jako osobistej obrazy i osobistej nielojalności, należnej mu właśnie osobiście. Kto nie trzyma z szefem, nie ufa jego mądrości, ten jest zawalidrogą, szkodnikiem. Oponent lub choćby tylko sceptyk staje się Wrogiem Osobistym, ale przedstawianym i zwalczanym jako Wróg Publiczny.

Tak to sprawowanie władzy samo w sobie, jej utrzymanie i przedłużenie staje się satysfakcją samą w sobie i celem samym w sobie.

Drugim wyróżnikiem jest NIEOMYLNOŚĆ. Pan Na Folwarku nigdy się nie myli. Ani w punkcie wyjścia, ani w toku (gdy idzie jak po grudzie albo przebiega nie tak jak zakładał), ani w finale. Bo gdy jest jeszcze czas na wstrzymanie lub odwrót lub korektę kursu, wtedy właśnie tym bardziej upiera się przy tym, co nie przynosi rezultatu, za to powoduje i gwarantuje dalsze straty – rozumując jak każdy zamordysta. Mianowicie: nie dość przycisnąłem, kolanem przepchnę. Gdy wydrę mordę, to  (ze strachu) wszystko się odblokuje i ruszy jak z kopyta.

Trzecim – opresyjny i represyjny styl kierowania i zarządzania. Pan Na Folwarku nie speszy się tym, że ciągłe dyscyplinowanie na zapas, groźby, kary niczego nie zmieniają w efektach takiego sposobu kierowania. Strach jest coraz większy… na równi z paraliżem działania. I tym bardziej – skoro jest nieomylny, a ma nieszczęście pracować z tymi, którzy nie są w stanie go nie zawieść na każdym kroku – nie szuka winy w sobie. Za to metodycznie stara się wpajać podwładnym – ofiarom swoich eksperymentów, kaprysów lub zgubnej rutyny, formalizmu – poczucie winy. I rzeczywiście, powstaje takie – nawet z góry. Jeszcze nie zacząłem, a już czuję się winny temu, że nie dałem rady.

Logika Pana Na Folwarku jest konsekwentna: Kumulacja dotychczasowych niepowodzeń wspólnoty i kryzys w funkcjonowaniu tej wspólnoty lub instytucji najdobitniej potwierdza moją niezbędność. Zobaczcie tylko, jak zarasta to szambo, jak wywala przez szczeliny, gdy Ja mam za mało władzy, gdy okazuję się zbyt wyrozumiały.  Ale tego błędu dobroduszności nie powtórzę. Jak dobrze ścisnę, aż oczy wyjdą na wierzch, to wyduszę co trzeba.

PROF. ZW. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

 

W wydaniu nr 267, luty 2024, ISSN 2300-6692 również

  1. LEKTURY DECYDENTA

    Zdradliwy urok
  2. FOLWARCZNE SADOMASO

    Pan na włościach
  3. ZROZUMIEĆ DALEKI WSCHÓD

    Szogun
  4. ARABSKIE OPOWIEŚCI

    Abrakadabra, niebieski koralik i czarny kot
  5. WYPRAWY WAGABUNDY

    Polskie K2