Established 1999

SZTUKA MANIPULACJI

4 lutego 2008

Krygowanie

Krygowanie się jest taktyką pokrewną minoderii, gdyż również jest sposobem wymuszenia uznania, nagród, przydziału dóbr, wyboru na stanowisko. Tyle tylko, że minoderia polega na wymuszeniu wzajemności…


 


Dr hab. MIROSŁAW KARWAT


 


Profesor Uniwersytetu Warszawskiego


 


 


Kokieteria to rodzaj licytacji, prowokowanej pozorami wahań, wycofania.


I tak, na komplement odpowiada się polemicznie, acz bez przesadnego przekonania i stanowczości; gdyż nie chodzi o to, aby pochwale zaprzeczyć, a sprawcę hołdów zniechęcić, lecz przeciwnie, aby go zmobilizować, aby w odpowiedzi na lekki opór powtórzył i wzmocnił pochwałę. Na „awanse” i propozycje odpowiada się „odmową niezdecydowaną”. Nawet pozornie protestacyjna formułka: „Co Pan sobie myśli!” zwykle jest podjęciem gry, a nie jej przerwaniem.


Kobiety nie mają monopolu na tę taktykę; co najwyżej w przypadku mężczyzny powstaje wrażenie nienaturalności.    


 „Babski” stereotyp kokieterii – czy to w reakcji na cudze zapędy, czy też w odpowiedzi na własne oczekiwania i pragnienia – zawiera się w popularnej formule, utrwalonej w przedwojennym szlagierze: „Tak chciałabym, lecz boję się”. Jak wiadomo, to rozdwojone zachowanie ma następujący sens: nie chcę, to znaczy…  pragnę, tylko że nie wypada, co ludzie na to powiedzą itd. itp. W podtekście mamy sygnał rozdźwięku między własnymi pokusami a regułami czy barierami wyraźnie potraktowanymi jako siła zewnętrzna, a więc obca i przykra. Ten sygnał to ukryte wezwanie do zachęty i inicjatywy. Jak w innym przeboju: „Utwierdź mnie”. Ja sam(a) waham się, wstydzę, mam rozterki i wątpliwości. Sam(a) nie zdobędę się na rzucenie wyzwania rozmaitym konwenansom, zakazom czy tabu. Ale z cudzą pomocą – kto wie? Cudzy nacisk może przeważyć, gdy ja sam(a) biję się z myślami. Całkiem słusznie takie przerzucenie własnych pragnień i zamiarów na cudzą decyzję uznawane jest właśnie za kokieterię. Podbijam kogoś (to znaczy owijam go wokół palca) swoją nieśmiałością, wstydliwością, bezradnością. Zresztą, niejeden „płaksa” poderwał „na litość”. 


Ten sam rodzaj asekuracji połączonej z zachętą, wręcz prowokacją, stosuje typ męski – kokiet.


Ta taktyka – zapożyczona ze sztuki flirtu czy podboju miłosnego – jest wygodna i skuteczna we wszystkich sytuacjach społecznych, w których ktoś pretenduje do jakiejś korzyści – materialnej lub prestiżowej, ale zręczniej mu to „otrzymać” lub „przyjąć” niż po prostu wziąć. Tak postępuje np. żarłok dystyngowany, znawca etykiety. Pochłonie ze stołu wszystko, ale na tej zasadzie, że sprowokuje natrętne częstowanie i dokładki swoją wyraźną ochotą, odwrotem, wreszcie, chwiejną odmową.


Takie zachowanie nazywane jest krygowaniem się, a nazwa pochodzi od słowa „kryg”. Tak dawniej nazywano wędzidło (tu kłania się szarpany ruch konia w zaprzęgu) oraz mechanizm naciągnięcia kuszy (żeby daleko i silnie wystrzelić, trzeba mocno naciągnąć; naciąga się z trudem, lecz popuszcza i strzela – z łatwością).


Krygowanie się jest więc taktyką pokrewną minoderii, gdyż również jest sposobem wymuszenia uznania, nagród, przydziału dóbr, wyboru na stanowisko. Tyle tylko, że minoderia (mizdrzenie się, wdzięczenie się) polega na wymuszeniu wzajemności (uprzejmość za uprzejmość, pochwały za pochwały) lub ekwiwalentu, nagrody (oklaski za popisy – nawet za te żenujące; podziw za hołd komu trzeba). Przez to minoderia tkwi na pograniczu szantażu emocjonalnego: bo jak tu odmówić komuś, kto tak się stara, tak doprasza, albo płacze? Natomiast krygując się wymuszamy wsparcie i niezręczne dla nas samych cudze decyzje – na podobnej zasadzie, jak ktoś przewracający się (trzeba go podtrzymać albo zgodnie z jego życzeniem wygodnie ułożyć) czy jak dzieciak ze złotówką wielokrotnie podchodzący i odchodzący od lady.   


Za fasadą czy pozorami skromności, nieśmiałości (która odpowiada erotycznemu stereotypowi niewieściej cnoty) ukryta jest chytra kalkulacja i przynęta. Wprawdzie nie wypada mi samemu sięgnąć po jakieś dobro (stanowisko, tytuł, nagrodę) lub samemu się zgłosić do czegoś lub samemu przejawić inicjatywę, zgłosić wygodną dla mnie propozycję. Ale już wypada mi nie odmówić tego, na czym mi bardzo zależy, a co ofiarują inni. Jakże nie przyjąć daru, zwłaszcza po usilnym naleganiu? Wystarczy tylko dar sprowokować. Jakże nie zgodzić się z pochwałą – chociaż z ceremonialną asekuracją „no, trochę przesadzasz” (czytaj: w sumie to jest prawda). W ten sposób człowiek próżny, a nawet bufon, może zachować pozory skromności, a zarazem prowokować, by drobna pochwała lub oferta wypowiedziana mimochodem lub szeptem zabrzmiała powtórnie – potwierdzona i już odpowiednio wzmocniona, nagłośniona.   


I to jest pierwsza forma kokieterii, właściwa bynajmniej nie tylko niewiastom.


Kokiet doprasza się o pochwały, hołdu. Zamęcza innych swoją potrzebą adoracji. Wymusza dopieszczenie, dowartościowanie – przez nieszczerą samokrytykę, manifestowanie niepewności, wahań, wątpliwości (czytaj: utwierdź mnie). Albo też: najpierw szarżuje, a potem sam się wystraszy i wycofa, ale całkiem niedaleko, by zdążyli go zawrócić.


Względnie – to już specjalność polityków z manią wielkości – aż przebiera nogami, taką ma chęć (na stanowisko, objęcie zadania, przywództwa lub spełnienie cudzych porad i powszechnych oczekiwań), ale każe się prosić, żeby nie wyglądało tak, że sam się łakomi i rozpycha, lecz, że ulega prośbom i błaganiom innych (ludu, kolektywu, przyjaciół, wielbicieli). Albo da się ubłagać i „namówić” (na to, co już dawno postanowił), albo obraża się, że nikt go nie prosi i nie namawia. Zresztą, wtedy ma powód, gdyż widać jak na dłoni różnicę między jego mniemaniem o sobie i osobistą ambicją a rzeczywistym zapotrzebowaniem czy zamówieniem społecznym. Oferta nieodwzajemniona zawsze boli, ale szczególnie wtedy, gdy ktoś się fałszywie kryguje pod hasłem „tylko dla was to robię, na wasze usilne prośby i błagania”, „dam wam szansę, pozwolę się namówić”.


Czasem otoczenie „pęka” i podejmuje te hołdy na zamówienie. Niekoniecznie dlatego, że wszyscy wkoło żyć nie mogą bez tego pępka świata i czują nieodpartą potrzebę jego adoracji. Może być tak, że per saldo – mimo oporów, niesmaku czy poczucia groteski – opłaca się „błagać” kogoś, kto wprawdzie nie jest wymarzony, ale jest jedyny w zasięgu, albo jako faworyt zastępczy i przypadkowy pomaga odsunąć tego jedynego, którego już większość ma dosyć. A wtedy megaloman i narcyz może uchodzić za ulubieńca swego środowiska, natręt i  samozwaniec za wybrańca ludu.


 

W wydaniu 75, luty 2008 również

  1. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Umysł lidera
  2. POLSKA PO KACZYŃSKIM

    Trudny spadek
  3. ROZPOZNAWANIE SNOBA

    Sztuczne podnoszenie wartości
  4. KŁOPOT ZE SNOBIZMEM

    Podskakiwanie na palcach
  5. PR PRODUKTOWY

    Rekin przyjacielem człowieka
  6. SNOBIZM

    Jeszcze nie czas
  7. LOBBING

    Inny Marek Dochnal
  8. KOBIETY versus MĘŻCZYŹNI

    Równość w pracy?
  9. RZĄD PROPONUJE

    Przedsiębiorca zawieszony
  10. SZTUKA MANIPULACJI

    Krygowanie