Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

1 października 2020

Honorowa mściwość

Z dialektyki Hegla i Marksa od dawna wiadomo, że w procesie własnej ewolucji każde zjawisko może przeistoczyć się w swoje przeciwieństwo. Proces wyzwolenia lub samowyzwolenia – społecznego czy narodowego – może być zwieńczony nową, inną formą zniewolenia. Naprawianie krzywd (wyzysku, ucisku, upokorzeń i upośledzeń społecznych) może przerosnąć w jaskrawe niesprawiedliwości i krzywdy, paradoksalnie uderzające nie tylko w dawnych prześladowców lub ich spadkobierców, ale i w samych… wcześniej pokrzywdzonych (przykład: wyzwolenie pracy… przez gułagi) – pisze prof. zw. dr. hab. Mirosław Karwat z Uniwersytetu Warszawskiego.

Prof. zw. dr hab. Mirosław Karwat

Postępowe reformy mogą przyczynić się do konserwacji anachronizmów (tu kłania się np. paradoksalny skutek spóźnionej reformy rolnej, powodującej utrwalenie zacofanej i nieefektywnej gospodarczo struktury agrarnej). Imponujący postęp technologiczny – traktowany początkowo jako błogosławieństwo i gwarancja komfortu życia dla wszystkich – okazuje się pułapką i w swoich skutkach klimatycznych, i w postaci uzależnienia powiązanego z bezradnością wobec świata techniki, i na zasadzie lawiny skutków ubocznych (więcej samochodów to mniej czasu, mniej tlenu, a więcej rannych i zabitych w wypadkach). Bezwzględna prawdomówność traktowana jako ucieleśnienie uczciwości może okazać się okrucieństwem, ba, zakłamaniem.

Honor – jako pewien wzorzec myślenia i postępowania godnego, godnego więc i szacunku, uznania – nie jest tu wyjątkiem. Patologicznej deformacji może ulec i samo wyobrażenie o tym, co jest, a co nie jest honorowe, co jest powinnością honorową, i wrażliwość na to, co uznajemy za ujmę dla honoru lub zamach na (nasz) honor, i utrwalony – zwłaszcza bezrefleksyjnie, na zasadzie odruchu lub oczywistego przyzwyczajenia, np. do uświęconej tradycji – typ skłonności do reagowania na to, co „godzi w nasz honor”.

Najczęściej jest to redukcja pojęcia (i czysto emocjonalnego, a nie refleksyjnego poczucia) honoru do odczuć i reakcji negatywnych, w odpowiedzi na postrzegane zagrożenie dla własnej tożsamości i godności. Zarówno trwałe wyobrażenia o honorze, jak i sytuacyjne reakcje na „ujmę na honorze” są tu całkowicie zdominowane przez skrajne emocje, automatycznie są przesądzone przez fałszywe poczucie oczywistości i postrzeganie konfliktów według niezmiennych schematów, bez choćby elementarnego dystansu wyznawców do własnych uprzedzeń i nastrojów, bez choćby minimalnej empatii w stosunku do strony przeciwnej. Takie poczucie honoru przekształca się w „powinność” odczuwaną i realizowaną automatycznie. Obraził mnie? Już ja mu pokażę! Nadepnął mi na odcisk? Ja też umiem deptać – wdepczę go w ziemię.

Taki typ mentalności i wrażliwości (głównie lub wyłącznie na punkcie własnego honoru) związany jest – na poziomie psychiki i motywacji jednostkowej – z dość egocentrycznym postrzeganiem tego, co nas dotyczy. A na poziomie grupowym (w funkcjonowaniu wspólnot etnicznych lub etnograficznych definiowanych w kategoriach obyczajów i rytuałów) analogicznie z syndromem megalomanii grupowej. Skrajnym przejawem takiej negatywnej i z założenia jednostronnej redukcji pojęcia i poczucia honoru jest mściwość, której nadaje się znamiona wzniosłości, powinności moralnej wobec wspólnoty.

Oto klasyczne atrybuty takiego wzorca honorowości.

Samo w sobie pojęcie honoru odnoszone jest tutaj (i ograniczone) do kwestii: „czy mnie/nas szanują, czy dostatecznie szanują (a niedostateczny szacunek jest już zniewagą)”. Jest to więc wyczulenie na poczucie własnej godności sprzężonej z poczuciem tożsamości (kto nie dba o swoją godność, nie wyegzekwuje jej od współplemieńców czy członków klanu, rodu oraz od obcych tudzież od wrogów rodu, klanu we wspólnej społeczności, ten nie zasługuje na bycie członkiem tej wspólnoty, ten jakby sam siebie wykluczał z tej wspólnoty, społeczności).

W wymiarze „pozytywnym”: Każdy członek danej całości reprezentuje ją pod każdym względem, we wszystkich swoich zachowaniach – nawet najbardziej osobistych, intymnych – we wszelkich możliwych sferach życia i sprawach. A tym samym odpowiada za zachowanie godności wspólnoty, do której należy (rodziny, rodu, klanu, plemienia) i szacunku dla niej. Ten szacunek dla niej po stronie innych, obcych musiałby osłabnąć lub zniknąć, gdyby ta wspólnota – w całości, jak i w osobie swoich reprezentatywnych dla niej członków – sama siebie nie szanowała. W konsekwencji w takiej wspólnocie każdy jest na widelcu i pod lupą, w jakiejś mierze też na sznurku czy wręcz na łańcuchu. Bo nadrzędne dobro wspólnoty (w tym wypadku związane z jej wizerunkiem, prestiżem) wymaga wścibskiej kontroli nad uczestnikami oraz ścisłego określenia i egzekwowania bezalternatywnych wzorów poprawnego czy też „przyzwoitego” zachowania.

W niektórych subkulturach przyjmuje się nie tylko taką możliwość, iż sprawca dyshonoru dla wspólnoty (zwłaszcza jej zhańbienia swoim czynem) będący jej członkiem może swój grzech, występek naprawić lub odkupić, w ten sposób zrehabilitować się, lecz i taką, że jeśli on sam nie jest do tego zdolny, to może go w tym zastąpić krewny czy małżonek. Karykaturalny przykład tego znajdujemy w Nocach Cabirii Felliniego, kiedy to stary ojciec ratuje honor męski swego nazwiska, splamiony przez powszechnie komentowaną impotencję syna, demonstracyjną wyprawą do domu publicznego, gdzie z honorem polegnie w boju.

W wymiarze negatywnym: kultywowanie honoru wspólnoty zakłada permanentną czujność, Z nastawieniem na to, że wciąż coś zagraża grupowej cnocie i że ciosy w jej cnotę to tylko kwestia czasu. Z gotowością iście pionierską (bud’ gotow, wsiegda gotow) do natychmiastowego reagowania. Natychmiastowego, a więc szybkiego – szybszego niż przemyślenia, które są zresztą zbędne, skoro kryteria oceny i diagnoza sytuacji wymagającej interwencji, a zwłaszcza kary są z góry dane i oczywiste.

Zwróćmy przy tym uwagę na istotny niuans. Ten wzorzec honorowości ma charakter klasycznie patriarchalny, a pikanterii dodaje mu szczególna, nawet obsesyjna, koncentracja na kwestiach wyłączności seksualnej, wierności, dziewictwa, męskości oraz na kwestiach bariery między swoimi a obcymi. Honorowość sprzężona z imperatywem czystości (etnicznej, rasowej, seksualnej) oparta jest na pruderii obyczajowej idącej w parze z pospolitym, natrętnym wścibstwem, na wyznaniowej ortodoksji, na „swojackiej” ekskluzywności.

Obsesyjnie ścigane są rzeczywiste lub urojone wykroczenia przeciw obyczajowym oczywistościom. Ściganie – a przedtem tropienie, węszenie – takich występków zostaje przeistoczone w mściwość, proporcjonalną do subiektywnego, emocjonalnego poczucia hańby, upokorzenia, a nie do faktycznej, mierzonej zobiektywizowaną miarą, szkody, plamy na wizerunku.

Znane są tego przykłady, szokujące dla ludzi żyjących w społeczeństwie otwartym, pluralistycznym. Gdy dziewczyna oznakowana przez „swoich” jako muzułmanka i wolą rodu przeznaczona komuś „ze swoich”, wybiera się na dyskotekę w mieszanym składzie, w stroju „nieobyczajnym”, pozwalając sobie na tańce, nawet – o zgrozo! – na całusy z obcym, jest to szczyt pohańbienia wspólnoty. Raz po raz dowiadujemy się o rytualnych mordach ojców lub braci na własnych córkach, siostrach, narzeczonych. Tu znów odczuwalny jest zapaszek zatęchłego mizoginicznego paternalizmu (mężczyzna władcą i właścicielem swych kobiet), bo surowość kar wobec mężczyzn za wyskoki po alkoholu, obmacywanie i napastowanie obcych kobiet, a nawet za niewierność małżeńską jest nieporównywalna.

Rygoryzm, surowość tego „przywoływania do porządku” może być bardzo zwodnicza, jeśli nie ogarniemy całokształtu spraw. Paradoks (pozorny?) w takich klanowych czy plemiennych mechanizmach kontroli i dyscyplinowania polega na tym, że wprawdzie współplemieńcy, krewni są pod stałym naciskiem, rygorystycznie są oceniani pod kątem poprawności (czy przynoszą chlubę, czy hańbę swoim postępowaniem), potencjalnie są narażeni na kary, jednak jeśli w grę wchodzi wyskok w otoczeniu, a nie wśród samych swoich, to często bywa tak, że obowiązuje zasada „ wara obcym od naszych grzeszników”. To znaczy: albo „sami to załatwimy” (np. nie żadne tam sądy, ale nasz samosąd), czyli sami oczyścimy wspólnotę z wyrzutków i ocalimy w ten sposób honor wspólnoty, albo też (na zasadzie grupowej solidarności) chronimy przed karą, odpowiedzialnością w imię honoru grupowego właśnie. Bo większym ciosem dla honoru wspólnoty jest nie czyn niehonorowy (występek, przestępstwo, zbrodnia) współplemieńca, krewniaka, lecz to, że ktoś z zewnątrz usiłuje NAS (wtedy już NAS, nie tylko jego) osądzić i karać.

W takim przypadku powstaje paradoksalna sytuacja: Honorowym odruchem jest, owszem, konwencjonalne potępienie niehonorowego czynu współplemieńca, współwyznawcy, współbojownika itd., mniej jednak pachnące oburzeniem niż zakłopotaniem. Honorowym rozwiązaniem zawstydzającej dla wspólnoty sytuacji jest schowanie sprawcy gdzieś na zapleczu (pod obłudnym pretekstem zawołania „zejdź nam z oczu”). I równie honorowym postępowaniem ma być odmowa jego „wydania” (choćby w metaforycznym sensie) OBCYM. Okazuje się wtedy, że honor grupy wymaga krycia przed obcymi i wrogimi rękami tego, kto niehonorowym czynem spowodował uszczerbek na honorze grupy. Ot, takie plątawisko fałszywej solidarności grupowej.

Nie mniej drastycznym niż samosąd nad bliskimi (rytualne zbrodnie lub okaleczenia „za karę, dla zasady i dla przykładu”) przejawem takiej „honorowej” mściwości jest znany w wielu społecznościach czy subkulturach tradycyjnych, m.in. górskich, pasterskich (ale nie tylko, gdyż to przeniosło się do wielkomiejskich gett etnicznych i wyznaniowych) imperatyw zemsty rodowej. Wtedy potomek osób skrzywdzonych czy tylko znieważonych ze swojego rodu niejako z automatu dziedziczy obowiązek odwetu. Wymaganiom honoru nie stanie się zadość tak długo, dopóki nie zostanie ukarana – tzn. poniżona lub wręcz zabita, choć nie za swoje czyny – osoba dziedzicząca winę swych rodziców czy jeszcze starszych przodków, podobnie jak mściciel dziedziczy powinność „wymierzenia sprawiedliwości”.

Jeśli to „wymierzenie sprawiedliwości” nie dochodzi do skutku (bo zobowiązany do niego zawiódł albo przeszkodziły mu w tym jakieś okoliczności, np. jego własna przedwczesna śmierć czy paraliż), albo też jeśli odpłata złem za zło jest niewystarczająca, połowiczna, niewspółmierna, to sprawa bynajmniej nie wygasa, wręcz przeciwnie. Wtedy obowiązek zwieńczenia dzieła przechodzi na najbliższego krewnego z tego samego pokolenia lub na następne pokolenie dziedziców honoru splamionego.

Sprawiedliwość jest tu rozumiana oczywiście jako „wyrównanie rachunków” według własnej subiektywnej miary, na podstawie równie subiektywnej kwalifikacji krzywdy, zniewagi, winy, a nie według wyroków jakiejś bezstronnej instancji w sądzie czy w procedurach mediacji. Sprawiedliwość oznacza tu odwet, zemstę i nic innego – a nie spowodowanie jakiegoś konstruktywnego zadośćuczynienia.

W skrajnych przypadkach takie „dochodzenie sprawiedliwości” upodabnia się do schematu perpetuum mobile. Satysfakcji (rozumianej tak zapalczywie jak w pojedynku „honorowym” lub jak w egzekucji) nigdy dość. Poczucie sprawiedliwości wymaga, by winowajcę przelicytować w upokorzeniu, na jakie nas (realnie lub tylko w naszym przewrażliwieniu) naraził, w cierpieniu, jakie spowodował. A ponieważ na takie akty samowoli nazywane aktem sprawiedliwości nieraz odpowiedzią są zachowania obronne, to uruchomiona zostaje spirala przemocy. Bo nic tak nas nie oburza, jak to, że skazany przez nas na pobicie lub zabicie chce się bronić. Bezczelny typ, bez honoru – teraz to mu się należy sadystyczna poprawka, dokładka. Teraz już mścimy się nie tylko za czyny pradziada, ale i za te przeszkody ze strony prawnuków, którzy utrudniają wykonanie wyroku na sobie. Dopisujemy do rachunku ich własne niecne czyny (w obronie własnej lub na znak sprzeciwu) – i to nam zapewnia poczucie, że odwet trzeba podwoić.

Możemy na to patrzeć jak na groteskę (przez pryzmat kłótni Cześnika z Rejentem, Kargula z Pawlakiem), ale zwykle w grę wchodzi prawdziwa tragedia i makabra (w literackim zwierciadle: Montecchi i Capuletti, Hrabia Monte Christo czy Ojciec chrzestny).

W badaniach i publikacjach z kręgu etnologii, kulturoznawstwa taki typ mentalności i obrzędowości – o skutkach, niestety, praktycznych – bywa nazywany „kulturą honoru”. Oczywiście honoru bardzo specyficznie pojętego – jak wyżej. Ale ta nazwa – brzmiąca rzeczowo, pozbawiona wartościowania – zyskuje tu sens sarkastyczny. Vendetta (zemsta rodowa) czy mafijny sposób egzekwowania i gwarantowania lojalności obciętym językiem albo mordem zastępczym na rodzinie „zdrajcy” to dość specyficzne ucieleśnienia honoru.

Dystyngowany Europejczyk z państw rozwiniętych i sfer strasznie kulturalnych być może z poczuciem wyższości patrzy na takie relikty u jakichś „górali” „pastuchów”, „wieśniaków z zadupia”. Ale byłby człowiekiem bardzo ograniczonym, gdyby nie zauważył podobnych wzorów w politycznych rozliczeniach i porachunkach.

Widać to i u nas. Wyznawca dewizy „Bóg, Honor, Ojczyzna” za punkt honoru uznaje ściganie „zbrodniarzy”, „dzieci resortowych” aż po piąte pokolenie, po horyzont pamięci. Ściganie w ten sposób, że ustawą o odebraniu lub obcięciu rent „ubeków” (gdzie wystarczy 1 dzień pracy w „totalitarnych instytucjach” – takich jak laboratorium kryminalistyki albo drogówka) obejmuje nawet sprzątaczkę w Komendzie Powiatowej MO. Dopaść takich i im dokopać – to jest jego punkt honoru i powód do dumy, a jeszcze większym honorowym wyczynem jest „zdemaskowanie” aktorki czy dziennikarki, której wujek był prześladowcą późniejszych wyzwolicieli. Honor (Ojczyzny i własny) wymaga, by zgnoił takich spadkobierców, by nauczyciela ze złym rodowodem „spuścić do kanału”, np. do pracy przy składowisku śmieci, bo przecież „tam jest jego miejsce”. Sprawca takiego skutecznego polowania z nagonką, a wcześniej donosicielstwa w majestacie „patriotycznej postawy” czuje się zgoła Rycerzem Prawdy, Sprawiedliwości i kapłanem w świątyni honoru.

Tak swoiste poczucie honoru ma posmak moralnej obrzydliwości. Małostkowość podszyta kompleksem niedoszłego bohatera wojennego czy powstańczego, niespełnionego aspiranta do chwały męczennika. Zamęczę kogo trzeba za to, że  sam jestem spóźniony datą urodzenia do panteonu Prometeuszy, mini-Chrystusów, odkupicieli.

Nie trzeba chyba wyjaśniać, że praktykowanie honoru wspólnoty w rytuałach samosądów, ale też w odruchach ochrony przed odpowiedzialnością na zewnątrz, jak i w postaci przekazywania zemsty w spadku, z pokolenia na pokolenie – to niezawodna gwarancja konserwacji moralnego bagna.

PROF. ZW. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT

Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 227, październik 2020, ISSN 2300-6692 również

  1. LEKTURY DECYDENTA

    Polacy na Dachu Świata
  2. DECYDENT GLOBTROTER

    Azja jest blisko
  3. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Starsi panowie dwaj
  4. POLITYKA DECYDENTA

    Jedność i różnorodność
  5. INTRYGI DECYDENTA

    Król i karzeł
  6. HISTORIA DECYDENTA

    Rząd pokonał silną bestię
  7. LEKTURY DECYDENTA

    Sen to, czy jawa?
  8. MEANDRY MIŁOŚCI

    Pokochać i niecnie zdradzić
  9. KONKURS GOOD CHEESE 2020

    Sery z Czarnocina nagrodzone
  10. HISTORIA DECYDENTA

    Zaraza przyszła ze Wschodu
  11. OPOWIADANIE

    Wieś, której nie ma
  12. HISTORIA DECYDENTA

    Królowa Bona
  13. POEZJA DECYDENTA

    Wiersze z charakterem
  14. LEGENDY DECYDENTA

    Inny Ali Baba
  15. KOBIETY DECYDENTA

    Dom bez klamek
  16. DECYDENT POLIGLOTA

    Biznes po angielsku
  17. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Honorowa mściwość
  18. WIATR OD MORZA

    Szwedzi trzymają się dobrze
  19. NIEZBĘDNIK DECYDENTA

    Ratujmy się sami!