Established 1999

I CO TERAZ?

17 października 2016

Trump - jeden przeciw wszystkim

Wnocy ze środy na czwartek naszego czasu dziesiątki milionów Amerykanów zasiądą przed telewizorami, aby obejrzeć trzecią i ostatnią debatę Clinton – Trump. Tym razem jej motywem przewodnim będzie polityka zagraniczna, ale myślę, że nie da się utrzymać kandydatów w ryzach. Kampania już dawno przestała być stricte polityczna, przenosząc się z do symbolicznego magla. Gdy w minioną środę oglądałem Donalda Trumpa, występującego na przedwyborczym wiecu w West Palm Beach na Florydzie, w pewnym momencie poczułem, że siedzę w kinie na remake’u filmu George’a Marshalla. Filmu, którego premiera odbyła się w 1958 roku, a więc dokładnie 58 lat temu (coś dla numerologa…). Był to western, wyświetlany w Polsce pod tytułem „Jeden przeciw wszystkim” – pisze Marek J. Zalewski.

I w West Palm Beach Donald Trump pokazał się właśnie jako ten JEDEN PRZECIW WSZYSTKIM. Jak Glenn Ford w roli Jasona Sweeta, tak Donald Trump w roli kandydata na prezydenta, jak Sweet jako hodowca owiec przeciwko całemu Powder Valley, którego mieszkańcy hodują bydło, tak Trump-Kandydat jako człowiek jakby z innej planety, który wtargnął do polityki, ustawił siebie przeciwko CAŁEMU światu amerykańskiej polityki. I temu demokratycznemu, co jest zrozumiałe, ale i temu republikańskiemu, którego przecież jest, a przynajmniej powinien być „człowiekiem”. Trump wyszedł na mównicę przy aplauzie zgromadzonych sympatyków, niczym Sweet. I jak on, który wkroczył do saloonu i zapytał, który tu jest największym rozrabiaką, a gdy się dowiedział, że to potężnie zbudowany Jumbo McCall, to obił go solidnie, dając zgromadzonym do zrozumienia, że ma gdzieś dotychczasowe zwyczaje i zamierza złamać obowiązujące reguły, tak Trump zaczął werbalnie obijać swoich oponentów.

Donald Trump od początku kampanii, z dnia na dzień coraz bardziej, złości amerykański, a szczególnie waszyngtoński establishment. Im bardziej jego przedstawiciele atakują go i starają się udowodnić, że on „no fit for president”, nie pasuje na prezydenta, tym ostrzejsze i gwałtowniejsze są jego ataki na nich. Było tylko kwestią czasu, aby zaatakowano go metodą brukowców. I stało się…

glenn

Glenn Ford

Atak na niego przypuściły zgodnie i „New York Times”, i „Washington Post”, dwa najpoważniejsze i największe amerykańskie dzienniki. Nagle na ich łamach pojawiły się teksty spisane z jakichś nagrań sprzed kilkunastu lat, na których Donald Trump dość obcesowo i w obscenicznej formie wypowiada się o tym jak można postępować z kobietami, gdy jest się showmanem i to w dodatku bogatym, a ma się do czynienia z kobietami, które w jakiś sposób od tego kogoś zależą. Nagle też pojawiło się też kilka, bodaj pięć, kobiet, które przypomniały sobie, że przed laty (jedna z nich przeżyła coś „okropnego” podczas lotu samolotem w roku… 1972, gdy Trump miał poprosić stewardessę, aby przesadziła ją do klasy biznes obok niego; „jego ręce były wszędzie”) były molestowane przez Trumpa. Ten, przemawiając w West Palm Beach, zapewnił, że to wszystko jest sfałszowane i sfabrykowane. O wszystko oskarżył w bardzo ostrych słowach establishment i media, które są przeciwko niemu, bo on jeden chce zburzyć ten zakłamany świat wzajemnych interesów, zależności i wzajemnego poparcia.

I coś w tym jest, bo atak na Trumpa jest po prostu „wściekły”. I co ciekawe, okazuje się, że na plan pierwszy wychodzą i najwięcej miejsca w mediach zajmują kwestie, nazwijmy to obyczajowe (owe nieszczęsne wypowiedzi sprzed lat i rzekome molestujące zachowania), a niemal zniknęły sprawy programowe, polityczne, społeczne i gospodarcze. Można zadać pytanie, jakie znaczenie mogą mieć te obyczajowe wpadki Trumpa na pozycję Stanów Zjednoczonych, gdy zostałby on prezydentem? Oczywiście, ŻADNE. Ale taka właśnie jest Ameryka. Gdy zeskrobie się lukier, którego gruba warstwa, szczególnie widoczna jest w przemówieniach polityków, pokaże się to, co ona przykrywa. A jest to niezwykle istotny i zatwardziały rdzeń Ameryki, czyli świętoszkowatość, zakłamanie, hipokryzja i obłuda. Okazuje się, że istotne jest to, co „poniżej pasa”. A ponieważ wszelkiej maści przeciwnicy Trumpa uznali, że swej szansy szuka on właśnie w tej części jej społeczeństwa, dlatego uderza się dokładnie tam.

I nagle okazuje się, że nieważne jest skandaliczne łamanie procedur podczas pełnienia jednej z ważniejszych funkcji w państwowej administracji (znikające tysiące służbowych mejli z prywatnego komputera podczas szefowania Sekretariatem Stanu), nieważne jest spiskowanie przeciwko partyjnemu konkurentowi podczas kampanii w czasie prawyborów (mało przyjemna – mówiąc bardzo oględnie – korespondencja sztabu Hillary Clinton, mająca na celu utrącenie Berniego Sandersa), nieważne są tak samo podejrzane, jak lukratywne działania w oczywistym konflikcie interesów rodzinnej fundacji państwa Clintonów, nieważne jest to, że Hillary Clinton co innego mówi na wiecach, a co innego na zamkniętych spotkaniach dla określonych grup, jak choćby bankowcy z Wall Street, dla których była niezwykle wyrozumiała i zapewniała o jej do nich przychylności, a których srodze krytykowała w wystąpieniach podczas spotkań z „szarym obywatelem”, o czym wiadomo z ujawnionych mejli szefa jej kampanii, Johna Podesty. I nieważnych jest jeszcze wiele innych wpadek kandydatki demokratów lub jej najbliższego otoczenia, a ważne jest to, co Trump rzekomo zrobił lub powiedział kobietom lub o kobietach przed wielu laty…

Że Trumpa to irytuje? No, oczywiście. Widać wyraźnie, że Trump nie do końca jeszcze rozumie, że oto znalazł się w sytuacji, gdy to nie ktoś jemu, ale on komuś musi się tłumaczyć, że to nie ktoś jego, ale on kogoś musi o coś prosić. Bo do tej pory to on był tym, który wydawał polecenia, rozdawał, karał, usuwał, awansował etc., a teraz… Doskonale to było widać w różnicy zachowania Hillary Clinton i Donalda Trumpa podczas dwóch dotychczasowych debat telewizyjnych. Clinton, która od dziesiątek lat zabiega o względy tych, od których zależy, czyli od wyborców, donatorów, starała się być „bliżej”, uśmiechała się, podchodziła do publiczności, do niej kierując swe wypowiedzi, a po debacie „wsiąkała” w tłum, rozdając uśmiechy i uściski dłoni, robiąc sobie „sweet-focie” niemal z każdym, kto tego chciał. A Donald Trump? Wygłaszał swoje jakby ponad głowami, „wszem i wobec”, jeżeli się uśmiechał, a raczej gdy na jego twarzy pojawiał się grymas uśmiech przypominający, to nie był on kierowany do publiczności, ale był reakcją na słowa Hillary. I tak już zostanie. Trump nie będzie się umizgiwał, nie przestanie być po prostu sobą. On wie, że nigdy nie był ulubieńcem i faworytem establishmentu. Po prawyborach stał się wyraźnie nielubianym i dyskredytowanym przez swoich przeciwników. Po konwencji stał się wyśmiewanym, obrażanym i coraz bardziej wręcz znienawidzonym. I to nie tylko przez naturalnych przeciwników, czyli demokratów, ale i przez rosnące grono republikanów.

Trumpowi to nie przeszkadza. Mało tego, im bardziej go atakują, tym on staje się twardszy i tym bardziej zdecydowany, i tym bardziej bezwzględny w swej ofensywie przeciwko partyjnemu establishmentowi i przeciwko mediom. A właśnie takie jego zachowanie mogliśmy obserwować i usłyszeć w minioną środę w West Palm Beach.

Czy Trump wygra? Jest to bardzo prawdopodobne. Pojawiły się głosy (m.in. znany reżyser Michael Moore i znany tzw. amerykanista prof. Lewicki, który chyba tę tezę powtarza za Moorem właśnie), że Trump wygrać nie chce. Nie zgadzam się! On bardzo chce wygrać. Ale nie wykluczam, że gdy wygra, to może nie wytrzyma do końca kadencji. Co mam na myśli? Nie, nie to, że będzie musiał ustąpić w wyniku tzw. impeachmentu, w obawie przed którym do dymisji podał się przed 42 laty Richard Nixon. Nie. Jeżeli Donald Trump, w razie wygranej w listopadowych wyborach nie dotrwa do końca kadencji, to dlatego, że prezydentura go… znudzi. Gdy przekona się, że Stanami, a nawet Waszyngtonem nie da się rządzić jak własną firmą, gdy zderzy się z obstrukcją Kongresu i reszty administracji, gdy dostrzeże, że tu, nad Potomakiem, decydują procedury, których samotrzeć nie przełamie, procedury, które utrzymują system „check and balance”, leżący u podstaw amerykańskiej demokracji.

I co wtedy? Wtedy Donald Trump poda się do dymisji, a jego miejsce w Białym Domu zajmie jego wiceprezydent, Mike Pence. W debacie kandydatów na wiceprezydentów z łatwością górował on nad kandydatem Hillary Clinton, Timem Kaine’em. Zresztą, o ile Trump postawił na polityka, który uchodzi za wytrawnego gracza i polityka, który sprawia wrażenie, że niewiele jest rzeczy, które mogą go zaskoczyć i który nie ma kompleksu wobec swego ewentualnego pryncypała, o tyle Tim Kaine przy Hillary Clinton sprawia wrażenie „dobrego wujka”, który ani jednym gestem, a co dopiero słowem nie śmiał zarysować swej odrębności i politycznej osobowości, pokazując, że mógłby być kimś więcej, aniżeli dekoracją dla ewentualnej pani prezydent. Przede wszystkim Mike Pence nie boi się Trumpa. Mało tego, gdy nadarza się okazja pokazuje, że ma nieco inny niż Trump pogląd na różne sprawy (ostatnio sprawa stosunku do Rosji w syryjskim aspekcie). Kaine nigdy z siebie nie wydobyłby słowa wątpliwości, a o sprzeciwie w ogóle nie ma mowy, w stosunku do tego, co przedstawia Hillary.

I CO TERAZ? Czekajmy trzeciej debaty telewizyjnej i obserwujmy to, co będzie działo się po niej. Stawiam na eskalację wzajemnych oskarżeń. Donald Trump jest w gorszej sytuacji. Praktycznie jest sam, jest „jednym przeciw wszystkim”. Ma znacznie gorszy sztab, a nade wszystko ma przeciwko sobie tych, których barwy miał reprezentować. Ma przeciwko sobie rosnącą grupę znaczących członków GOP. Dlaczego ta grupa rośnie? Co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze – ze strachu, z obawy, bo republikański establishment zdał sobie sprawę, że Trump nie da sobą kierować, że nie będzie tańczył w rytm nadawany przez jego członków. Po drugie – odcinając się od Trumpa, kierują się nadzieją, że w ten sposób mogą uratować swoje miejsca w Kongresie (bo wybieranych będzie 435 członków Izby Repreznetantów i 34 spośród 100 senatorów) będą wszyscy kongresmeni. Liczą oni na jeden z przymiotów amerykańskiego wyborcy – lojalność. Liczą więc na to, że pozostaną przy nich ci wyborcy, którzy dotychczas wierni byli GOP, a ponadto, że Trump – jako formalny kandydat Partii Republikańskiej, bo trudno go w obecnej sytuacji nazwać kandydatem republikanów, a tym bardziej republikańskim – nie jest nie tylko ich „pierwszym wyborem”, ale w ogóle nie biorą go pod uwagę w wyborach prezydenckich. Na takim kunktatorstwie mogą się jednak mocno oszukać, właśnie z racji tejże samej lojalności. Bo jak zwykły, żeby nie powiedzieć – prosty amerykański wyborca ma zrozumieć to, że nagle ten, który okazał się „najlepszym z najlepszych” partyjnym kandydatem, przestał partyjnej górze odpowiadać?

Marek J. Zalewski - publicysta, komentator spraw szelkich

Tak więc, okazuje się, że przysłowie o tym, że im głębiej w las, tym więcej drzew sprawdza się także w amerykańskiej kampanii prezydenckiej. Bo choć wydarzyło się już wiele, a do 8 listopada zostały zaledwie TRZY tygodnie i że większość sondaży wskazuje Hillary Clinton jako zwycięzcę, to jeszcze wiele, bardzo wiele może się wydarzyć…

MAREK J. ZALEWSKI

W wydaniu nr 179, październik 2016, ISSN 2300-6692 również

  1. LEKTURY DECYDENTA

    O Japonii inaczej
  2. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Życie obok życia
  3. I CO TERAZ?

    Trump - jeden przeciw wszystkim
  4. LEKTURY DECYDENTA

    Szkocka para z psem w Grecji
  5. KAMPANIA SPOŁECZNA

    Kwiat Kobiecości v. rak
  6. Z KRONIKI BYWALCA

    Ekslibrisy Beaty Przedpełskiej
  7. IMR I KWIAT KOBIECOŚCI

    Profilaktycznie o raku jajnika
  8. WIATR OD MORZA

    Wojna polsko-ruska
  9. A PROPOS...

    ...Caracali
  10. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Wicepremier Morawiecki w Waszyngtonie
  11. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Polak i Czech w jednym żyją domu...
  12. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Gdzie czytać?
  13. LEKTURY DECYDENTA

    Wynurzenia jasnowidza
  14. W OPARACH WIZERUNKU

    Celebrycki tytuł do "sławy"
  15. WIDMA PRZESZŁOŚCI

    Duch Bieruta nad państwem prawa
  16. WIATR OD MORZA

    Powrót hrabiów