Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

1 kwiecień 2024

Krótko trzymać

Krótko trzymać

 

Dlaczego to ja jestem Szefem, a nie inni? Bo w swoim fachu i na stołku jestem nie tylko doskonały – w przeciwieństwie do podwładnych, nawet najbliższych współpracowników, ale i niezastąpiony – pisze Mirosław Karwat.

Mirosław Karwat

Bo żeby robota szła dobrze, pisze Mirosław Karwat ktoś musi zapanować nad tym całym bajzlem, bezhołowiem – tak, żeby każdy robił co do niego należy; bez ociągania się, kombinowania, działania na aby-aby i bajkowej sprawozdawczości

Wszystko na mojej głowie – i całe szczęście, że tak jest, bo na nikim nie mogę polegać. Nikomu nie mogę zaufać, że zrozumiał moje rozkazy, a jeśli zrozumiał, to żeby jeszcze im sprostał. O wyższej inteligencji nawet nie ma co mówić. Czy choć jeden z tych niemrawych szaraków umiałby odgadnąć moje życzenia wtedy, gdy tylko daję do zrozumienia – półsłówkiem albo nawet milczeniem, znakiem bez słów?

Wokół mnie są tylko albo niekumaci, nierozgarnięci, niedorajdy, albo cwane leniuchy, które zadania wykonać nie umieją (i dlatego nie chcą), do roboty się nie nadają, umieją jednak symulować nieporadność – i myślą, że z kolei mnie nie będzie się chciało ich przycisnąć, ponaglić albo ukarać. Myślą, że „jakoś to będzie”, że zapomnę, czego chciałem, że sprawa rozejdzie się po kościach albo że tylko pozrzędzę. Nie daj boże, by pozostawić im swobodę działania, pytać o rezultat po zakończeniu. W życiu nie doczekałbym zakończenia albo dowiedziałbym się, jak się sprawy mają dopiero wtedy, gdy już będzie za późno.

Wszystkiego i każdego muszę dopilnować, jeśli nie miałbym wszystkiego robić sam – tak jak należy. Pewnie, że sam zrobiłbym to nie tylko lepiej, ale wręcz perfekcyjnie. Ale nie będę zasuwał za tylu nieudaczników albo obiboków pod moją komendą. No więc każdego muszę podkręcać, ponaglać (zawsze robią zbyt wolno) i sprawdzać zanim będzie za późno. Albo wyprostować, gdy skręca w swoją stronę, gdy próbuje moje jasne rozkazy wykonywać po swojemu.

Żeby się tak nie migali od roboty, muszą poczuć, że nie tylko wymagam i byle czym się nie zadowolę. Ja czuwam. Nie myślcie sobie, że się schowacie w kupie. Każdego mam na oku. I o każdym wiem co trzeba – to, co jeszcze się może przydać. Bo najlepszy pracownik to taki, który wie i czuje, że wzrok, słuch i węch mam dobry, pamięć jeszcze lepszą, a rękę ciężką.

Dla dobra sprawy trzeba o tym przypominać. Najlepiej kazaniami do załogi, które brzmią jak ostrzeżenie, ale i jak reprymenda – choćby taka na wszelki wypadek. Wskazane jest, by regularnie wszystkich zbierać do apelu, jak na porządnym obozie wojskowym czy w szkole przetrwania, postawić na baczność, i jeszcze wywoływać po kolei, by każdy wiedział, że jego nie ominie ani kontrola, ani należne przywołanie do porządku „przed frontem kompanii”.

Nawet tych, którzy wykonali zadanie (ci myślą przedwcześnie, że „nie ma się do czego przyczepić”) trzeba pozbawić niebezpiecznego zadowolenia. Opieprzyć za to, że się może starali, ale jakoś tak blado. Dla dobra sprawy, żeby następnym razem nie poczuli się bezpiecznie i zbyt pewnie. Wykonano? Dobry wynik, zgodny z poleceniem? Ale mógłby być lepszy. „Dobre” – to ocena dla mało ambitnych; ja tam zawsze mam niedosyt przy cudzym działaniu.

Oczywiście nigdy nie zaszkodzi wybrać sobie kilku faworytów, beniaminków, pupili. Żeby dawali dobry przykład? No, czasem też, ale głównie po to, żeby każdy z tego zespołu wiedział, że ze mną trzeba dobrze żyć. To znaczy: być posłusznym, zawsze gotowym, na zawołanie. I nadążać z wyczuciem, kiedy Szef potrzebuje wdzięczności za to, że jest, uznania i podziwu za to, jak się męczy dla ogółu, a zamiast ogółu, który jest nie jak drużyna, lecz jak kupa, jak masa galaretowata. Niech wszyscy widzą, że  kto zasłużył na to, bym go lubił, ten ma dobrze. Ale musi się postarać, wykazać. Czym? Gorliwością (pierwszy wystartuje w sztafecie), użytecznymi i pikantnymi informacjami o kolegach, raportem o tym, co się tam wygaduje za moimi plecami, kto komentuje moje polecenia zamiast się przykładać do roboty. Pod warunkiem, rzecz jasna, że doniesie jako pierwszy. Jeśli jako drugi, to jego meldunek już nic nie jest warty, a on sam podejrzany.

Zawsze dobrze się sprawdza lekcja wychowawcza, gdy ludzie czują różnicę między stanem łaski a niełaski. I gdy przyswoją sobie memento: nie znasz dnia ni godziny, kiedy i za co podpadniesz; może nawet nie za swoje niedoróbki.

Byle ci przyboczni nie za dużo sobie wyobrażali. Dogodzę takiemu – lizusowi, przydupasowi, zrzucę mu trochę więcej niż innym ze swojego pańskiego stołu, to już mu się wydaje, że jest moim partnerem, wspólnikiem, ba, przyjacielem. No, wtedy to już wyprowadzam z błędu.

Wiadomo, że nadgorliwcy, służalcy i zausznicy są najbardziej fałszywi. Tych trzeba co jakiś czas wymieniać. Najlepiej z zaskoczenia – wyrzucić zaraz po przyznaniu nagrody.

Personel trzeba, kurde, krótko trzymać.

PROF. ZW. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

 

 

 

 

 

W wydaniu nr 269, kwiecień 2024, ISSN 2300-6692 również

  1. ZROZUMIEĆ DALEKI WSCHÓD

    Zderzenie cywilizacji
  2. ZROZUMIEĆ DALEKI WSCHÓD

    Buddyzm w Japonii
  3. ZROZUMIEĆ DALEKI WSCHÓD

    Religie, których nie znamy
  4. ZROZUMIEĆ DALEKI WSCHÓD

    Seppuku - samurajskie poczucie honoru
  5. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Krótko trzymać
  6. ARABSKIE OPOWIEŚCI

    Szyć mocnym ściegiem