Established 1999

OPOWIADANIE

4 lutego 2021

Pies

Nawet nie pamiętam, kiedy to dokładnie było. Kiedy się zdarzyło. Oczywiście, może to wytwór wyobraźni, obraz namalowany przez kapryśną pamięć, rządzącą się własnymi prawami – pisze Dorota Kramarczyk.

Dorota Kramarczyk

Mieszkałam na Saskiej Kępie, nie miałam telewizora (i nie zamierzałam kupować), więc wędrowałam sobie czasami wieczorkiem do matki „na telewizję”. Z domu wychodziłam, kiedy było jeszcze widno. Szłam spacerkiem wydeptaną ścieżką wzdłuż działek, nad Kanałem Wystawowym. Po drodze było co podziwiać. Wiosną bzy, jaśminy, piwonie, wypielęgnowane przez działkowiczów, świeże i wonne. Jesienią dojrzałe owoce dzikiej róży, wysokie trzciny nad wodą i pachnące ciepło zioła. Sam kanał zawsze okupowały dzikie kaczki, z wyjątkiem wczesnej wiosny, kiedy wysiadywały jajka pośrodku alei Stanów Zjednoczonych, w krzewach posadzonych w dość sporej zielonej strefie pomiędzy pasami ruchu. Kiedy dochodziłam do Jeziorka Gocławskiego, przede mną rozpościerał się widok lilii wodnych, zarastających brzegi, a dalej, na ciemnej tafli, bieliły się dostojne łabędzie.

Wracałam po ciemku, już nie przy kanale. Z przejścia pod jezdnią, nad ujściem kanału do jeziorka, wychodziłam na szeroki chodnik prowadzący wzdłuż alei i tamtędy, przy południowym ogrodzeniu ogródków działkowych, szłam do Międzynarodowej.

Yoko

To nie jest pies z opowiadania. To suczka Yoko, chow chow.

Tego wieczoru po wyjściu od matki skierowałam się jak zwykle nad jeziorko. Okolica była jeszcze zadbana, wokół świeciły latarnie, stały ławki. Jeszcze nie zbudowano paskudnych wieżowców na skarpie nad wodą. Była już jesień, ale dosyć ciepła. Nad wodą unosiła się mleczna mgła, przyćmiewając światła latarń. Idąc w kierunku nasypu alei, zobaczyłam z daleka jego sylwetkę. Stał tam na górze, z głową skierowaną w moją stronę, jakby na mnie czekał. Średni, wilkowaty, wtopiony w atmosferę nierealności.

Szłam w jego kierunku, a jego widok napawał mnie otuchą w tym widmowym krajobrazie. Kiedy podeszłam bliżej, nadal stał i patrzył. Wspięłam się na nasyp, a on ruszył przed siebie, co chwila oglądając się do tyłu. Pies przewodnik. Prowadził mnie przez mrok. Najwyraźniej wiedział, dokąd iść. Pewnie coś do niego mówiłam, ale i tak rozumieliśmy się bez słów. Poszliśmy do przejścia nad kanałkiem, a dalej aleją wzdłuż działek. Po przeciwnej stronie stał samochód policyjny, karetka i jakieś dwa inne samochody. Migotało niebieskie światło. A piesek prowadził mnie do domu. Szedł przodem i od czasu do czasu upewniał się, że idę za nim. Zastanawiałam się, gdzie mieszka, czy się zgubił i chce, żebym go przygarnęła, czy też jest typowym psim włóczęgą z okolicy. Nie byłby pierwszym psem, który wybrał mnie sobie ni stąd, ni zowąd. W czasach studenckich jeden przyszedł ze mną i szampanem na wieczór sylwestrowy, okazał się suczką, przywitał z nami Nowy Rok, a 1 stycznia przyjechali po niego ciocia z wujkiem i zabrali ze sobą jako prezent na Mieczysława. Aga – tak ją ochrzciła ciocia – dwa razy im zwiewała. Raz została odnaleziona, ubrana we wstążeczki, bawiąca się w najlepsze z dziećmi na podwórku. Drugi raz wyemigrowała skutecznie, zostawiając po sobie synka – Kubę, pamiątkę po romansie z jakimś miejscowym kundlem. Aga była psem wędrowcem. – Może wilkowaty też chce pobyć u mnie? – pomyślałam. Kiedy doszliśmy do Międzynarodowej, już podjęłam decyzję. Idziemy do mnie oboje. Widocznie los tak chciał.

A jednak nie! Między blokami, blisko domu, Canis sapiens rozpłynął się w powietrzu. W jednej chwili był, a w następnej nie było po nim śladu. Zadanie wykonane, dusza ocalona, przebyła drogę przez mrok, można wracać. Wilkowaty Syriusz wrócił w swój Kosmos.

Lata mijały i trasa nad kanałkiem, chociaż ta sama, stawała się trochę inna. Wiele działek zdziczało, opuszczonych przez ludzi. Rośliny nadal królują w swoistej oazie w środku miasta, ale już nieokiełznane, nietknięte ludzką ręką. Na kanałku nadal pływają bardziej miejskie niż dzikie kaczki, wszędobylskie mieszkanki Warszawy. Wokół jeziorka rozrosły się nowe osiedla, a jego brzegi, kiedyś zdobne w biało- różową koronkę lilii wodnych, teraz obrastają żółcią grążeli. Arystokrację roślinną zastąpiło pospólstwo. Łabędzie też odleciały.

Chociaż… Niedawno jeden był widziany na Kanale Wystawowym między osiedlem Międzynarodowa, a aleją Stanów Zjednoczonych.

DOROTA KRAMARCZYK

W wydaniu nr 231, luty 2021, ISSN 2300-6692 również

  1. WIERSZOWNIA DECYDENTA

    Polityka i narty
  2. ALBA LACH HERITAGE

    Jak Polak ze Szkotem...
  3. KRYMINAŁ DECYDENTA

    Samobójczy happy end
  4. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    USA obawiają się Chin
  5. POWIEŚĆ DECYDENTA

    Bohaterowie "po przejściach"
  6. HISTORIA DECYDENTA

    Szkoła
  7. POLITYKA DECYDENTA

    To nie tylko fabryka świata
  8. WIATR OD MORZA

    Atestacja stanowisk
  9. OPOWIADANIE

    Nosorożec
  10. SZKOŁA DECYDENTA

    "Znów za rok matura..."
  11. ANGLIK IN POLAND

    Takie były początki
  12. KSIĘGARNIA DECYDENTA

    Same bestsellery...
  13. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    GROM i jego ludzie
  14. POLITYKA DECYDENTA

    Czy to była Targowica?
  15. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Potrzeba dystansu
  16. LEKTURY DECYDENTA

    O Polakach i o Niemcach
  17. OPOWIADANIE

    Pies
  18. KRYMINAŁ DECYDENTA

    Trudno się oderwać
  19. WIATR OD MORZA

    Ach, ten luty
  20. EWOLUCJA MORALNOŚCI

    Nokaut przez trawers
  21. HISTORIA DECYDENTA

    Niechętni krucjatom