Established 1999

I CO TERAZ?

25 lipca 2016

Trump - ma co chciał

W piątek, o 3 nad ranem zakończyła się w Cleveland, trwająca od poniedziałku Republikańska Narodowa Konwencja, która wyłoniła oficjalnego kandydata GOP w listopadowych wyborach prezydenckich. Został nim Donald J. Trump, miliarder, który od jakiegoś czasu powtarzał, ze tylko on może dźwignąć – skąd my to znamy – z ruin Amerykę i który w serii prawyborów zapewnił sobie to, co w Cleveland zostało przypieczętowane – pisze Marek J. Zalewski.

Marek J. Zalewski - komentator spraw wszelkich, a w szczególności politycznych, ekonomicznych, kulturalnych, społecznych i sportowych

W swoim 75 minutowym wystąpieniu, które – jak podano – było najdłuższe spośród wygłoszonych przez partyjnych kandydatów obu partii od… 40 lat, Trump oficjalnie przyjął nominację, obiecując, że „naprawi Amerykę”, że ją „uwolni od nielegalnej imigracji”, bo tego „żąda społeczność”. To było bardzo sprytne określenie. Bo nie mógł powiedzieć, że tego domagają się Amerykanie, bo nie wszyscy, ani „naród”, bo nie cały, a zresztą, co w Stanach znaczy „narodowość”, ale „społeczność” (community) jak najbardziej. Bo w każdym stanie można spotkać właśnie „społeczności” oczekujące zdecydowanych kroków co najmniej zdecydowanie ograniczających niekontrolowany napływ imigrantów. W tym kontekście odniósł się do Hillary Clinton swej rywalki w listopadowych wyborach, której dotychczasowe działania w polityce i wydane „biliony (amerykańskie tryliony – przyp. MJZ) dolarów” przyniosły „śmierć, zniszczenia, terror i słabość”, a jej program wyborczy oznacza kontynuację tych osiągnięć.

Zresztą nie było to jedyne w moim przekonaniu sprytne zagranie Trumpa, który z racji prowadzonych interesów, ale i mający doświadczenie udziału w różnych shows, telewizyjnych nie wyłączając (łącznie z udziałem w amerykańskiej wersji niezwykle popularnego „Top Gear”) nie tylko doskonale wyczuwa nastrój otoczenia, ale potrafi na ten nastrój wpłynąć na korzystny dla siebie. Gdy weźmie się pod uwagę, że na konwencji (każdej z partii) reprezentowana jest ta realna Ameryka, o której nie mają pojęcia wszyscy ci, dla których Stany, to Nowy Jork albo Chicago, a atmosfera konwencji przypomina odpust połączony z festynem w remizie OSP, to sukces Trumpa był nie tylko zrozumiały, ale i oczywisty. Niezwykle zgrabnie rozłożył akcenty swego wystąpienia. Rynek, miejsca pracy, prawo i porządek to były jego słowa klucze. A jednocześnie zapewnił, że pod jego prezydenturą Ameryka (w sensie Stany, bo tym samy podkreślał, że Stany, to Ameryka, a Ameryka to Stany – przyp. MJZ), będzie krajem, w którym „prawo nie będzie narzucane”, co ma znaczyć, ze nie będzie powstawało ad hoc, gdy będzie na rękę jakiejś wpływowej grupie. Ponieważ zna Amerykę, to obiecał, że ją naprawi („fix America”), bo nadszedł czas, aby „na pierwszym miejscu stawiać Amerykę” („put America first), czego „nasi opozycjoniści nie rozumieją”.

DonaldMiędzy innymi dlatego sprawami zagranicznymi nie zawracał głowy zebranym w Cleveland kilku tysiącom swoich rodaków, którzy reprezentowali absolutnie całą Amerykę, dla których stanowi ona cały świat. Aby podkreślić, że Ameryka jest najważniejsza powiedział, że jako prezydent USA będzie robił „indywidualne interesy z indywidualnymi krajami”, bo tak prowadzi wszystkie swoje interesy.  I to delegaci konwencji doskonale rozumieli, bo Trump jako człowiek sukcesu przecież wie, co trzeba zrobić, aby „Make America One Again”, stworzyć Amerykę od nowa, co było treścią hasła ostatniego dnia konwencji.

Ale Trump nie byłby sobą, gdyby nie zaskoczył bardziej komentatorów, aniżeli zgromadzonych w centrum kongresowym. Gdy poczuł, że atmosfera mu sprzyja, gdy ma już „kupionych” delegatów zadeklarował, że zrobi „wszystko”, aby uchronić środowiska LGBT przed atakami. I co się stało na sali w Cleveland? Wybuchła wręcz entuzjastyczna wrzawa! Swoistą zapowiedzią było zapewne to wystąpienie drugiej córki Donalda Trumpa, 35-letniej Ivanki, która zdecydowanym głosem stwierdziła, że jej tata jest „ślepy na kolor (skóry, kwestia rasowa – przyp. MJZ) i mentalność gender”. A stwierdzenie prezydenckiego kandydata na prezydenta wzmocnił i uprawdopodobnił Peter Thiel, miliarder i biznesmen branży technicznej, który swoje wystąpienie zakończył stwierdzeniem „Jestem dumny, że jestem gejem. Jestem dumny, że jestem republikaninem. Ale przede wszystkim jestem dumny, że jestem Amerykaninem!”. Te słowa wywołały niebywały entuzjazm delegatów.

Trump wiedział, że salę ma za sobą. Przypieczętował swój sukces zawołaniem: „Jestem waszym głosem!”. A co z całą Partią Republikańską, jej establishmentem, którego reprezentantów trudno było dostrzec w Cleveland? Tu sprawa ma się zgołą inaczej… Zresztą przed centrum, w którym dobywała się konwencja przez cały czas gromadzili się przeciwnicy kandydatury Trumpa, jak i jego samego, jako człowieka. Zwykle było tak, że partyjny zlot uświetniali swa obecnością byli prezydenci z tej partii pochodzący, byli kandydaci, co wybitniejsi członkowie Kongresu z jej mandatem, no i niedawni rywale pokonani w partyjnych prawyborach. W Cleveland wyglądało na to, że republikanie nie mają w swoich szeregach nikogo znaczącego… A nawet gdy na mównicę wszedł (we środę) Ted Cruz, który był najpoważniejszym kontrkandydatem Trumpa w prawyborach i który pogratulował mu uzyskania nominacji, uczynił to w dość zdawkowy sposób, a w dalszym ciągu swego wystąpienia ani razu nazwiska Trumpa nie przywołał, mówiąc o swoim pomyśle na Partię. Delegaci, którzy bardzo ciepło przywitali Cruza w ciągu jego blisko dwudziestominutowej wypowiedzi coraz głośniej zaczęli wyrażać swój sprzeciw, aż przeszli do wybuczenia coraz bardziej kwaśno uśmiechającego się mówcy. Wspaniale wykorzystał to sam Trump, który nagle pojawił z boku sali, wzbudzając narastający aplauz podniesionym dom góry kciukiem…

Nie ulega wątpliwości, ze GOP ma problem i nie jest wcale powiedziane, ze jeden. Bo nie ulega wątpliwości, że nominacja dla Trumpa w Cleveland została niejako wymuszona na znaczącej części republikańskiego establishmentu. Ted Cruz był w Cleveland, ale nie poparł Trumpa, a Marco Rubio, drugi najważniejszy z pokonanych w prawyborach pretendentów, co prawda poparł go, ale z telebimu, do Ohio z Florydy się nie pofatygował. A biznes? O ile Hillary Clinton zebrała na swoją kampanię olbrzymie, idące w setki milionów dolarów, fundusze, to kasa Trumpa (przypomnijmy – miliardera) jest mocno nadwątlona. A przecież prawdziwe wydatki dopiero się zaczną. Kampania wyborcza wystartuje bowiem na dobre po tym, gdy z Filadelfii rozjadą się po domach delegaci Narodowej Konwencji Demokratów. Warto przypomnieć, że na konwencji mówcy oskarżali Hilary o niejasne interesy, a delegaci skandowali wielokrotnie „Lock, her up”, czyli aby zamknąć ją…

Będzie to ciekawa, a nawet bardzo ciekawa kampania. Myślę, że może być najciekawsza z tych, które miałem okazję obserwować, począwszy od tej w roku, w którym przypadała 200 rocznica powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki Płn. Wówczas, a było to dokładnie 40 lat temu, o Biały Dom walczył z ubiegającym się o reelekcję, Geraldem Fordem, który zasiadł w Owalnym Gabinecie po ustąpieniu z urzędu w wyniku afery Watergate, prezydenta Richarda Nixona, demokrata Jimmy Carter… Ten „plantator orzeszków” – jak go może nie tyle pogardliwie, co z wyższością nazywano – był takim właśnie „Trumpem a rebours”. Bo Carter był kandydatem partyjnego establishmentu, który nie mógł wybrać ze swego grona kandydata. Ale był kandydatem niejako wbrew sobie. I…

I w 1976 roku wygrał. Czy z kolei „Carter a rebours” wygra w tym roku? Jeżeli „ordinary people”, czyli wyborcy z tej zwykłej Ameryki zmobilizują się na tytle, aby ruszyć z własnego obejścia do najbliższego lokalu wyborczego, to stawiam tezę, że w 4 listopada Trump wygra i 20 stycznia 2017 roku na schodach Kapitolu zostanie zaprzysiężony jako 45 prezydent Stanów Zjednoczonych.

MAREK J. ZALEWSKI

W wydaniu nr 176, lipiec 2016, ISSN 2300-6692 również

  1. USA: DWOJE KANDYDATÓW

    Walka o najważniejszą w świecie prezydenturę
  2. DEMOKRACI WYBRALI

    Hillary Clinton - First Mrs. President?
  3. DEMOKRACI W FILADELFII

    Apel o partyjną jedność
  4. LEKTURY DECYDENTA

    Magia szkicu
  5. I CO TERAZ?

    Amerykańskie wybory - kolej na demokratów...
  6. I CO TERAZ?

    Trump - ma co chciał
  7. KACZYŃSKI O POLSCE

    Droga do jedynowładztwa
  8. I CO TERAZ?

    Erdogan rozdaje karty
  9. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Sułtan to miał klawe życie...
  10. A PROPOS...

    ...rwetesu w GOP
  11. WIATR OD MORZA

    Czy kiedykolwie dojrzejemy
  12. A PROPOS

    Nicea, czwartek wieczór
  13. I CO TERAZ?

    Wiadomo...
  14. WIATR OD MORZA

    Pochwała Macierewicza
  15. LEKTURY DECYDENTA

    Czytać, jak to łatwo powiedzieć
  16. HAJOTY PRESS CLUB

    Wianków strojenie
  17. Z KRONIKI BYWALCA

    Co robi Rosja
  18. I CO TERAZ?

    Powrót do przeszłości
  19. PODRÓŻE DECYDENTA

    W Krainie Rumianku
  20. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Mordujące państwo
  21. A PROPOS...

    ...warszawskiego szczytu NATO i bezpieczeństwa "wschodniej flanki"
  22. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Chińczyki trzymają się mocno...
  23. I CO TERAZ?

    Bringo...
  24. RADA PRZEDSIĘBIORCZOŚCI

    Krytycznie o prawie według PiS
  25. LEKTURY DECYDENTA

    Wierny Adolfowi do dzisiaj
  26. W OPARACH WIZERUNKU

    Celebrytyzm i celebrytyzacja
  27. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Polak-Anglik dwa mohery