Established 1999

W OPARACH WIZERUNKU

9 października 2015

Człowiek oddzisiejszy

Nowe czasy wymagają nowych ludzi, na miarę nowych wyzwań. Ludzi odpowiadających nowym kryteriom poprawności, pożyteczności, prawomyślności. Tak się jednak składa, że tych nowych ludzi nowe społeczeństwo i nowe państwo dopiero muszą zasiać czy też zasadzić i wyhodować. A zanim to nastąpi, zanim ci całkiem nowi wyrosną, lukę wypełniają staro-nowi. Bo na początku nowi ludzie w nowych czasach to często albo prastarzy, którzy jeszcze pamiętają porządek istniejący przed  ładem dopiero co obalonym, albo dotychczasowi, w tym już starzy, wyrośli właśnie w ustroju teraz przekreślonym, lecz odnowieni – pisze prof. Mirosław Karwat.

Prof. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

Ci prastarzy, jeśli nie tylko pamiętają, ale i czczą porządek przedwczorajszy, a tym bardziej jeśli zwalczali, choć nieskutecznie, ten już unieważniony wczorajszy, okazują się nawet przydatni dla ideologów Całkiem Nowego Porządku.

Po pierwsze, wygodnie jest przy zrywaniu ciągłości historycznej (ustrojowej i ideologicznej) odwołać się do ludzi będących pomostem „między dawnymi a nowymi laty”, uczynić ich świadectwem i rzekomym gwarantem ciągłości. Wtedy ogłoszenie, że okres „słusznie miniony” i panujący w nim porządek to tylko wypadek przy pracy, anomalia (jak anomalie klimatyczne w przyrodzie), a jeszcze lepiej – jakaś czarna dziura, nie brzmi już tak absurdalnie. Warto więc żywe zabytki ogłosić prekursorami, pionierami postępu. Mianować ich nestorami, patronami, weteranami zwycięskiej sprawy, choćby nawet wcześniej walczyli o trochę inną sprawę. Po to, aby rzecznicy nowego porządku – zwłaszcza jeśli nie mają wyraźnego mandatu woli powszechnej dla wprowadzanych zmian – zostali w pewnym sensie namaszczeni, jako prawi i prawowici spadkobiercy tych paleo-dziedziców.

Na tej właśnie zasadzie rządy sanacyjne – ustanowione bynajmniej nie w trybie legalistycznym i na powszechne żądanie, lecz w trybie sprawnego przewrotu – czciły ostatnich jeszcze żywych powstańców styczniowych. A  założyciele III RP ceremonialnie „przejmowali władzę” nie od tych, którzy władzę im oddali (bo ją mieli), lecz od tych, którzy czekali na odzyskanie władzy w Londynie. Z kolei projektanci IV RP, skoro III RP uznali za zdradę i kolonizację, za kolejną hańbę (czyli gorzej niż czarną dziurę), to zmuszeni są w takim razie uroczyście wykopywać żołnierzy wyklętych, którzy woleli zginąć niż się układać. I od tych martwych bohaterów otrzymać błogosławieństwo.

Po drugie, ci prastarzy, przedpoprzednicy mają swoją obecnością i ceremonialnym wyeksponowaniem symbolizować „powrót do normalności”. To takie oczywiste: poprzedni porządek był „nienormalny”, przeto poprzedzający go (przedpoprzedni), któremu zaprzeczył, musiał być „normalny”, a odrzucenie tego, co nienormalne, równa się przywróceniu normalności. Kto by tam bawił się w niuanse, czy na pewno III RP jest reanimacją II RP…

Wywrócenie porządku to odwrócenie „do góry nogami”. Oznacza albo „start od zera” (przed nami było tylko to, co jak najszybciej należy zapomnieć, a tym, którzy nie chcą zapomnieć, trzeba to wykreślić, wymazać z pamięci), albo „przywrócenie”. Ale wtedy powstaje kłopot, co zrobić z tymi, którzy nie przyczynili się – jako bohaterowie, męczennicy, dysydenci lub dyskretni dywersanci – do obalenia poprzedniego porządku. I którzy, o zgrozo, w tym już nieaktualnym porządku wyrastali, przeżywali młodość (wcale nie nieszczęśliwą), przyjaźnie, miłość, sukcesy zawodowe, awansowali, dostawali ordery i tytuły. Jakoś głupio byłoby odebrać profesury i laury artystyczne tylko z tego powodu, że na dyplomach nie było orła w koronie. Można jednak i trzeba zawstydzić tych ludzi, że jedli nie z tej ręki co trzeba, że dobrze spełniali swoje obowiązki w złym systemie, że mają nawet z tego okresu prywatnie dobre wspomnienia, jeśli nawet systemu nie lubili.

W atmosferze potępienia en bloc  dla mrocznej przeszłości i egzorcyzmów odprawianych nad jej pozostałościami (takich jak poświęcenie Domu Partii, by z gmachu teraz giełdy wypędzić diabła) obywatele przejęci z poprzedniego ustroju „z całym dobrodziejstwem inwentarza” okazują się ideologicznym kłopotem, a i sami czują się, muszą się czuć zakłopotani. Całe dziesięciolecia w ich życiorysie prywatnym i zawodowym okazują się balastem, piętnem. Dawnych satysfakcji i powodów do dumy z rozmaitych zasług i osiągnięć teraz powinni się wstydzić lub… wyprzeć. Psychoanaliza zna takie właśnie pojęcie: wyparcie. Wyparcie ze świadomości, z pamięci. W tym drugim przypadku oznacza to rodzaj nie tylko indywidualnej, ale i zbiorowej, powszechnej amnezji. Niemal nikt nie jest w stanie lub wręcz nie chce pamiętać, kim był przedtem, co czuł lub w co wierzył (albo i co udawał) wtedy. Powściągliwością swoją w tej sprawie usiłuje też zapobiec temu, by mu ktokolwiek o tym przypominał. Co było to było, a dziś jest niebyłe. „Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe” – nieoczekiwanie neoficki sens zyskuje w tych okolicznościach zawołanie Asnyka.

Tak oto pojawia się w życiu społecznym wzorzec starego konia, starego wyjadacza, ludzkiego reliktu dawnej epoki, który funkcjonuje i samego siebie postrzega oraz przedstawia tak, jak gdyby urodził się wczoraj, a był tym, kim jest, od dziś. Wzorzec człowieka, który nie ma historii, nie ma biografii, bo jakoby nie przebył żadnej drogi życiowej – wszystko jedno: prostolinijnej, krętej, wyboistej czy dramatycznej i tragicznej. Ot, żyje życiem dzisiejszym, poznaje siłę swoich pieniędzy, z robola, nauczyciela czy urzędnika poczuł się nagle klasą średnią, a przy tym zdaje mu się (gdyż bardzo tego by chciał), że był nim zawsze i „od zawsze”. To właśnie człowiek oddzisiejszy.

W odróżnieniu od neofity, który dlatego jest nadgorliwcem zjadającym własny ogon i własny język, gdyż ma poczucie grzechu, winy i potrzebę odkupienia, człowiek oddzisiejszy nie przeżywa żadnych kompleksów ani rozterek. Nie ma żadnych dylematów moralnych czy ideowych, bo też w adaptacji do nowych realiów nie są mu potrzebne żadne poglądy (te raczej przeszkadzają) ani żadne złożone wybory. Chce płynąć z falą, rzecz jasna – na wierzchu. I w tym celu chce być „swój”, a nie jakiś „były” czy nieprzystający.

Człowiek oddzisiejszy marzy nie o poprawie bilansu w swoim pełnym życiorysie (na zasadzie rehabilitacji), ale o założeniu zupełnie nowej, czystej  kartoteki. Jemu wystarczą nowe papiery, wystawione na nową tożsamość i licznik od zera. I poczucie spokoju, ulgi, że jego przeszłość, choć nie przestępcza i nie zbrodnicza, zostaje wymazana, zatarta na podobieństwo sądowej kary w zawieszeniu. Pomyślnie przebył kwarantannę, już nawet nie pamięta, na co chorował. Ma więc poczucie tożsamości identyczne jak Volkswagendeutsch w późnym PRL. Przypomnijmy: Volkswagendeutsch to taki osobnik, który za sprawą deutschmarki (twardszej niż złotówka) odkrywał w sobie (lub kupował z lewą metryką) niemiecką tożsamość i obywatelstwo. Identyfikacja i społeczny wizerunek człowieka dodzisiejszego są tak nowe jak twarz celebryty po operacji plastycznej. Całkiem nowa, choć trochę nieświeża.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT

Uniwersytet Warszawski

 

W wydaniu nr 167, październik 2015, ISSN 2300-6692 również

  1. WIATR OD MORZA

    Pieśń dla prezydenta
  2. KONFEDERACJA LEWIATAN

    Powyborcze oczekiwania przedsiębiorców
  3. I CO TERAZ?

    Czekanie na mannę
  4. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Wyczekiwana porażka
  5. I CO TERAZ?

    Co będzie, to będzie
  6. Z KRONIKI BYWALCA

    Szczęśliwa trzynastka
  7. LEKTURY DECYDENTA

    Kolaborant niejedno ma imię
  8. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Najgłupsze pytanie
  9. I CO TERAZ?

    Syndrom takifugu
  10. WIATR OD MORZA

    Na Wschodzie bez zmian
  11. PO PROSTU SZTUKA

    Wenecja w podziemiach
  12. I CO TERAZ?

    Nie wypada... Czyżby?
  13. O POLSKICH PILOTACH I INŻYNIERACH LOTNICTWA

    Początki awiacji
  14. W OPARACH WIZERUNKU

    Człowiek oddzisiejszy
  15. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Primabalerina i pierwszy tancerz
  16. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Piłka a polityka
  17. WIATR OD MORZA

    Francisco Goya w Polsce?