Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

1 luty 2023

Miejsce w szeregu

Znaj swoje miejsce w szeregu! Tak brzmi znana i popularna dewiza. To „miejsce w szeregu” jest metaforą. Przez porównanie do szyku wojskowego, ustawienia uczestników apelu lub marszu wedle rangi przypominamy w dużym, acz czytelnym skrócie, że wszystkie rzeczy, zdarzenia, działania i wszyscy ludzie mają możliwą do ustalenia, często wręcz ewidentną, miarę swojego znaczenia, a zarazem zadanie przypisane im w ramach pewnej całości – pisze Mirosław Karwat.

Mirosław Karwat

Zastosowanie tego schematu jest wielorakie.

W najbardziej udosłownionym rozumieniu przyjmujemy, że chodzi o hierarchię rządzącą uprawnieniami do podejmowania decyzji, wydawania rozkazów, egzekwowania wymagań od ludzi podporządkowanych czyjejś zwierzchności – najczęściej w hierarchicznej piramidzie.

Z takim uporządkowaniem ścisłym i jednoznacznym (kto do jakiego poziomu wtajemniczenia i uprawnienia należy, kto komu podlega, kto kogo ma pytać o zgodę, kto komu ma ustępować pierwszeństwa, salutować na powitanie itd.) mamy oczywiście do czynienia w służbach mundurowych (wojskowych, policyjnych) i w urzędach, gdzie kryteria „co kto może i od czyjej zgody lub woli to zależy” są dosyć wyraziste, a zakres znaczenia i uprawnień określonych osób jest sprzężony z mechanizmem władzy dyscyplinarnej. Na tej zasadzie w tych strukturach zwracanie się do „najwyższego” odbywa się – z nielicznymi wyjątkami – „drogą służbową”, czyli za pośrednictwem bezpośrednich przełożonych, dowódców. I zgodnie z tą samą zasadą szeregowy nie odzywa się nie pytany, niewywołany przez sierżanta, nie mówiąc o generale. Przypomina to znaną ze świata zwierzęcego „hierarchię dziobania”, kolejność dostępu do michy. A także ordynarną wykładnię omawianej reguły: „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”.

A w nieco luźniejszym wydaniu ten sam schemat „miejsca w szeregu” rządzi niepisanymi, nieformalnymi, ustalanymi zwyczajowo hierarchiami uznania – autorytetu, prestiżu, respektu, jakie funkcjonują w środowiskach artystycznych, intelektualnych, naukowych.

W jednej i drugiej sferze (w świecie mundurów lub pieczątek, w świecie myślowych i symbolicznych poszukiwań, eksperymentów) miejsce w szeregu poszczególnych uczestników całości (urzędu, społeczności, kręgu zawodowego) znajduje odzwierciedlenie i ma zauważalne konsekwencje zarówno w postaci praktycznej, jak i symboliczno-rytualnej. Praktycznej, gdy chodzi o dostęp do dóbr, kolejność awansów, pierwszeństwo w uzyskiwaniu nagród i wyróżnień. I symboliczno-rytualnej, gdy chodzi np. o kolejność powitania podczas różnych ceremonii, usadowienie za stołem prezydialnym, w pierwszym rzędzie; czy o to, komu na pogrzebie przysługuje, a komu nie kompania honorowa i salut z broni palnej.

Skrajna formalizacja ocen pracy ludzkiej – tak dobrze znana z patologicznej biurokratyzacji – polega na tym, że np. nagrody są współmierne do formalnej rangi, a niekoniecznie do wkładu osoby o określonej randze do działania zespołowego, pracy wspólnej. Przypisujemy wtedy więcej zasług temu, kto ma wyższy stopień wojskowy, naukowy, zajmuje stanowisko kierownicze – tak, że wysiłek podwładnych idzie bardziej na jego konto niż na ich własne.

To jednak nie znaczy, że reguła „miejsca w szeregu” ma zawsze znaczenie destrukcyjne, że zawsze uświęca zastój (jako stłumienie inicjatywy oddolnej, oryginalności powiązanej z niekonwencjonalnością, przekraczaniem ustalonych ram) lub wręcz pasożytniczy status zwierzchników, ludzi z dłuższym stażem pracy w danym zawodzie i specjalności, autorytetów.

Zasada ta nieraz odnosi się do naturalnych procesów i cyklów wymiany pokoleń, do stopniowego dojrzewania do ról i zadań bardziej skomplikowanych, wymagających doświadczenia. Znajduje zastosowanie do uzależnienia awansów zawodowych, służbowych czy przebicia w rozmaitych rankingach renomy, prestiżu od tego, czy kandydat, pretendent rzeczywiście już osiągnął wymagane umiejętności, kwalifikacje, pożądany poziom nie tylko produktywności, ale i kreatywności.

Wtedy imperatyw „znaj swoje miejsce w szeregu” znaczy tyle, co nakaz, by „nie wyskakiwać przed szereg”. A to z kolei znaczy, by nie wpychać się na miejsce zajmowane przez kogoś, kogo my sami jeszcze (a być może nigdy) nie jesteśmy w stanie zastąpić; by nie próbować „drogi na skróty”, „przeskakiwania” (zwłaszcza w trybie czyjejś protekcji) etapów we własnym rozwoju wtedy, gdy jakieś stadium uczenia się, zdobywania doświadczeń jest konieczne, gdy taki skok grozi wskoczeniem na fotel na poziomie własnej niekompetencji.

Ale gadaj zdrów. Do ludzi owładniętych tyleż obsesją kariery i z tego powodu chorobą niecierpliwości (dajcie mi to, co najlepsze natychmiast!) ile megalomanią, brakiem samokrytycznego dystansu podobna przestroga zwykle nie przemawia.

Wreszcie, zasada „miejsca w szeregu” może wpływać na naszą samoocenę, nasze ambicje, wysiłki i starania nie tylko jako regulator zewnętrzny (w postaci opinii „dyspozytorów ruchu” w danej sferze lub opinii powszechnej w danym środowisku zawodowym, twórczym), ale również jako forma samokontroli.

Kiedy jakiś człowiek powiada sam sobie „znam swoje miejsce w szeregu”, to sam sobie wyznacza granice tego, do czego zamierza aspirować, o co się ubiegać, czego się podejmować. I odpowiednio – sam określa, z czego z góry jest gotów zrezygnować (przynajmniej na tym etapie) lub w czym przynajmniej się ograniczyć, czym się zadowolić.

Może to być przejawem samooceny adekwatnej, autentycznej skromności. Ta polega na tym, że ta osoba zna swoją wartość. Sama ceni swoje umiejętności i nie ma kompleksu niższości. Nie tłumi samej siebie przesadnym respektem wobec innych i ustępowaniem z góry „rywalom” nielepszym, a nawet gorszym od niej pod pewnym względem. Ale też przytomnie i odpowiedzialnie nie podejmuje się zadań i ról ponad własne siły i uzdolnienia, nie łaknie uznania na wyrost. Taka osoba wie, że zdolności do autopromocji czy tak zwana przebojowość nie zastąpi jej w danej roli tego, czego jednak nie potrafi.

To nie jest kokieteria, kiedy z formułą „znam swoje miejsce w szeregu” zwraca się do otoczenia ktoś wręcz kuszony i namawiany do takich czy innych splendorów, do objęcia zaszczytnej funkcji i władzy w sytuacji, gdy są kontrkandydaci, których on sam ocenia wyżej niż siebie w danym kontekście.

Jednak „znam swoje miejsce w szeregu” mówi sobie – i to samo mówi innym – również ktoś, kto wręcz powinien sięgać wyżej lub szerzej, a przynajmniej nie ustępować z drogi tym, którzy są tylko – nadmiernie – pewni siebie, lecz albo boi się wyzwania, ryzyka niepowodzeń, albo obawia cudzej zazdrości, zawiści, albo nie chce się narazić środowisku, w którym wszystkie karty są już rozdane, wszystko ustawione, a naruszenie panującego układu karane złośliwościami, szykanami lub gwarantowaną zemstą.

Ale chyba znacznie ciekawsze są przypadki – tak dobrze znane z historii sztuki, nauki, wynalazczości, inicjatywy gospodarczej – gdy ktoś nie pyta ani siebie, ani innych o swoje miejsce w szeregu, lecz „robi swoje” i właśnie w ten sposób sam sobie to miejsce wyznacza. Wielu dzieł nie poznałaby ludzkość, gdyby ich twórcy – między innymi sprawcy rozmaitych skandali, konsternacji, a przy tym rzeczywistych przełomów, znaczących innowacji – pytali o to, czy im wolno spróbować.

Prof. zw. dr hab. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 255, luty 2023, ISSN 2300-6692 również

  1. HANDLOWE MEANDRY

    Jak marchewka trafiła do Chin
  2. ZAPROSZENIE CZY INVITATION?

    A jednak razi...
  3. UTAJONE UMIEJĘTNOŚCI

    Podstępne egzorcyzmy
  4. IMPERIUM KIMÓW

    Święte imię na przypince
  5. MRÓZ W HONGKONGU

    Oni też nie mają węgla
  6. WSPOMNIENIE

    Przyjaciel Polski
  7. PODRÓŻE W CZASIE

    Renesans tramwaju
  8. MOWA SERCA

    Moja przygoda z językiem arabskim
  9. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Miejsce w szeregu