Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

4 maja 2021

Zapięty guzik, zamknięty umysł

Dystans lub brak dystansu do samego siebie to właściwość mocno skorelowana z przeciwieństwem charakterów – z różnicą między „luzakiem” a „sztywniakiem” – pisze prof. zw. dr hab. Mirosław Karwat.

Prof. zw. dr hab. Mirosław Karwat

Człowiek żyjący i cieszący się życiem „na luzie” to niekoniecznie ktoś niedojrzały do odpowiedzialności za siebie i innych, niedbały w spełnianiu obowiązków, lekkomyślny w podejmowanych decyzjach albo uciekający przed trudnym wyborem w unik, zaniechanie, według dewiz „jakoś to będzie” i „jakkolwiek będzie, to jakoś to będzie”. Na określenie takiej filozofii życiowej – życia z dnia na dzień, bez żadnego celu i bez życiowej busoli, w trybie improwizacji albo zdania się na przypadek, okazję, łut szczęścia – należałoby poszukać innego, lepszego określenia.

Tu natomiast chodzi o takich ludzi, którzy – trzymając się pewnych zasad, nie lekceważąc reguł gry czy pewnych tradycji w swoim środowisku, oczekiwań lub wymagań otoczenia – odczuwają jednak potrzebę dokonywania wyboru, a nie bezwarunkowego, bezwolnego i bezkrytycznego ulegania opiniom i wskazówkom nauczycieli, wychowawców, opiekunów, patronów, zwierzchników. Wykazują oni refleksyjne podejście (nie mylmy tego z samoudręczeniem w nieskończonym roztrząsaniu problemów, dylematów, wątpliwości) do tego, co jest ich zadaniem, obowiązkiem, dobrowolnym zobowiązaniem lub okolicznościową koniecznością. Co się z tym wiąże, myślą i decydują w kategoriach alternatyw, a nie jakichś automatyzmów podyktowanych rutyną, poczuciem oczywistości czy konformizmem wobec oczekiwań otoczenia, nacisków innych ludzi albo wobec owczego pędu, stadnego naśladownictwa. Nie uznają z góry i na kredyt tego, co uchodzi za normę albo nakaz tak czy inaczej rozumianej poprawności, prawomyślności, prawowierności (ideologicznej lub religijnej ortodoksji). Nie rozpoznają kolejnych sytuacji czy konieczności życiowych jako zawsze takich samych lub z góry jednoznacznych. Konsekwencji tego, co właśnie w danej chwili się dzieje i co – jak wiele na to wskazuje – dalej może się wydarzyć nie traktują jako z góry przesądzonych. Przeciwnie, zakładają, że właśnie od tego, co teraz uczynią lub od czego się powstrzymają zależy to, co ostatecznie się stanie. Wiedzą więc, że nie zawsze trzeba się śpieszyć z reakcją na wyzwania czy zagrożenia, z odpowiedzią na pytania lub wezwania, nakazy; że wbrew pozorom nieraz można uniknąć tego, co wydaje się nieuniknione; że czasem można odwrócić bieg wydarzeń. Ich sposobem na życie – stosowanym konsekwentnie w myśleniu, w decyzjach i w samym dzianiu – jest elastyczność, otwartość (na nowe sytuacje, nowe informacje, nieoczekiwane zmiany, zaskakujące lub „gorszące” propozycje, oferty). Co bynajmniej nie oznacza braku zasad, lawiranctwa, krętactwa. Postępowanie takich ludzi przypomina zachowanie kierowcy, który jedzie prosto po… krętych lub wyboistych drogach. To nie on kręci, on posługuje się przytomnością umysłu, wyobraźnią, zdolnością przewidywania.

Tego typu nastawienie oznacza podmiotowość człowieka. Nie uchyla się on przed odpowiedzialnością, ale chce odpowiadać za to, co zależy od niego samego, a nie za to, na co nie ma wpływu lub na co wpływu sam by się wyrzekł. W kategoriach psychologicznych kwalifikuje się to jako „umysł otwarty”. Ktoś taki pozostaje sobą właśnie na tej zasadzie, że zachowuje ciągłość w zmiennych okolicznościach własnego życia i samokontrolę. Ma dystans do swoich poglądów – które traktuje poważnie, ale bez zadęcia i nie w formie zmumifikowanej. Poglądy są dlań kluczem do samodzielnej interpretacji zmiennych, coraz to innych sytuacji, do zakreślania sobie samemu marginesu swobody w działaniu, jak i pewnych granic, których przekroczenie grozi utratą tożsamości.

Kiedy więc „umysłem otwartym” odznacza się szczery wyznawca pewnych idei i zasad, zwolennik określonych poglądów, nie wyklucza to wcale zdolności do spojrzenia na siebie (na swoje poglądy) niejako z boku, do samokrytycznych przewartościowań ani też do wysłuchania i zrozumienia poglądów pochodzących skądinąd, a nawet z obcego czy wrogiego źródła. Człowiek otwarty  na świat i myślenie nie kieruje się założeniem, że prawdziwość lub fałszywość, błędność – odpowiednio też: słuszność i dobroczynność lub szkodliwość – poglądów zależy od tego, kto je głosi, jaki mają rodowód; choć rozumie też, że w głoszeniu określonych poglądów ktoś po przeciwnej stronie może mieć swój interes.

To wiąże się z dopuszczeniem do siebie nie tylko tej myśli, że mogę się mylić w interpretacji słusznych poniekąd poglądów wyznawanych w mojej wspólnocie, ale również takiej, że moja wspólnota może się mylić, co więcej, że może niektóre „pewniki” się zdezaktualizowały, że trzeba przewartościować niektóre założenia. I przeprowadzenia takiej operacji we własnych myślach człowiek z umysłem otwartym nie obawia się. Nie boi się, że w ten sposób staje się heretykiem, rewizjonistą, renegatem albo naiwnym narzędziem wroga ideowego czy politycznego.

Toteż ktoś taki potrafi nie tylko śmiać się z samego siebie, zdobyć na autoironię, na humorystyczne potraktowanie własnego dotychczasowego zaangażowania, ale również żartować z własnego sztandaru, z patetycznego języka własnej wspólnoty ideologicznej czy religijnej, bez wyrzutów sumienia powtarzać dowcipy będące prześmiewczym komentarzem do uznawanych przez siebie autorytetów, świętości, dogmatów. Dogmaty dogmatami, ale ja nie muszę być dogmatykiem.

Zaprzeczeniem takiego typu społecznego jest SZTYWNIAK. A zwłaszcza sztywniak podwójnie spięty i zasznurowany.

Z jednej strony, na płaszczyźnie ściśle osobistej, jest on jak synek (lub córeczka) zaborczej i pedantycznej mamy albo władczego ojca. Oni – rodzice albo nauczyciele w autorytarnej szkole, w której najważniejsze są mundurki, formułki etykiety szkolnej, schematy odtąd-dotąd w odpowiedzi na testy – wpoili mu nerwicowe natręctwo, by pięć razy sprawdzać, czy wszystkie guziki są zapięte, trzy razy ugryźć się w język zanim coś wypowie, w punkcie wyjścia stłumić myśli niestosowne, pomysły nieskonsultowane. Na całe życie zaprogramowali go tak, aby był i pozostał we wszystkim „akuratny”. I tak, aby sam siebie wciąż pilnował i dyscyplinował na każdym kroku, w każdym drobiazgu, a jeśli siebie w czymś nie dopilnuje, to aby skrupulatnie samego siebie karał za najdrobniejsze uchybienia (np. za to, że się w czymś przejęzyczył, że ukłon był niedość grzeczny, że rozkazu wysłuchał niedość pokornie). Ot, taki osobnik autorepresyjny. Jak inni regularnie strzygą się u fryzjera, tak on regularnie przycina swoje „myśli nieuczesane”, stale lustruje samego siebie i wystawia sobie ocenę.

Z drugiej strony, takiej osobowości wyjątkowo odpowiada przynależność do zamkniętego kręgu wyznawców idei oczywistej, a jedynie słusznej – czy to będzie kościół, sekta, czy partia polityczna upodobniona do zakonu albo karnej armii. W takiej wspólnocie spełnia się jego pragnienie, by – podobnie jak w sprawie przyzwoitego ubioru i słownictwa, nienagannych manier, pruderii higienicznej i seksualnej – w kontaktach ze współwyznawcami wszystko było jasne, jednoznaczne, oczywiste, przewidywalne, raz na zawsze ustalone i skutecznie egzekwowane – tak, że nikt tu nie zbłądzi. W tej wspólnocie czuje się bezpieczny i dobrze ukierunkowany przez innych pod tym warunkiem, że sam nie zbacza z kursu, nie wdaje się w jakieś poszukiwania poza wyznaczoną strefą, nie ma niepożądanych myśli ani kontaktów. A jeśli już taki kontakt z czymś lub kimś obcym i wrogim okaże się nieunikniony, to najważniejszym jego zadaniem jest nie zarazić się myślą grzeszną, podsuniętymi wątpliwościami, obronić swą czystość ideową, zachować ideologiczne dziewictwo. Taki ortodoksyjny, a tym bardziej fanatyczny członek wspólnoty reaguje na styczność z informacjami i opiniami spoza jego świata, na zaproszenie OBCYCH do dyskusji, a tym bardziej na jakiekolwiek żarty, które mogą dotyczyć jego wspólnoty – przerażeniem, czujnością, odruchem wartownika, który nieopatrznie się zagapił lub zdrzemnął, ale natychmiast się wyprostował. Jego mechanizm regulacji to syndrom oblężonej twierdzy; on sam jest „obrońcą Częstochowy” – nawet w takich sprawach, gdzie taka obrona musi być beznadziejna.

Paradoks takiego umysłu zamkniętego polega na tym, że z jednej strony odczuwa imperatyw dystansu do wszystkiego, co pachnie czymś nieznanym albo obcym i do każdego, kto nie jest SWÓJ; z drugiej jednak strony, nie ma za grosz dystansu wobec samego siebie – wobec swojego samouwięzienia w imperatywie poprawności, prawomyślności – ani wobec swojej wspólnoty, jej proroków, propagandy, hipokryzji. Im dalej chce się trzymać od tych, którzy myślą inaczej i żyją inaczej, tym ściślej zamyka się w nieprzewiewnej wspólnocie w upragnionym ścisku. Trochę mu duszno – jak w gęsto wypełnionej knajpie, gdzie wszyscy chuchają na siebie z bliska i dzielą się ze sobą podobnymi oparami –   ale taka bliskość w modlitwie, egzorcyzmach albo w defiladzie jest dlań szczytem szczęścia.

PROF. ZW. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 234, maj 2021, ISSN 2300-6692 również

  1. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Twórca Dyzmy
  2. LEKTURY DECYDENTA

    Punkty widzenia
  3. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Kto następny?
  4. WIERSZOWNIA DECYDENTA

    Darmowy ser
  5. HISTORIA DECYDENTA

    Dowódca i polityk
  6. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Wiara i magia
  7. HISTORIA DECYDENTA

    Bojownicy
  8. HISTORIA DECYDENTA

    Uwagi znad Sekwany
  9. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Z alkoholem w tle
  10. LEKTURY DECYDENTA

    Autor "Złego"
  11. ALBA LACH HERITAGE

    80. rocznica Towarzystwa Szkocko-Polskiego
  12. OBRAZY PAMIĘCI

    Miasto na rozdrożach
  13. WIATR OD MORZA

    Manneken pis
  14. POLITYKA DECYDENTA

    Druga Izba za sanacji
  15. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Zapięty guzik, zamknięty umysł