Established 1999

KŁOPOT ZE SNOBIZMEM

18 lutego 2008

Podskakiwanie na palcach

Ucieleśnieniem snobizmu często są nuworysze (nowobogaccy), którzy rozmach w interesach chcieliby utożsamić z rozległością swych horyzontów, finezję gry na giełdzie z subtelnością duszy, a szybkość swego dorobku uznać za ekwiwalent kilku stuleci czyjegoś szlachectwa. Niestety, ich stan konta bywa odwrotnie proporcjonalny do stanu kultury, a elegancja ich mebli (o ile nie dowodzą bezguścia) niewspółmierna do ich prostactwa czy chamstwa – pisze Mirosław Karwat.

 


Dr hab. MIROSŁAW KARWAT


Profesor Uniwersytetu Warszawskiego


 


Zgodnie z utrwaloną słownikową tradycją snob to człowiek bezkrytycznie podziwiający i naśladujący, w formie nierzadko służalczej, ludzi, których uważa za wyższych (lepszych) od siebie, albo usiłujący – nachalnie, natrętnie – dostać się do ich towarzystwa i spoufalić się z nimi. Człowiek popisujący się (rzekomym) znawstwem, dobrym smakiem albo zainteresowaniami w modnych aktualnie dziedzinach nauki, sztuki; chwalący się tym, czego nie wie, nie umie, nie rozumie, ale o czym słyszał, o czym wie, że jest w cenie.  Człowiek aspirujący (bez wzajemności) do grup, do których nie należy i nie jest w stanie należeć, obnoszący się z cechami, które do niego nie pasują, a które chce sobie przypisać dla poprawy własnego samopoczucia i wizerunku.


 


Sen o nobilitacji


 


Rzadko pamiętamy o rodowodzie tego pojęcia. W języku angielskim słowo snob przyjęło się najpierw jako synonim plebejusza, człowieka z gminu; a pochodzi ono – o czym przypominał w swym eseju (Snobizm i postęp) Żeromski – od ewidencyjnego skrótu w rejestrze studentów (sine nobilitatis = bez szlachectwa).  Z czasem zaczęło oznaczać człowieka z nizin, który wstydząc się swego niskiego stanu „zgrywa panisko”.


Bliskie pojęciu snob jest pojęcie parweniusz. To słowo, dziś mocno zapomniane, pochodzi od francuskiego czasownika parvenir = dojść, dotrzeć, dorobić się. A niektórzy twierdzą, że i od łacińskiego parvus = mały; marny, mierny.


Otóż parweniusz (zwykle: karierowicz lub dorobkiewicz spragniony także splendoru) to osobnik, który robi karierę przedzierając się do środowiska wyższego w hierarchii społecznej, a osiąga to przez przesadne i natrętne naśladowanie jego obyczajów, gustów, konwenansów. Parweniusz to „człowiek z awansu”, z charakterystyczną mentalnością: wstydzi się swego pochodzenia i stanu, za wszelką cenę chce zatrzeć to piętno swym ubiorem, „obyciem”, koneksjami, kupionym herbem, wystawnością swej rezydencji upodobnionej do książęcego zamczyska itd. itp.


Ucieleśnieniem snobizmu często są nuworysze (nowobogaccy), którzy rozmach w interesach chcieliby utożsamić z rozległością swych horyzontów, finezję gry na giełdzie z subtelnością duszy, a szybkość swego dorobku uznać za ekwiwalent kilku stuleci czyjegoś szlachectwa. Niestety, ich stan konta bywa odwrotnie proporcjonalny do stanu kultury, a elegancja ich mebli (o ile nie dowodzą bezguścia) niewspółmierna do ich prostactwa czy chamstwa. 


To bynajmniej nie znaczy, że ci, których małpują (arystokracja, ziemiaństwo od niezliczonych pokoleń, władcy bawiący się w mecenasów) rzeczywiście muszą być lepsi. Motywację snoba nieraz wzmacnia poczucie, że chce zmierzyć się i zrównać się z dziedzicznym pasożytem, którego jedyna wyższość polega na tym, jakiego miał przodka. 


 


Pozerstwo i pretensjonalność


 


Snob to człowiek mimowolnie śmieszny. Co więcej, tym bardziej śmieszny, im bardziej się stara – co bezlitośnie ukazał już Molier (Mieszczanin szlachcicem), a potem Thackeray w swej Księdze snobów. O co się stara? By wydać się – sobie i innym – kimś wykształconym, kulturalnym, subtelnym, z wyrafinowanym gustem; także – bogatszym niż jest i subtelnym mimo rzekomego bogactwa. Może nawet chciałby takim być, ale ważniejsza jest chęć, by samemu w to uwierzyć, by uwierzyli w to inni, by zagłuszyć swoje poczucie „nie jestem (nie będę) taki”. Sęk w tym, że zwykle snob próbuje czegoś, na co go nie stać. Nie w sensie materialnym, bo mógłby np. wykupić Luwr, Ermitaż i Prado razem wzięte; ale nie można, niestety, wykupić – nawet za miliardy dolarów – kultury, finezji, geniuszu choćby jednego z tych twórców, których dzieła przenieślibyśmy do swojego inwentarza.


Snob udaje kogoś, kim nie jest, choć chciałby być. Mieszczanin zgrywa szlachcica. Cywil z kategorią „D” kombatanta i bohatera wojennego. Grafoman – pisarza. Znajomy rzeźbiarza – artystę, a jego znajoma, ewentualnie kochanka – muzę; weteran wódki – konesera win lub koniaków (a la Bond). Prowincjonalny działacz, siostrzeniec górala z Chicago – polityka z kręgu światowców. 


Nieodłączną cechą snobizmu jest pretensjonalność, a więc nadgorliwość i natręctwo w demonstrowaniu swych aspiracji do „lepszego świata”, do „wyższych sfer”, nachalność w popisywaniu się znajomościami z osobistościami sławnymi lub ważnymi, w obnoszeniu się rekwizytami i gadżetami świadczącymi o wyróżniającym statusie. Na tej zasadzie właściciel leksusa wjechałby z nim, gdyby mógł, do restauracji; nabywca drogiego garnituru czy butów za równowartość trabanta z niechęcią odcina metkę; po Krupówkach spacerują tabuny „narciarzy” z nartami; komórki dzwonią wszędzie i zawsze (tylu jest na sali „wipów”, którzy zawsze muszą pozostawać w kontakcie); a znajomym i klientom Polakom rozdajemy wizytówki w języku angielskim. Niestety, pretensjonalność to znajomość rzeczy lub umiejętność niewspółmierna do ostentacji. Niemiłosiernie świadczą o tym lapsusy rozmaitych poliglotów, mylących episkopat z epidiaskopem, prymusa z prymasem, filipiki z filipinkami, sylfidy z syfilidami (pyszna scenka z Łaźni Majakowskiego). 


Snobizm kojarzy się więc – chyba słusznie – raczej z nonautentyzmem, fałszem, nieudolną nadgorliwością w udaniu rzekomej tożsamości, przynależności, statusu.  


 


Pożytki ze snobizmu


 


Czy możliwy jest snobizm „dobrze pojęty” albo przynajmniej społecznie pożyteczny?  


Tak określane bywają sytuacje, gdy ludzie wprawdzie nie z własnej potrzeby, inicjatywy i zasługi, ale pod naciskiem otoczenia i mediów naśladują dobre wzorce i przykłady, ulegają pożytecznym modom (np. na czytanie, podróże niehandlowe, ekskluzywne zajęcia sportowe dla dzieci – tenis, jazdę konną; na wyposażenie domów w sprzęty ułatwiające życie i zapewniające komfort, higienę, więcej czasu wolnego). 


Takie masowe (choć często powierzchowne i ulotne) fascynacje rzeczywiście mogą przynosić pożytek, zaś umiejętność ich wzbudzania to składnik kompetentnej socjotechniki stosowanej w procesach wychowania, propagowania wiedzy i sztuki. 


Są jeszcze wśród nas ludzie, którzy nie bez efektu usiłują zaszczepić taki „dobrze pojęty” snobizm, np. Bogusław Kaczyński, który ze swoim smokingiem i egzaltowanymi, plotkarskimi opowieściami z „wielkiego świata” zaraża jednak „prostych ludzi” ciekawością i upodobaniem do muzyki operowej i operetki; podobnie – Stanisław Janicki, który „przez dziurkę od klucza” przyzwyczaja ludzi do obcowania z ambitną, klasyczną sztuką filmową. Ale to wymierający gatunek. W dobrym tonie jest dzisiaj „luz”, niefrasobliwość.  Nikt nie pali się ze wstydu z powodu gaf, wpadek, kompromitującej nieznajomości rzeczy. Głupią gadkę zagada się dalszym słowotokiem i rechotem.   


 


Przyczyna pożytków


 


Nazwijmy to jak chcemy. W istocie jednak te pożyteczne społecznie konformizmy (uleganie modzie na „światowość”, teraz „europejskość”, na wyższą kulturę, aspirowanie do jakiegoś kręgu wtajemniczenia – pragnienie ekskluzywności, dodawanie sobie kultury i finezji wprawdzie na kredyt, ale w dobrym kierunku i towarzystwie) nie są zasługą samego w sobie owego „dobrze pojętego snobizmu”. 


U wielu z tych ludzi „pożytecznie zarażonych” snobizm pozostaje wyłącznie snobizmem. Nie zarazili się oni „wyższymi” wzorami ani potrzebami wyższego rzędu, do których jakoby aspirują. Przy okazji obcowania z obiektem adoracji bynajmniej nie zarazili się kompetencją. Aspirowanie ogranicza się do gromadzenia, posiadania i demonstrowania innym rekwizytów, bez rzeczywistych własnych potrzeb, aspiracji, uzdolnień. Bo też motywem jest nie tyle ciekawość samego obiektu, ile potrzeba potwierdzenia przynależności do węższej grupy wyróżnionych.  


Oto typowe przykłady:


Mam komplet dzieł Turgieniewa; nieosiągalny dla zwykłego śmiertelnika. Jeszcze dzisiaj wygląda jak nowy (w rzeczy samej, nie czytany; natomiast kurz z efektownych grzbietów zdobiących witrynę w salonie zbierany jest regularnie). 


Nabyłem na aukcji – przebiłem wszystkich, stać mnie na taki kaprys! – oryginalną korespondencję Salvadora Dali. Mniejsza o to, że nie władam francuskim, katalońskim ani kastylijskim, nazwiska osób korespondujących nic mi wcześniej nie mówiły, a malarstwo tego gościa chyba nie jest w moim guście, albo w ogóle malarstwo jest mi obojętne.


Ten rodzaj snobizmu, silenia się na „wyjątkowość” i „lepszość” świetnie wyśmiał przed laty karykaturzysta w tygodniku Kultura. Obrazek: tłum skłębiony w kolejce do kasy kina z okazji limitowanych przeglądów filmowych (sławne KONFRONTACJE); podpis: kultura elitarna.


Ale to była jednak kolejka do kina, na filmy, i to nie z gatunku „zabili go i uciekł”, a nie przepychanka do „wypoczynku”-„skóry” i nie aukcja, licytacja gaci Presleya.  


Nie „pozytywny snobizm” sam w sobie jest tu sprawcą dobra – przeciwnie, jest on rezultatem i instrumentem zdrowych mechanizmów selekcji i hierarchii MERYTORYCZNEJ. Jeśli bowiem jest tak, że o sukcesie, wyróżnieniu decyduje poziom kompetencji twórcy, jakość dzieł, a poniekąd i poziom umysłowy publiczności, to wtedy i snobizm przybiera postać szlachetniejszą. Bo trzeba nadążać, być w kursie, wzorować się na przodownikach, pionierach, orientować się na ocenę i uznanie tych, których jest mniej, ale którzy wiedzą i robią coś lepiej, nie zaś na gusty powszechne i przeciętne.


To rygory jakości i hierarchii jakościowej wymuszają ów „dobry snobizm”. Już przed laty KTT zauważył np., że dawniej nie do pomyślenia byłoby, aby spikerem, lektorem czy prezenterem w telewizji był ktoś, kto ma kłopoty fonetyczne i gramatyczne z polszczyzną (sam należy do „elyty”). Dla porównania odnotował, że oksfordzki angielski wprawdzie nie może być mową potoczną nawet dość kulturalnego Anglika, ale to on wyznacza standardy dla człowieka z telewizji, nie mówiąc o uczelni, salonie literackim. W takim sensie snobizm może być pożyteczny i bezcenny – podobnie jak w sytuacji, gdy zamiast upajać się klasową wyższością proletariusza nad Radziwiłłem uczymy się od niego używania noża, widelca i mydła.    


 


Nostalgia za „pożytecznym snobizmem”


 


Z tych potencjalnie pozytywnych przejawów snobizmu w naszym rodzimym otoczeniu prędzej znajdziemy dziś pęd do apartamentowców i grodzonych-strzeżonych osiedli, do mebli antycznych lub kolonialnych zdobiących kwatery w blokowiskach, do studniówek w Hiltonie, jeszcze lepiej w Ritzu, niż do antykwariatów książkowych, wernisaży, jedynych w Polsce takich koncertów itp.   


W każdym razie rozumiem tęsknotę ludzi kulturalnych za minionymi – choć tak niedawno – czasami, w których nie wypadało być ignorantem, a zwłaszcza nie wypadało – będąc ignorantem – mądrzyć się w obecności znawcy, specjalisty; kiedy wydarzeniem kulturalnym była premiera literacka czy kulturalna, dyskusja, nawet nielicha awantura – ale spowodowana pasjami twórczymi, różnicą poglądów i gustów, a nie najnowsza plota, obsceniczna prowokacja gwiazdki medialnej, przeciek zdjęć i listy gości z ekskluzywnego, tajnego ślubu celebrytów. 


Nawet biorąc poprawkę na to, że snobizm oznaczał najczęściej nieautentyczne i nieudolne  naśladownictwo lepszych, a także na to, że ci „lepsi” nie zawsze byli naprawdę lepsi, możemy jednak uznać, per saldo, że to zdrowa społecznie tendencja, gdy funkcjonują i są respektowane rozmaite hierarchie merytoryczne (oparte nie na pochodzeniu, statusie majątkowym, zajmowanym stanowisku, otoczeniu społecznym, które ma nas wywyższać bez jakiejkolwiek naszej zasługi, lecz na kwalifikacjach i osiągnięciach).


Dobrze służy społeczeństwu sytuacja, gdy kierunek wzorotwórstwa, inspiracji i naśladownictwa przebiega „od lepszych do tych, którzy starają się jeśli nie dorównać im, to w każdym razie uczyć się od nich, naśladować”, co potocznie nazywano „równaniem w górę” czy też „podciąganiem mas do poziomu elit”. Tak pojęta tendencja jest akceptowana również przez radykalnych demokratów i egalitarystów, którzy owszem, pragną wyrównania szans społecznych, przezwyciężenia sztucznych dystansów, przywilejów i upośledzeń, ale przecież nie mają na myśli równości miernoty i geniusza, specjalisty i ignoranta, człowieka produktywnego i pasożyta, człowieka z określonymi poglądami, zasadami i upodobaniami oraz człowieka nijakiego.


 


Popkulturowy „antysnobizm”


 


Rzeczywiście, ręce opadają, a niektórzy reagują zawołaniem „pora umierać”, gdy widzimy, jak tę dawną tendencję wypiera przeciwstawna: do „pospolitowania”, „równania w dół” (ku najniższemu poziomowi dociekliwości, znajomości rzeczy, gustu), do kultu nijakości, która jednak pyszni się tym, że jest „powszechna”, czyli „normalna”. Złowieszczo prorocze okazały się przestrogi Ortegi y Gasseta przed ekspansją „człowieka pospolitego”. On właśnie tym się wyróżnia, że niczym się nie wyróżnia poza swoją typowością, trywialnością, nijakością, nierozwojowością (bo nie rozwija się, nie uczy, nie subtelnieje, lecz zadowala się swoją ograniczonością, do której jest znakomicie przystosowany). Ale za to przebija innych najwyższym stopniem samozadowolenia, sprzężonym z niechęcią wobec rozmaitych „dziwaków” i „mędrków”. To takiej właśnie kołtuńskiej klienteli schlebia demagog i populista, nie tylko napuszczając ją na „jajogłowych”, „wykształciuchów”, „odmieńców” z bohemy artystycznej, ale co więcej, wmawiając im, że są solą ziemi. Schlebia im tezą, że sami nie muszą niczego wiedzieć więcej ani umieć lepiej, nawet tyle samo, co ci, których chcą oceniać lub zastąpić; ba, w ogóle niczego nie muszą umieć. Wystarczy być (jak celnie podsumował Kosiński); wystarczy wystąpić w telewizji. Szyderstwo Jonasza Kofty „Śpiewać każdy może” ziściło się nie tylko w karierach piosenkarskich z telekonkursów, ale również w ławach poselskich i w „menadżerskich” nominacjach dla krewnych i znajomych. 


Tak zwany „normalny człowiek” prezentuje się jako ktoś „bez kompleksów” (guzik prawda, to nadrabianie miną, pokrywanie dezynwolturą własnej niepewności, zakłopotania i zawiści wobec fachowców). Ale owszem, w tym sensie jest „bez kompleksów, że… bez zahamowań. Żadnego zadania się nie boi, włącznie z takim, którego nie rozumie i które go przerasta. Bohater naszych czasów – idol współczesnej popkultury, podlanej sosem masowej konsumpcji i wszechogarniającej „medialności” – to bynajmniej nie ekstrawagancki wokalista, zdolny kompozytor, fascynujący literat, wynalazca czy odkrywca,  którego inni małpują lub któremu składają fałszywe hołdy, by znaleźć się w jego kręgu i w ten sposób awansować. Teraz jest to ktoś bez wyrazu. Dowolny królik wyciągnięty z kapelusza. Dowolny ochotnik z „teledurnieju”, laureat konkursu „idiotele” (zadzwoń, wygraj, tylko pośpiesz się!)


Miernota naszych czasów – audiowideokretyn z medialnej hodowli – rzeczywiście jest… antysnobem. On nawet nie jest zapatrzony w taki czy inny wzór, w jakąś postać do naśladowania – bo musiałby wiedzieć o jego istnieniu. Może on szczerze zapytać, jak osławiony Zlatko z niemieckiej edycji Big Brothera: Szekspir? A co to za jeden? Popisuje się tak jak wszyscy, improwizuje i przyjmuje nagrody, robi karierę nie tyle w poczuciu własnej wyjątkowości, ile – jak Nikodem Dyzma – w przeświadczeniu, że grzechem byłoby nie podjąć wygranej w totka.


Ale i tu ocieramy się o uproszczenie. Wbrew pozorom, zadowolony z siebie ignorant, startujący „od zera”, w rzeczywistości też małpuje, tyle, że nie zawsze wybierając i wiedząc co. Ofiaruje nam „piątą wodę po kisielu”: pięćdziesiątą generację nieświadomej i niezamierzonej parodii Marilyn Monroe, Edith Piaf, sto sześćdziesiąte płukanie roztworu po Homerze, powiela pozy Napoleona lub Piłsudskiego; nieściśle i nie na temat, ale za to z emfazą i groźnym pomrukiem ostrzegawczym cytuje Jana Pawła II. Głowę zadziera wysoko; tak bardzo chce szybować, że aż staje na palcach i podskakuje.       


DECYDENT, luty 2008    

W wydaniu 75, luty 2008 również

  1. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Umysł lidera
  2. POLSKA PO KACZYŃSKIM

    Trudny spadek
  3. ROZPOZNAWANIE SNOBA

    Sztuczne podnoszenie wartości
  4. KŁOPOT ZE SNOBIZMEM

    Podskakiwanie na palcach
  5. PR PRODUKTOWY

    Rekin przyjacielem człowieka
  6. SNOBIZM

    Jeszcze nie czas
  7. LOBBING

    Inny Marek Dochnal
  8. KOBIETY versus MĘŻCZYŹNI

    Równość w pracy?
  9. RZĄD PROPONUJE

    Przedsiębiorca zawieszony
  10. SZTUKA MANIPULACJI

    Krygowanie