Established 1999

POLEMIKA Z PROF. LENĄ KOLARSKĄ-BOBIŃSKĄ

8 lutego 2015

Uniwersytet psuje się od ministerstwa - 8.02

W Gazecie Wyborczej (7-8 lutego 2015) ukazał się wywiad z ministrem nauki i szkolnictwa wyższego, prof. Leną Kolarską-Bobińską – pod wymownym tytułem: Uniwersytet psuje się od rektora. To czytelna trawestacja metafory „ryba psuje się od głowy”. Wprawdzie trudno zaprzeczyć, iż niejeden rektor swym stylem zarządzania ściąga uczelnię w dół, ale jednak – z całym szacunkiem dla Pani Minister, która się stara – trzeba to stwierdzenie poprawić: UNIWERSYTET PSUJE SIĘ OD MINISTERSTWA – pisze prof. Mirosław Karwat z Uniwersytetu Warszawskiego.

Wbrew urzędowym twierdzeniom, że świat nauki jest autonomiczny, a władze jedynie racjonalizują użytek z tej autonomii, sprawa ma się inaczej: autonomii uczelni i nauki mamy tyle, ile pieniędzy oraz ile wynika z rozporządzeń, zarządzeń, formularzy kontrolnych i sprawozdawczych. Jeszcze za rządów poprzedniczki, minister Barbary Kudryckiej, resort opanowany został przez biurokratyczną ekipę urzędników o mentalności kuratorów i inspektorów oświaty, spragnionych porządku „od zera”. W ich mniemaniu gwarancją poprawienia jakości kształcenia i stymulowania kreatywności uczonych, innowacyjności badań jest pedantyczny, paramilitarny wręcz system drobiazgowych instrukcji, wszechogarniającej schematyzacji, szczegółowej sprawozdawczości i kontroli.


Celnie spuentowała to była rektor UW, prof. Chałasińska: „Przeraża mnie to, jak ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym przy kolejnej nowelizacji zwiększa swoją objętość i do jakiego poziomu szczegółowości dochodzimy. To przestaje być prawem, a zmienia się w instrukcję obsługi szkolnictwa wyższego. Ministerstwo żąda od nas informacji, których w ogóle nie potrzebuje. Jeśli mamy się rozliczać z otwierania i zamykania każdego kierunku, to autonomia uczelni jest ograniczona do minimum: wszystko jest kontrolowane przez ministerstwo.


Przypomnijmy sobie również, że zmieniona została nazwa departamentu w MNiSzW, któremu podlegamy. To już nie jest departament szkolnictwa wyższego, ale departament szkolnictwa wyższego i kontroli. I wszystko jasne.”


Widoczna obsesja kontroli, fetyszyzacja wszelkiego rodzaju „podkładek” (na wszystko musi być papier) ma wymowę poważniejszą niż tylko pączkowanie dokumentów, załączników i aneksów. Jest ona przejawem tego, co psycholodzy społeczni nazywają kulturą nieufności – w przeciwstawieniu do kultury zaufania (warunkowego i sprawdzanego wprawdzie, ale jednak zaufania do kwalifikacji zawodowych i moralnych ludzi podlegających ocenie). W aktualnie funkcjonującym mechanizmie szkolnictwa wyższego każdy – dziekan, wykładowca, pracownik dziekanatu – jest potencjalnie podejrzany. Musi on – właśnie papierami – stale udowadniać, że nie kręci, nie zaniedbuje obowiązków, że przestrzega przepisów.


Kuriozalnym przejawem tej kontrolersko-kuratorskiej psychozy jest ostatni wynalazek: obowiązek przechowywania (zupełnie jak u podatników zagrożonych kontrolą Urzędu Skarbowego) testów i prac egzaminacyjnych, a nawet prac pisemnych studentów przygotowywanych podczas danego semestru. Kto będzie szperał i węszył w tym „materiale dowodowym”? Czego będzie w nim szukał – dowodów nietrzeźwości, śpiączki czy złego humoru egzaminatora? Mówimy tu o setkach tysięcy kartek. Wizytator z komisji akredytacyjnej może oczywiście sięgnąć wyrywkowo do takiej próbki. Jaka będzie jej wartość, miarodajność? Podłoże takich urzędowych innowacji wydaje się dwojakie. Po pierwsze, stosunek do profesorów i doktorów nauk jak do nauczycieli szkoły elementarnej, których trzeba „dopilnować”. Po drugie, biurokratyczny asekurantyzm: trzymać papiery na wypadek, gdyby student podał uczelnię do sądu z powodu trójki czy dwójki. Może nawet taka moda się przyjmie, a wtedy jeszcze bardziej konieczne będzie wzmożenie wizytacji, hospitacji, a nawet przydzielenie egzaminatorom komisarzy.


Trudno oprzeć się wrażeniu, że biurokratyczna szyja dyrektorów departamentów i głównych specjalistów od tabelek i wykazów kręci kolejnymi ministerialnymi głowami. Ministerialna machina rodem z traktatów Parkinsona nie tyle obsługuje podlegające jej uczelnie, ile jest obsługiwana w swym papierowym samograju przez wszystko, co się rusza.


Szkolnictwo wyższe zarządzane jest dziś analogicznie jak system szkół podstawowych i gimnazjów, jak system placówek lecznictwa i opieki zdrowotnej, jak korporacje ubezpieczeniowe, a nawet jak instytucje wojskowe, które na szczęście nie prowadzą działań wojennych, ale muszą regularnie meldować o stanie przygotowań, gotowości, wyszkolenia, stanie osobowym i stanie nastrojów. Wojskowa sprawozdawczość to, jak wiadomo, niedościgniony gatunek literacki, z akcentami autoironii, nawet szyderstwa a la Szwejk. I takiej kreatywnej sprawozdawczości uczą się teraz nauczyciele akademiccy. A do tych meldunków z frontu dydaktycznego pasuje jak ulał fraszka Sztaudyngera: „Plan wykonan, podpis Onan”.


Technokratyczne hasła wzmożenia efektywności i użyteczności kształcenia oraz badań realizowane są narzędziami typowo biurokratycznymi. Na władze uczelni, administrację uczelnianą i na nauczycieli akademickich, od których wymaga się zarazem, by byli uczonymi o twórczych osiągnięciach, nakłada się kolejne kilogramy makulatury papierowej i komputerowej: coraz to nowych wzorców, formularzy, pedantycznych procedur. Jak zwykle w takim biurokratycznym obłędzie, rozrasta się świat planistycznej i sprawozdaniowej fikcji. Ucieleśnieniem tego są „syllabusy”. Zamiast skupić się na tym, co realne – na treściach programowych przedmiotu i optymalizacji metod dydaktycznych (a jedno i drugie wymaga indywidualizacji) – wykładowca zajmuje się pustym deklarowaniem „efektów kształcenia” według narzucanego mu schematu. Tu ujawnia się urok biurokratycznej nowomowy: cele kształcenia (nieraz to tylko pobożne życzenia, gdyż rezultat wysiłku zależy nie tylko od jakości pracy wykładowcy) nazywane są tu efektami. Od kiedy to efektem jest coś, co nam się marzy, a czego jeszcze nie ma i może nie będzie? Następnie wykładowca musi się pogimnastykować, aby równie deklaratywnie czy nawet pozornie wykazać, że te efekty osiągnął.


Procedury i jeszcze raz procedury sparaliżowały już życie akademickie. Obracają się również przeciwko studentom, choć podobno reformy mają spowodować, by student zyskał status „klient nasz pan”. Spytajcie studentów – powiedzą wam, że z ich punktu widzenia uniwersytet, wydział, instytut z dowolnym kierunkiem studiów przypomina już przychodnię na kontrakcie NFZ. Na zajęcia uczęszczasz pod warunkiem, że się zarejestrujesz, a zarejestrujesz się pod warunkiem, że zdążysz w terminie wpisać się na limitowaną listę, zdążysz zaś pod warunkiem, że masz szybszy Internet i że akurat uczelniany system komputerowy się nie zawiesi. Zupełnie jak w przychodni. I jak w przychodni (gdzie lekarz zajmuje się papierami, nie pacjentem) student przewija się przed obliczem wykładowcy lub pracownika dziekanatu jak kolejny w kolejce. Pełna makdonaldyzacja.


Na seminarium dyplomowe u danego „mistrza” uczęszczają niekoniecznie ci, których on sam widziałby u siebie ze względu na ich predyspozycje intelektualne, faktyczne zainteresowania i przygotowanie merytoryczne i niekoniecznie ci, którym nie jest obojętne, u kogo i na jaki temat piszą pracę dyplomową, ale ci, którzy zdążyli się zarejestrować albo dostali przydział.


Jak to się ma do deklarowanych w wywiadzie pobożnych życzeń, by wdrażać „mentoring”, intensywną więź między mistrzem a uczniem? Właśnie tę akademicką tradycję już dawno zniwelował hurtowy taśmociąg. Masowość kształcenia i rygory finansowe – zupełnie podobne jak w służbie zdrowia, gdzie nie ma leczenia, są już tylko „usługi zdrowotne”, i to w granicach limitów – sprawiają, że kształcenie i samokształcenie zastępują „usługi edukacyjne”; produktem uczelni stają się niedouczeni studenci i doktoranci, podobnie jak w lecznictwie niedoleczeni pacjenci.


A ministerstwo, wsparte brygadami lotnymi z komisji akredytacyjnej, rozlicza nas z „jakości kształcenia”. Powiedzmy wprost, że „jakość kształcenia” oceniana jest przede wszystkim według jakości sprawozdań, statystyk, wykazów, a w najmniejszym stopniu według kryteriów wyrażających rzeczywiste uwarunkowania. O jakości kształcenia realnie decydują takie czynniki jak: komfort pracy wykładowców (w tym natężenie ich obciążeń – pensum dydaktyczne, ale i zebrania, sprawozdania, rozmaite obowiązki organizacyjne); rozległość, aktualność poznawcza, jak i praktyczna atrakcyjność programu nauczania; skala wyboru dla studenta w dydaktycznej ofercie uczelni i związana z tym możliwość indywidualizacji studiów (coraz bardziej redukowana w praktyce za sprawą koniecznych oszczędności). Liczba studentów w grupie (na wykładzie lub ćwiczeniach), liczba studentów przypadająca na jednego wykładowcę, liczba seminarzystów przypadająca na promotora, liczba studentów czynnie i regularnie korzystających z biblioteki (a nie – zadowalających się gotowcami, ściągawkami, konspektami z Internetu) – takie są realistyczne wskaźniki i sprawdziany jakości kształcenia. Reszta poza tym równie dobrze może być fasadą, grą pozorów, biurokratyczną lipą i ściemą.


Rzecze Pani Minister: „Uczelnie w Polsce wywalczyły ogromną autonomię. Są samodzielne programowo i samodzielnie prowadzą „politykę kadrową”” (dalej mowa jest o tym, że marną).


Odwróciłbym to stwierdzenie. W powszechnej, zgodnej opinii środowiska akademickiego jeszcze nigdy dotąd (włącznie z okresem natrętnych ideologicznych i politycznych ingerencji) autonomia uczelni (programowa, kadrowa, ekonomiczna) nie była tak skrępowana i ograniczona jak dziś – za sprawą proceduralnie narzucanej uniformizacji i parametryzacji. Jeśli kiedyś siłą uniwersytetów była niepowtarzalna oferta, specyfika każdego z nich, oryginalne szkoły naukowe, osobowość sławnych profesorów lub autorytet całych zespołów, i to było wyrazem ich autonomii, to dziś programy nauczania muszą być porównywalne, by student-motyl mógł wędrować między uczelniami i rozliczyć się w sumie z tego samego. Coś nam to przypomina? Owszem: LIDL, BIEDRONKA czy CASTORAMA w każdym mieście mają niemal identyczną ofertę.


******


Z wieloma elementami wyjściowej diagnozy sytuacji w wywiadzie Pani Minister trudno się nie zgodzić, podobnie jak z założeniem, że świat nauki w Polsce trzeba „przewietrzyć” i zdynamizować.


Rzeczywiście, instytucje akademickie najczęściej funkcjonują jak „stojąca woda”, czasem nawet jak bagienko, a nie jak rwący potok, który niejako sam siebie oczyszcza i który jest nośnikiem energii. Morale środowiska rzeczywiście jest nienajlepsze. Statystycznie rzecz biorąc, słabnie motywacja typowo poznawcza (dociekliwość, pasja poszukiwaczy prawdy i czegoś nowego, chęć odkrycia; wiedza traktowana jako wartość sama w sobie). Nasilają się natomiast postawy konformizmu, asekurantyzmu i konserwatyzmu lub nawet aktywne, lecz nacechowane instrumentalnym traktowaniem nauki jako pretekstu do kariery czy chałturnictwa. Zanika typ uczonego, mnoży się rzesza specjalistów (odtąd – dotąd), biegłych w roli ekspertów, którzy jednak „prochu nie wymyślą”. Ale oni są „praktyczni” i „użyteczni” w odróżnieniu od tych mędrków, myślicieli czy poszukiwaczy, których eksperymenty przyniosą wynik nie wiadomo kiedy.


Klimat psychiczno-moralny w wielu środowiskach i zespołach rzeczywiście nacechowany jest nie poczuciem wspólnoty, postawami kooperacji, wzajemnej inspiracji, szacunku i podziwu dla osiągnięć kolegów, lecz zawiści, małostkowej złośliwości. Lub co najmniej wzajemnej izolacji: nikt z nikim nie dyskutuje, każdy sam sobie rzepkę skrobie, nie czytamy kolegów.


Słusznie nazwana została po imieniu konkursowa fikcja: konkursy rozpisywane dla jedynego kandydata, o wyniku z góry ustalonym. Prawdą jest też, że proces wymiany pokoleń w instytutach badawczych i na uczelniach został skandalicznie zablokowany. Co się z tym wiąże, choć nie jest tożsame z rywalizacją pokoleń (gdyż mierność nie zależy od wieku, nie jest jedynie przywilejem „gerontokracji”), nie umiemy w Polsce wprowadzić w życie efektywnego mechanizmu, który pokonałby inercję układów sitwiarskich, protekcyjnych, nepotycznych. Mechanizmu, jaki sprawiłby, że muszą odejść i zwolnić miejsce lepszym badacze i wykładowcy, którzy się nie rozwijają, nie robią postępów, pozostają w tyle, w najlepszym razie tylko odcinają kupony od dawnych i może już nieaktualnych osiągnięć.


Jednak – podobnie jak w medycynie – diagnoza stanu rzeczy nie jest tym samym co rozpoznanie jego przyczyn ani recepta. Otóż problem z ministerialnymi reformami rządu PO polega na tym, że względnie trafnej diagnozie stanu rzeczy (słabości polskiej nauki i szkolnictwa wyższego) towarzyszą zgoła błędne interpretacje przyczyn oraz projekty rozwiązań. Oscylują one między naiwnością a obłudą. Nacechowane są sprzecznością między „wzrostem wymagań” a narzucaniem wymagań absurdalnych lub niewykonalnych w stworzonych warunkach działania, między „wzrostem wymagań” a spadkiem realnych (nie tych statystycznie i propagandowo krzepiących) nakładów na naukę i uczelnie, między „dokręcaniem śruby” (zwiększaniem obowiązków i obciążeń pracowników nauki i wykładowców – w ramach tej samej płacy, w tym zadań bezproduktywnych będących marnotrawstwem ich czasu i energii) a postępującą pauperyzacją ludzi uniwersytetu.


Dziennikarka przeprowadzająca wywiad – o doktorze habilitowanym z pensją nieadekwatną do kosztów funkcjonowania w tym zawodzie: Nie starcza mu na książki, zwłaszcza obcojęzyczne, na konferencje naukowe za granicą.” Pani Minister odpowiada: Jest mi bardzo przykro. Ale muszę powiedzieć, że zróżnicowanie płac w nauce jest ogromne. Znam młodą dziewczynę, jest jednym z naszych ambasadorów nauki. Ma bardzo dużo grantów, mówi, że starcza jej na wszystko. Można być naukowcem i dobrze zarabiać.”


To jest odpowiedź w stylu „każdy pucybut może zostać milionerem”. Mnie raczej nie uspokaja, że w sprawach dotyczących statusu tysięcy „podwładnych” Panią Minister uspokaja przykład jednej znajomej.


Nie oczekujmy dociekliwości i wieloletniej wytrwałości w badaniach od ludzi, którzy – wskutek zatrudnienia na krótkookresowych kontraktach i pod wpływem formalistycznej parametryzacji – ścigają się z czasem w pogoni za punktami, gdzie liczy się tempo zdobywania i liczba punktów, a nie treść badań czy publikacji. Nie oczekujmy etosowej integracji społeczności uczonych w warunkach narzuconego im wyścigu szczurów, w stanie nie tylko zewnętrznego, ale i wzajemnego zagrożenia (skoro w staraniach o etat, kontrakt czy grant każdy każdemu może być rywalem). Nie bądźmy naiwni lub obłudni – nie opowiadajmy i nie wierzmy, że granty to znakomita i niezawodna selekcja (bo po prostu dostają je „najlepsi”). Najlepsi – w czym? Czasem najlepsi w wypełnianiu wniosków, o czym zresztą Pani Minister napomyka. Otóż w nauce, podobnie jak w sferze kultury artystycznej, jest tak, że talent twórczy niekoniecznie łączy się z umiejętnościami autopromocji, zapobiegliwością – i odwrotnie. W dłuższej perspektywie przekonamy się, czy premia dla zapobiegliwych (najlepszych w autoprezentacji i w „aplikowaniu”) przełoży się na oryginalne odkrycia, innowacje.


Nie spodziewajmy się „mobilności uczonych” (zwłaszcza młodych, których sam start życiowy jest zerowy – brak perspektyw stałego zatrudnienia, brak dochodów i zdolności kredytowej) w kraju o wiadomej proporcji między wysokością zarobków a kosztami utrzymania, o wiadomej cenie mieszkań dostępnych praktycznie tylko w licytacji rynkowej. Nasi reformatorzy – zapatrzeni w realia zachodnich państw o zupełnie innym elementarnym standardzie życia – postulują dla Polski takie rozwiązania, jakby sami byli z Księżyca. Jak ma przestrzennie zdynamizować swoje zatrudnienie polski profesor czy adiunkt: w wozie Drzymały?


Z Księżyca także pochodzi wiara (wszystko jedno, szczera i naiwna, czy rytualnie deklamowana), że nepotyzmowi, protekcji i sitwiarstwu w polityce personalnej na uczelniach i w instytutach badawczych zapobiegną obowiązkowe konkursy, podobnie jak korupcji lub lekkomyślności w zamówieniach przetargi. Jak powszechnie wiadomo, nepotyzm, korupcja, układy protekcyjne i sitwiarskie od wieków mają się dobrze, i to w dowolnym kręgu kulturowym, w dowolnej konstelacji ustrojowej. Konkursy i przetargi? Polak potrafi (obejść, ustawić)! I nie tylko Polak. Między bajki włóżmy wierzenia, że „tam, na Zachodzie” zatrudnienie i kariery w nauce zależą wyłącznie od talentu, od rzetelnego sprawdzenia, kto jest najlepszy, a wolne są od „układów”. Prawda jest co najwyżej taka, że w tych krajach układy takie łatwiej są kruszone pod naporem bezwzględnej kalkulacji efektywnościowej, że nawet protegowany musi dowieść swojej wartości i potwierdzać ją wielokrotnie.


******


Pikantnym atrybutem rządowo-ministerialnej polityki reform szkolnictwa wyższego i nauki jest to, iż przejawia ona tendencje władcze, nakazowe i kontrolne tam, gdzie to głównie przeszkadza w pracy, a zadowala się moralitetami i wyrazami ubolewania tam, gdzie należałoby uczynić użytek z posiadanej władzy.


Oto przykłady – z omawianego wywiadu.
Ubolewa Pani Minister, że tak mało miejsc pracy dla naukowców tworzą komercyjne instytucje biznesu (w laboratoriach, ośrodkach innowacji i eksperymentów itp.). A od kogo to zależy? Od rządu, od jego polityki w sprawach ulg lub odpisów podatkowych. Podobnie jest zresztą ze sponsoringiem kultury.


W wielu jednostkach doktorantów uważa się za tanią siłę roboczą. W ustawie jest powiedziane, że doktoranci mają wykonywać określone pensum: 90 godzin rocznie. Prowadzą więcej zajęć – a to jest zwyczajnie niezgodne z prawem”. Otwórzmy oczy: właśnie ta ustawa umożliwia ten wyzysk: nakładanie na doktoranta obowiązków pracowniczych bez przyznawania mu choćby części uprawnień pracowniczych. A swoją drogą, ten zapis ustawy bywa też martwy: ja stykam się raczej ze zjawiskiem odwrotnym, że doktoranci nie mają jak wykonać nałożonego obowiązku, gdyż dziekani i dyrektorzy instytutów mają na głowie ważniejszy problem: jak uniknąć niedopensowania wykładowców etatowych. Wielu doktorantów marzy o zajęciach dydaktycznych – cóż, pomarzyć zawsze wolno.


W Karcie etycznej zaproponujemy kadencyjność dziekanów i kierowników katedr, ustalenie przez uczelnie przejrzystych zasad organizacji konkursów. Teraz kierownikiem katedry można być dożywotnio. To oznacza szklany sufit dla młodych – bo jak oni mają awansować?”


Tu również Pani Minister widzi swoją rolę w wygłoszeniu postulatu. Kodeksy etyczne korporacji zawodowych mają równie wielką siłę sprawczą jak Dekalog: jakoś nie zanika kłamstwo, kradzież, cudzołóstwo, zabijanie. Pozostawianie tak kluczowej sprawy uroczystym zapisom w kodeksie etycznym czy nawet statutom i regulaminom uczelni to typowe umycie rąk tam, gdzie można posiadaną władzą coś wymusić. Mam wielu kolegów – rekordzistów w piastowaniu tej samej funkcji kierowniczej. Jeden z nich szykuje się do ósmej kadencji dyrektorskiej. O regulacji ustawowej w takiej sprawie powinno pomyśleć ministerstwo, zamiast absorbować czas pracowników uczelni milionem formularzy.


Sugeruje Pani Minister: „Może osoby, które prowadzą prace badawcze, powinny mieć mniejsze obciążenie dydaktyczne na czas realizacji grantów badawczych? Ale to zależy od szefa zespołu, uczelni.”


A jego decyzja zależy (Pani Minister nie wie o tym?) niekoniecznie od jego nastroju, widzimisię, pozytywnego lub negatywnego uprzedzenia, lecz od sytuacji finansowej wydziału czy instytutu; wszak ktoś musi zastąpić kolegę, któremu zredukuje się pensum. Uznaniowości w takich sprawach nie byłoby, gdyby w regulacjach ustawowych lub rozporządzeniach przewidziana była możliwość, a jeszcze lepiej – obligatoryjność – przeliczania pensum dydaktycznego na ekwiwalent w postaci pensum badawczego; oczywiście przy spełnieniu przejrzystych warunków. A tak w ogóle należałoby zauważyć, że istotną barierą i jakości kształcenia, i jakości badań w uczelniach jest – przy niskich zarobkach pracowników uczelni i postępującej redukcji wynagrodzeń ponadwymiarowych – wysokość pensum dydaktycznego. Wiadomo jednak, że na luksus zmniejszenia pensum (właśnie po to, by stymulować aktywność badawczą wykładowców i więcej od nich wymagać w tej sferze, a zapobiec wyjałowieniu i dorabianiu chałturami) uczelnie mogłyby sobie pozwolić wtedy, gdyby były w lepszej, a nie „granicznej” sytuacji finansowej.


******


Wywiad Pani Minister jest wyrazem szczerej troski, ale też obnaża bezradność, brak pomysłu rządzących na systemowe rozwiązanie kryzysu finansowego, jak i moralnego polskiej nauki. To kompensowane jest z jednej strony propagowaniem pozytywnych wyjątków, wybiórczych „odcinków wzorcowych” (tak jest z grantami – kroplą w morzu potrzeb), a z drugiej strony litanią moralitetów, pobożnych życzeń oraz PR-owskich ornamentów.


Przykład – z tego wywiadu.
Jesteśmy na najlepszej drodze, by do 2020 roku osiągnąć nakłady na badania i rozwój na poziomie tych 2 proc. PKB.”


Takie stwierdzenie świetnie brzmiałoby na wiecu w kampanii wyborczej, ale w ustach ministra to tylko mglista i niezobowiązująca zapowiedź, okrągłe słówka. Oczywiście nie od ministra nauki i szkolnictwa wyższego najbardziej i bezpośrednio zależy, jaki jest procentowy udział nakładów na tę dziedzinę w wydatkach budżetowych państwa czy PKB. Realnie zależy to od ministra finansów i premiera, od układu sił pomiędzy (nie bójmy się tego słowa) grupami interesów reprezentowanymi w składzie i w polityce rządu. Stan rzeczy w tej kwestii (sytuacja finansowa uczelni, instytutów badawczych, pracowników naukowych, wykładowców) jest wyrazem faktycznych, a nie gołosłownie i rytualnie deklarowanych priorytetów w planach i decyzjach rządzących.


Ta mglista perspektywa poprawy sytuacji („jesteśmy na najlepszej drodze” to nie znaczy, że dojdziemy do celu, w drodze nie zboczymy z drogi) w jednym jest tylko realistyczna: jak słyszymy, przez najbliższe 5 lat to się nie poprawi, a jeśli, to nieodczuwalnie.


Urzędowe dobre samopoczucie kontrastuje z fatalnym stanem rzeczy i przerzucaniem odpowiedzialności na tych, których działanie z urzędu krępuje się siecią przepisów i procedur – na rektorów, dziekanów, wykładowców. „My reformujemy, a oni nie nadążają” – jakież to wygodne i efektowne! A ja sądzę, że reformatorzy powinni najpierw zreformować siebie.


Prof. dr hab. Mirosław Karwat


Uniwersytet Warszawski


Komentarze: decydent@decydent.pl


Szanowni Państwo,
> Brawo! Gratuluję odwagi mojemu Koledze Mirkowi Karwatowi! Warto też wskazać na pogardę, z jaką odnoszą się kolejni ministrowie do środowiska, którym kierują, a także do społeczeństwa w ogóle (np.:”sorry, taki klimat!”).. Jeżeli Pani Minister Kudrycka ograniczała swoją obecność na uroczystości nominacji profesorskich do brawek („kosi kosi łapci”), a Pan Premier pogardliwie porównywał politologa i spawacza, to wystarczy za obraz stosunku władz państwowych do środowisk uniwersyteckich.
> Cz.M.


W wydaniu nr 159, luty 2015, ISSN 2300-6692 również

  1. WHISKY VERSUS WÓDKA

    Złoto Szkotów - 26.02
  2. KRYZYS W MLECZARSTWIE

    Czas i wolny rynek - 26.02
  3. BŁĄDZĄCE UMYSŁY

    Uważajcie i pamiętajcie - 18.02
  4. Z INSPIRACJI MISTRZA JANA

    Hołd katowicki - 18.02
  5. LEKTURY DECYDENTA

    Prawda o Zagładzie - 16.02
  6. Z KRONIKI BYWALCA

    Czarowne maski - 16.02
  7. POLEMIKA Z PROF. LENĄ KOLARSKĄ-BOBIŃSKĄ

    Uniwersytet psuje się od ministerstwa - 8.02
  8. ŚWIETNIE, ŻE Z NAMI JEST

    Danuta Szaflarska, po prostu - 7.02
  9. TP NR 9

    Szpitalne jedzenie - 25.02
  10. ROSJA W KRYZYSIE

    Remonetyzacja w złocie - 16.02
  11. ŚWIAT BEZ REGUŁ

    Każdy sobie rzepkę skrobie – 2.02
  12. A PROPOS...

    Redaktor na celowniku - 18.02
  13. W OPARACH WIZERUNKU

    Mimikra i kamuflaż - 3.02
  14. I CO TERAZ?

    Rzygać mi się chce... - 2.02
  15. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Cud w Mińsku - 19.02
  16. WIATR OD MORZA

    Reelekcja - 10.02
  17. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Gwiazda, nie celebrytka - 23.02
  18. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Piątek, 27.02 – Nie na siłę