Established 1999

I CO TERAZ?

4 maja 2015

Jak to, co? Pakowanie - 26.05

Oj, niby do 6 sierpnia jeszcze dwa miesiące, ale Państwo Komorowscy powinni już dziś rozglądać się za pudłami do pakowania tego, co zgromadzili przez ostatnie pięć lat – pisze Marek J. Zalewski.


Trochę tego na pewno jest na Krakowskim Przedmieściu, a trochę na Belwederskiej, że o Helu czy Wiśle nie wspomnę, bo prezydent Komorowski bywał tam z rzadka i jeżeli cokolwiek tam zostawiał, to może szczoteczkę do zębów lub maszynkę do golenia. No, może pidżamę… Ale może też skorzystać z usług wyspecjalizowanej firmy. A właśnie wczoraj widziałem na ul. Mokotowskiej samochód firmy „Przeprowadzki Eleganckie” i sprawnie uwijających się trzech pracowników. Nawet zapisałem numer telefonu wymalowany na boku i w razie potrzeby służę, Panie Prezydencie… Dwa, albo i trzy razy słyszałem prezydenta Kwaśniewskiego, który mówił, że ten schyłkowy etap prezydentury nie jest czymś przyjemnym.


Ale, cóż… Wyrok został wydany i odwołania nie ma. Warto jednak powrócić do analizy tego, co o takim wyroku zdecydowało, bo wydaje się on co najmniej zastanawiający. Przecież jeszcze na dwa miesiące przed I turą wyborów prezydent Komorowski „cieszył się” (to istotne sformułowanie, dlatego w cudzysłowie) 70 procentowym (!) uznaniem, poparciem, sympatią. Można dopisać jeszcze kilka miłych dla ocenianego przymiotników, ale co z tego? Co z tego, gdy nie przekłada się to na takiż rezultat?


Ale czy ktokolwiek przypuszczał, że Bronisław Komorowski polegnie z kretesem? Nikt! Dowodem na to było polowanie we wszystkich partiach politycznych na kandydatów na kandydatów… Żaden z partyjnych szefów nie kwapił się na pierwszą linię nie z powodu nagłego napadu skromności albo takiegoż zwątpienia w swoje zdolności i kompetencje. Oni wszyscy po prostu stchórzyli! Mało tego, swoich kandydatów na kandydatów szukali wśród tych, którzy w razie uzyskania tzw. niezłego wyniku czyli kilkunastoprocentowego, albo przynajmniej oscylującego w okolicach 10 proc. zdobytych głosów, nie zagroziliby ich pozycji w ich partii. Stąd kandydacka egzotyka i takie „osobistości” życia politycznego jak Zbigniew Jarubas (PSL), Magdalena Ogórek (SLD), no i Andrzej Duda (PiS). Tłumaczono te kandydatury w sposób iście prestidigitatorski, a śmiechom i żartom nie było końca.


Ale od dawna wiadomo, że śmieje się ten, kto się śmieje ostatni. Inne porzekadło mówi też, że ostatni będą pierwszymi. I stało się! Ubiegający się o reelekcję, urzędujący prezydent Bronisław Komorowski przegrał z tym „ostatnim”. Przegrał z kimś, kto nie tylko dla ogółu wyborców był „człowiekiem znikąd”. Zdumieniem tę kandydaturę przyjął też polityczny światek. Wielu jego przedstawicieli Andrzeja Dudę – europosła, byłego wiceministra sprawiedliwości, ale pozostającego wówczas w cieniu ministra (Zbigniew Ziobro) i byłego też pracownika Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – myliło z Dudą Piotrem, szefem Solidarności. I trzeba przyznać, że wist z nazwiskiem był wistem impasowym. A resztę sprawiły dwie kampanie. Pierwsza, to kampania samego kandydata Andrzeja Dudy, a druga to kampania zdecydowanego faworyta, a nawet stuprocentowego pewniaka wyborów, czyli Bronisława Komorowskiego.


Ta pierwsza była dynamiczna, zdecydowana, skrojona niczym kreacja gwiazdy na Oskarową galę. A i sam kandydat mógł zaimponować i – trzeba przyznać – imponował zaangażowaniem i aktywnością. Widać było, że rośnie jego forma i kondycja. Rosła też jego wiara w sukces. W sukces, ale czy w zwycięstwo? Myślę, że przed I turą ta wiara dotyczyła właśnie sukcesu, a tym byłoby uzyskanie przez Andrzeja Dudę wyniku porównywalnego z tym, jaki w sondażach uzyskiwał PiS. Po zwycięskiej I turze ta wiara dla wielu oznaczała już wygraną w turze II. Ale czy dla samego kandydata? Nie jestem tego pewien. Ale pewien jestem, że jego wiara w swój potencjał znacznie wzrosła. A na to nałożyła się ta druga kampania…


Ta druga… Beznadziejna, źle przygotowana, źle prowadzona. Ze złymi, żeby nie powiedzieć – fatalnymi pomysłami. Każdy dzień tej kampanii oddalał kandydata Komorowskiego od wygranej. W tym losowaniu numery okazały się trudne, bardzo trudne, po prostu za trudne! Już sam wybór szefa kampanii był nieporozumieniem. Ciekaw jestem, kto wpadł na pomysł, aby akurat w zasadzie nikomu nieznanego posła pasować na primus inter pares? Poseł Tyszkiewicz może i ma w sobie potencjał, ale z pewnością nie jest to potencjał, który można wykorzystać przy prowadzeniu kampanii wyborczej na najważniejszy urząd w państwie. Myślę, że poseł Tyszkiewicz ze swoją zbolałą miną człowieka w za małych butach, widoczną w każdym ujęciu kamery, nie powinien prowadzić nawet kampanii cukrowniczej, a co dopiero wyborczej i to przed jakimikolwiek wyborami. Efektem pracy jego i całego komitetu wyborczego było istne tsunami odpływającego poparcia dla Bronisława Komorowskiego.


Bronisław Komorowski poniósł klęskę. Przegrał z chorobą pychy i niekompetencji, a także głuchoty. Każdą chorobę trzeba najpierw zdiagnozować, a potem dobrać optymalną kurację. A przede wszystkim trzeba mieć na uwadze ideę zawartą w przysiędze Hipokratesa, żeby po pierwsze – nie szkodzić!


Kampania Bronisława Komorowskiego pokazała, że wiadome było tylko to, że jest pacjent, którego trzeba bezpiecznie przeprowadzić przez wyborczą epidemię. Okazało się jednak, że źle zdiagnozowano chorobę, a jeszcze gorszą zastosowano kurację. W efekcie pacjent nie przetrwał. Czy mógł? Mógł, ale tylko dzięki wewnętrznej odporności i silnemu organizmowi. Niestety, nie znalazł się nikt, kto by wziął szmatę i pogonił całe sztabowe towarzystwo. A przecież widać było od samego początku, że ani zespół lekarzy, ani forsowana kuracja nie jest dla tego rodzaju pacjenta. Statyczna i nudna przed turą pierwszą, po drugiej stała się chaotyczna i nerwowa. Dramatem był język kampanii, ton wygłaszanych, a raczej klepanych, wystąpień i wiejąca niemal z każdego słowa przerażająca nuda!


Sam kandydat, ani nikt w jego sztabie nie zorientował się, że tego ględzenia nikt nie chce słuchać, a brawa i aplauz były jedynie narzędziem używanym w kampanii jak młotka używa się do wbijania gwoździ. Niestety, tym razem wbijanie prezydenckich argumentów w głowy potencjalnych wyborców na nic się zdało. Czy to głowy były za twarde, czy gwoździe argumentów za tępe (choć wielu może sądzić, że było odwrotnie)? W każdym razie prezydent Komorowski był jak dobosz z bębenkiem, ale bezradnie stojący, bo pozbawiony pałeczek. Kandydat Duda z dnia na dzień miał coraz większy bęben, a na końcu to były istne tarabany.


Mówi się, że prezydenta Komorowskiego zgubiła pycha i niezłomna wiara w to, że nie tylko nie może przegrać, ale że wygra w pierwszej turze… Nie, to nie pycha prezydenta, ale Platformy Obywatelskiej, której był kandydatem. To ludzie z PO, nadęci przekonaniem o swej niemal boskiej doskonałości, są autorami klęski swego kandydata. Bronisław Komorowski był rozpaczliwie bezradny w kampanii, która nie była przygotowana dla niego. Jego sztabowcy wzięli jakiś tam wzór kampanii i za wszelką cenę usiłowali wepchnąć weń Bronisława Komorowskiego. Było to pomieszanie z poplątaniem. Przekaz kampanii był niespójny, niekompatybilny z przebiegiem prezydentury. Widać też było, że Bronisława Komorowskiego nie przygotowano do takiej kampanii. Nie radził sobie bowiem w wielu sytuacjach. Nie jest on typem brata-łaty, człowieka, który skraca dystans. Nie jest też błyskotliwym mówcą, mogącym porwać tłumy. I to było i widać, i słychać.


I CO TERAZ? Platforma już się odcięła od tej klęski. Teraz sama będzie śmiało zdążała ku własnej w jesiennych wyborach parlamentarnych. A my, co? A my szykujmy się powoli do wakacji. Z nimi też wiąże się… pakowanie!


MAREK J. ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl


 


Po drugiej, a przed niedzielą – 21.05


No i mamy za sobą debatę Nr 2… Duda gonił w piętkę, a Komorowski gonił Dudę. Duda się opędzał i rączo umykał, a Komorowski ciągnął za rękaw. Duda agresywnie huczał, jakby mu przeszkadzał nieco kpiarski ton Komorowskiego, a Komorowski nie mógł powstrzymać się od przerywania…


I nie ma się czemu dziwić. Kandydat Duda unikał odpowiedzi na pytania. Nie można mieć do niego o to pretensji, bo przecież jego celem było powiedzenie tego, co on chce powiedzieć, a nie tego, co chcieli (o ile chcieli…) usłyszeć zadający pytanie. W związku z tym można powiedzieć, że strzelał „kulą w płot”. Kandydat Komorowski niczym nauczyciel, starał się naprowadzić go swymi wtrąceniami na „właściwą drogę”. Sam starał się zachować rytm i trzymać się zadanego tematu, ale…


Tego ględzenia obu kandydatów znieść już jednak nie mogę. Przecież w ciągu całej kampanii obaj kandydaci posługiwali się najwyżej TYSIĄCEM słów. Tysiącem słów przez obu powtarzanych w koło Macieju. Miałem wrażenie, że słuchałem płyty, która na dobre się zacięła i nic, i nikt nie jest w stanie ani jej zatrzymać, ani pchnąć do przodu, aby pieśń się rozwijała. Powtarzano je podczas w pierwszej debaty. Powtórzono je i w drugiej. Klepanie tych komunałów było nie tylko meczące. Było po prostu nie do wytrzymania! Jak dobrze, że koniec tak blisko!!!


 


Debata Nr 2 była gorsza od tej z numerem 1. Zarówno Andrzej Duda, jak i Bronisław Komorowski wypadli w niej gorzej. Dlaczego? Myślę, że za sprawą prowadzącego ją dziennikarskiego tercetu egzotycznego. Nudne, bo oklepane były pytania, na które odpowiedzi nie wniosły, bo nie mogły wnieść, absolutnie nic nowego do oceny obu kandydatów.


 


Kandydat Duda pozostał sobą. Zadowolonym z siebie okrągłolicym bobasem, który marzy aby być Pinokiem. Plótł – jak niegdyś mawiano – trzy po trzy, a para piętnaście, ciągle się dziwując, że tak się stara, a mimo to jego nos nie rośnie. Podczas debaty Nr 2 dał nawet upust swej złości, bo swe tyrady czy to jako odpowiedzi, czy też jako pytania pod adresem interlokutora wygłaszał z widoczna pretensją i podniesionym głosem. Kandydat Komorowski też pozostał sobą, czasami zdziwionym ujęciem tematu przez kontrkandydata, czasami tym samym nieco poirytowanym, usiłującym zaprzeczyć bredniom wygłaszanym przez kandydata Dudę, ale ciągle pozostającym w nieco wujaszkowatej manierze…


 


Merytorycznie kandydat Komorowski był nie do doścignięcia przez kandydata Dudę. To było widoczne od początku kampanii, ale treść ustępowała formie. A ta podczas kampanii dawała przewagę rywalowi. Ale czy fajerwerki czynią światłość? Tak, ale chwilową. Paląca się świeczka jest znacznie mniej efektowna, jej płomień jest jednostajny, spokojniejszy, a i pali się dłużej…


 


I DLATEGO w niedzielę trzeba głosować na BRONKA!!!


 


MAREK J.ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl


Po pierwszej, przed drugą – 18.05


Kanadyjczycy zdobyli tytuł mistrzów świata w hokeju na lodzie, wygrywając 6 : 1 z Rosjanami w finale Mistrzostw Świata rozgrywanych w Czechach, a gospodarze przegrali trzecie miejsce z Amerykanami. Mecz finałowy rozgrywany był w tym samym czasie co pierwsza z dwóch debat telewizyjnych kandydatów do urzędu prezydenckiego przed drugą turą wyborów. W Polsce, nie w Czechach…


Bronisław Komorowski nie zmiażdżył co prawda swego konkurenta, Andrzeja Dudy, tak jak Kanadyjczycy Rosjan, ale narzucił – jak Kanadyjczycy – swój rytm gry. A nie był to wcale rytm wolny i dystyngowany, do którego Prezydent nas przyzwyczaił. Tym razem Prezydent bardzo sprawnie i szybko prowadził krążek. Celnie też strzelał w kierunku bramki Andrzeja Dudy. Ten natomiast, co prawda, wie jak się zakłada łyżwy, do czego służy kij i co to jest krążek, a nawet całkiem sprawnie porusza się na lodzie z przeplatanką w prawo, w lewo, a i w tył, ale raczej po pustym – jak się okazało – lodowisku.


Kilka zagrań kandydata Komorowskiego „stało na najwyższym poziomie”, jak mawiają wytrawni sprawozdawcy sportowi. Ot, choćby znakomity strzał, zakończony zdobyciem kolejnego punktu, gdy na zarzut kandydata Dudy o blokowanie miejsc pracy przed młodymi, odparował, że to przecież sam kandydat Duda od kilku dobrych lat blokuje uniwersytecki etat, uprawiając politykę. Kandydat Duda atakował z zacięciem, ale w nawet efektownym pędzie na bramkę kandydata Komorowskiego bardziej skupiał się nad stylem jazdy na łyżwach, a zapominał o prowadzeniu krążka. Zresztą doskonale było widać, że z jego opanowaniem kandydat Komorowski radzi siebie znacznie lepiej. Bez większych problemów objeżdżał obronę kandydata Dudy i cierpliwie i zręcznie prowadząc krążek bez wysiłku strzelał w światło bramki interlokutora.


Widać było, że przewaga kandydata Komorowskiego rośnie, a kandydatowi Dudzie zaczyna brakować sił. To sprawiło, że jego gra zaczęła się sypać. Coraz częściej ruszał na bramkę kandydata Komorowskiego, ale tracił siły na jazdę między bocznymi bandami. Wydawać się mogło, że zatracił orientację i nie bardzo wie, gdzie jest bramka, do której chciał wbić krążek swego argumentu. Z upływem czasu kandydat Komorowski zyskiwał na pewności swych zagrań. Czuł, że przyjęta strategia jest świetnie skorelowana z obraną taktyką.


Trudno powiedzieć, że w związku z tym kandydat Duda czuł, że przegrywa. Nie, tego bym nie powiedział. To dobrze wytrenowany gracz. Odważny, konfrontacyjny, ale i przestrzegający fair play. Przez całą rozgrywkę trzymał nerwy na wodzy i sędziowie mieli bardzo niewiele pracy. Trzeba przyznać, że sędziowie także na wysokości zadania. Prowadzili tę rozgrywkę sprawnie i ze znawstwem swej roli. Obawiano się przed tym meczem, że pani red. Gawryluk i pan red. Ziemiec mogą sprzyjać kandydatowi Dudzie, bo wiedziano, że jego styl prowadzenia gry bardziej im przypada do gustu. Ale okazali się profesjonalistami z prawdziwego zdarzenia, czego nie mogę nie podkreślić.


Ta pierwsza rozgrywka (we czwartek, 21 bm. odbędzie się druga) pokazała jednoznacznie, że polityki nie da się nauczyć z książki, aczkolwiek ich czytanie z pewnością nie zaszkodzi. Pokazała też, że w polityce doświadczenie i znajomość materii, z której jest szyta jest bezcenna. To zresztą, jak w hokeju. Tu też, sama umiejętność jazdy na łyżwach, nawet gdy się wie jak trzymać kij nie na wiele się przyda, gdy – choć wiadomo, co jest celem i gdzie on jest, niczym bramka na hokejowym boisku – nie bardzo jeszcze umie się tak przyłożyć z forehandowej czy backhandowej klepki, że krążek znajdzie drogę do bramki.


I CO TERAZ? Jak to, CO? Jeden zero dla Bronka! Ale trzeba pamiętać o rozgrywce/debacie numer DWA! Jędrek z pewnością nie odpuści….


MAREK J. ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl


 


Zadufanie i nieporozumienie – 12.05


No, po ogłoszeniu przez PKW wyników I tury wyborów, w sztabie Andrzeja Dudy zapewne dało się zauważyć uchodzące powietrze, a w sztabie Bronisława Komorowskiego ujrzano światełko w tunelu. Bo niespełna jednoprocentowa różnica u tych pierwszych nieco przytemperowała euforię, a u tych drugich pozwoliła odrobinę unieść smętnie zwieszone głowy po niedzielnym exit pollu.


To, że Andrzej Duda, tryumfator I tury będzie kontynuował dotychczasową kampanię dziwić nie może. Okazało się bowiem, że może on absolutnie bezrefleksyjnie opowiadać duby smalone, zgodnie z formułą Jacka „Niesforne BMW x5” Kurskiego, cynika nad cynikami, zgodnie z którą „głupi lud to kupi”. I kupuje. I to jak kupuje?! To są miliony, którym – wbrew zapisom konstytucji (a kto to czyta…) – Andrzej Duda wmówił, że jako prezydent będzie mógł nawet przemieniać wodę w wino i wszystkich uczynić szczęśliwymi, zdrowymi, ładnymi i bogatymi. A że na dobrą sprawę nie będzie miał prawa nawet wymienić żarówki w żyrandolu, którego jako prezydent jest tylko strażnikiem wg opinii Donalda Tuska, o to mniejsza, bo świadomość kompetencji prezydenta jest praktycznie – co wykazała kampania – żadna wśród owych milionów jego wyborców.


Ale cóż, takie jest zbójeckie prawo każdego kandydata… Wszak od pradawnych czasów wiadomo, że program wyborczy to jest zapis tego, czego akurat zwycięski kandydat/partia nie zrobią, gdy już upragnioną władzę zdobędzie/ą. I rola kandydata, ubiegającego się o reelekcję, właśnie dlatego jest znacznie trudniejsza, jeżeli ma on w sobie choć krztynę uczciwości. I dlatego Bronisław Komorowski, świadomy kompetencji na sprawowanym przez siebie urzędzie i będąc w gruncie rzeczy człowiekiem uczciwym i politykiem odpowiedzialnym, nie mógł opowiadać o gruszkach na wierzbie. Tym bardziej, że miał chyba w pamięci, co spotkało i nadal spotyka polityka, który swego czasu uznał, że jeżeli kierowana przez niego formacja zechce, to i owe gruszki wyrosną tam, gdzie nigdy dotąd wyrosnąć nie mogły…


Tak, tym politykiem jest Leszek Miller, autor spektakularnej klęski dr Magdaleny Ogórek, kandydatki wymyślonej przez siebie i narzuconej swojej partii. Już następnego dnia po tej klęsce, Leszek Miller stwierdził, że jego kandydatka nie była jego kandydatką i jako taka nie mogła być kandydatką SLD. A co za tym idzie, wszelkie zarzuty związane z jej klęską, a kierowane przeciw niemu, są bezzasadne, bo on nie ma sobie nic do zarzucenia. Prawdziwym sprawdzianem tego, czym jest SLD na polskiej arenie politycznej będą, zdaniem Millera, dopiero jesienne wybory parlamentarne, do których Sojusz będzie gotowy jak nigdy. I bardzo dobrze…


Jeżeli to przygotowanie będzie, takie jakie SLD zademonstrował w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem w wyborach samorządowych i teraz, w wyborach prezydenckich, to tylko powinszować, a sztandar trzeba będzie wyprowadzić. Musi zatem dziwić samozadowolenie Leszka Millera, bo jako polityk, ergo – mężczyzna, kończy on żałośnie. A przecież pamiętamy, co o zaczynaniu i kończeniu mówił przed laty w tym właśnie kontekście.


Zresztą a propos kończenia, to coś mi się wydaje, że zakończenie kampanii prowadzonej przez Bronisława Komorowskiego będzie jeszcze bardziej żałosne niż jej dotychczasowy przebieg… Już pierwszy jej dzień po sromocie z minionej niedzieli świadczy, że zarówno jego sztab, jak i sam kandydat nie zrozumieli kompletnie NIC z tego, co działo się w kampanii przed turą pierwszą i co stało się w pierwszoturową niedzielę wyborczą!


Oto, z samego rana, gdy kandydatowi Dudzie wystygły resztki kawy rozdawanej na stacji metra „Centrum”, albo nawet już się ona skończyła, kandydat Komorowski przeraził mnie i rozśmieszył do łez jednocześnie. Mimo porannego chłodu wybiegł był do ogrodu i wypalił niczym jego przodkowie z kartaczownicy, że a jakże – referenda to rzecz pyszna i on będzie teraz rzecznikiem ich przeprowadzania, a początek powinny dać referenda w sprawie JOWów, czyli jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu (do Senatu już wybieramy w tym trybie), likwidacji finansowania partii z budżetu państwa oraz zmian w systemie podatkowym, wprowadzających zasadę rozstrzygania wątpliwości prawnych na korzyść obywatela.


Wniosek w sprawie tego pierwszego może być już gotowy, gdy będziecie Państwo czytać ten tekst, a Senat ma 14 dni na podjęcie decyzji. Po czym, referendum musi się odbyć w ciągu 90 dni. I tu pojawia się pewien szkopuł, bo gdy referendum okaże się wiążące, tzn. weźmie w nim udział konieczna liczba obywateli i gdy większość z nich opowie się (a kysz, niedoczekanie!!!) za takim właśnie rozwiązaniem, to najbliższe wybory i tak odbędą się zgodnie z dotychczasowym porządkiem. Co to oznacza? Ano to, że już następnego dnia pojawią się oskarżenia, że to manipulacja, że oszustwo, ze to kpina, bo przecież było referendum, w którym „opowiedzieliśmy się” za JOBami – tfu! na psa urok – JOWami, oczywiście. A tu faktycznie, zamiast JOWów same joby, excuse le mot…


I pomyśleć, że tak doświadczony polityk dał sobą zagrać, a raczej na sobie zagrać, jak na jednostrunowej gitarze. Bo o ile finansowanie partii politycznych z budżetu państwa (dodajmy od razu – pozostających w kręgach władzy, bo inne niech sobie radzą same), czyli przez wszystkich podatników bez względu na to, czy sobie tego życzą czy nie, istotnie obywateli rozsierdza, nie mówiąc już o kompletnie porąbanym tym czymś, co na Świętokrzyskiej w Warszawie nazywają systemem podatkowym, to Kukizowa proJOWowość wynika z jego kompletnego braku przewidywania konsekwencji, gdy JOWy staną się faktem. A będą one, Panie Pawle, katastrofalne i całkowicie odmienne od tych, które Pan sobie wyobraża. Wszystkim zawojowanym przez JOWy polecam prześledzenie wyników wyborów w Wielkiej Brytanii. Tam np. partia, która zdobyła 13 proc. głosów, czyli więcej niż cztery lata temu zdobył Ruch Palikota, zdobyła… 1 mandat, słownie: JEDEN mandat spośród 650. A przypomnijmy, że dzięki proporcjonalności naszej ordynacji Ruch Palikota zdobył w Sejmie ponad 40 spośród 460 miejsc.


Jaki stąd wniosek? Nasuwa się jeden – JOWy w polskich warunkach w jeszcze większym stopniu sprawią, że polska scena polityczna stanie się jeszcze bardziej zabetonowana, niż jest dzisiaj. Stanie się więc absolutnie coś odwrotnego od tego, o czym marzy Paweł Kukiz. I dlatego też referendum w tej sprawie „pójdzie” na pierwszy ogień. I dlatego tak chętnie zostało to podchwycone. Bo JOWy, Panie Kukiz, pozwolą takie ugrupowanie, które Pan chce stworzyć, trzymać bardzo daleko od ustawodawczych instytucji państwa. Jest to zatem woda na młyn partii pozostających na scenie, dla reszty pozostają kulisy i kurz za nimi panujący. Jeszcze raz pozwolę sobie wskazać na to, co stało się cztery lata w wyborach do Senatu, w których obowiązywała właśnie zasada, że zwycięzca bierze wszystko, czyli ta, która stanowi fundament JOWu.


I CO TERAZ? Przerwa na reklamę. Zostańcie Państwo z nami, czyli z Decydentem.pl. Wracamy po przerwie, ale przed II turą! To pewne!!!


MAREK J. ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl


Śmiech i zgrzytanie zębów – 11.05


I stało się! Pierwsza tura za nami. Wynik? Zaskakujący składem i kolejnością tych, co na pudle. Od czego by tu zacząć ten komentarz, pisany przy wtórze kolejnego tsunami ględzenia i bredzenia w tzw. studiach wyborczych stacji telewizyjnych? A przecież jednocześnie na TVP Sport mecz Rosja – Słowacja w hokeja na lodzie w ramach Mistrzostw Świata… Ale niech tam. Niech jedni grają, a drudzy niech się unoszą na fali tsunami pustosłowia.


Oto, co mam do wystukania w kwestii sondażowych wyników I tury wyborów prezydenckich AD 2015:


Stało się to, co stać się po prostu musiało, czyli katastrofa ubiegającego się o reelekcję Bronisława Komorowskiego. Bo katastrofą była jego kampania przedwyborcza. Katastrofę zapowiadał już sam skład jego sztabu i narzucony przezeń kształt kampanii. Zresztą same pojęcia „sztab” i „kampania” mające absolutnie militarne pochodzenie okazały się adekwatne do tego, o czym prezydent Komorowski i jego akolici ze szczególnym uwzględnieniem prof. prof. Kozieja i Kuźniara rozprawiali bez przerwy. „Zagrożenie”, „wojna”, „armia”, „rakiety”, czołgi”, „zbrojenia” i wiele innych słów z zakresu wojskowości odmieniano we wszystkich przypadkach i do znudzenia. A co na to wyborcy?


Wyborcy, Panie Prezydencie, odmierzyli Panu na łokciu!!! Bo właśnie to oznacza przekroczenie ledwo, ledwo 30 proc. poparcia, co oznacza, że roztrwoniono zimnowojennym bredzeniem ponad dwukrotnie większe poparcie sprzed niespełna dwóch miesięcy. To też jest przekreślenie ciągłego wekslowania dyskusji i wypowiedzi, a wręcz jej zamykania w trójkącie NATO-Unia-Ukraina! I NATO, i Unia, i Ukraina odmieniane były przez wszystkie przypadki, jakby w Polsce i dla Polaków nie było ważniejszych spraw! Jakimś koszmarem było i to, że kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego skupiła się na wmawianiu wszystkim, że futrowanie armii złomem do zabijania jest najważniejszą sprawą dla Polaków i Polski. Tak nie jest, Panie Prezydencie!!! Wyborcy stawiają na swego kandydata nie dlatego, że nieustannie bredzi o zagrożeniach i czających się „zielonych ludzikach”, ale dlatego, że zapewni on im święty spokój. A ten, Panie Prezydencie, nie ma ceny!


To po pierwsze. Po drugie wygrana Andrzeja Dudy… Jeszcze przed oficjalnym startem kampanii wyborczej byłem przekonany, że kandydat PiS, wyciągnięty z kapelusza przez Jarosława Kaczyńskiego, uzyska te plus-minus 30 proc., ale jednocześnie byłem przekonany, że nie wystarczy to nawet na drugą turę, że Bronisław Komorowski wygra w pierwszej z niewielkim przekroczeniem 50 proc. głosów. Stało się inaczej. Duda wygrał, ale dlatego, że sromotnie przegrał Komorowski i dlatego, że pojawił się Paweł Kukiz oraz dlatego, że większość wyborców została w domach.


Andrzej Duda nie porwał elektoratu, nie powiększył tradycyjnego środowiska PiS. Tu się nie myliłem, bo blisko 90 proc. tych, którzy na niego głosowali to ci, którzy pięć lat temu poparli Jarosława Kaczyńskiego. Nie znaczy to, że nie doceniam kampanijnego trudu pisowskiego zwycięzcy pierwszej tury, ale nie myślę, aby ten sukces był do powtórzenia w turze drugiej. I tyle w tej kwestii.


A teraz Paweł Kukiz… Jego ponad 20 proc. głosów w pierwszej turze sprawił, że zaniemówiłem, choć byłem pewien, że miejsce na pudle ma pewne z poparciem kilkunastu procent. Ale przekroczenie 20 proc.?!?!?! Uważam, że Paweł Kukiz był dla wyborców – wbrew pozorom – kandydatem najbardziej rozpoznawalnym zaraz po Bronisławie Komorowskim. A dla wielu osób w wieku poniżej trzydziestki był kandydatem nie tylko tzw. pierwszego, ale w ogóle jakiegokolwiek wyboru. Skoro tak, to jego wyborcy za dwa tygodnie zostaną w domu. Bo nie jest prawdą, że Kukiz zebrał te 20 proc. z uwagi na swoje fixum dyrdum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych! To dla znakomitej większości jego wyborców było sprawą doskonale obojętną. Oni poszli na wybory dla jaj, bo Kukiz tak im się kojarzy, bo go znali nie zza mównicy i nie jako rozprawiającego w studiach radiowych i telewizyjnych o sprawach państwa. Oni go znali z radia i telewizji, ale jako muzyka, autora, lidera kapel muzycznych. Oni byli jego fanami i oni na niego oddali głos, bo Paweł Kukiz, to był dla nich KTOŚ! Ktoś, kogo uznali za swego funfla ze skwerku. A politykę mieli – excusee le mot – w dupie!!!


No i na zakończenie plankton pierwszej tury… To, że postawienie przez Leszka Millera na Magdalenę Ogórek będzie katastrofą było oczywiste w sekundę po ogłoszeniu, że to ona będzie kandydatką SLD. To po prostu żałosne i dla Leszka Millera, i dla samego Sojuszu. Jeżeli SLD chce pozostać w składzie przyszłego parlamentu, to Włodzimierz Czarzasty powinien już jutro zastąpić Leszka Millera. Każdy dzień pozostawiania mu kierownictwa partii oddala ją od mandatów w jesiennych wyborach!


Pierwsza tura pokazała, że pomysł PSL z Jarubasem, jako kandydatem był pomysłem absolutnie poronionym. O co chodziło Januszowi Piechocińskiemu, który na niego postawił, dalibóg, nie wiem. A jego wypowiedzi po ogłoszeniu sondaży powyborczych dowodzi, że Janusz staje się Jasiem, bo coraz mniej rozumie z polityki. Jego imiennik i człowiek, który przed czterema laty „przebił sufit” politycznej niemożności osiągnął dno. Janusz Palikot jeżeli chce jeszcze funkcjonować w polityce, musi otrząsnąć się po tym bardzo, bardzo zimnym prysznicu i bardzo głęboko zastanowić się, co zrobić ze sobą. O pozostałych sześciu kandydatach nie napiszę ani słowa, bo nawet jednego szkoda!


I CO TERAZ? Jak to CO? Druga tura!!!


MAREK J. ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl


 


Ględzenie nad urnami – 7.05


Tytułowe „ględzenie” zastąpiło „bredzenie”, które jako pierwsze przyszło mi do głowy jako składnik tytułu. Uznałem jednak, że „ględzenie” będzie delikatniejsze. Proszę jednak mieć to wyjaśnienie na uwadze, czytając to co niżej…


Od dwóch miesięcy z okładem jesteśmy bez przerwy poddawani młócce werbalnej, którą futrują nas wszyscy ci, którzy albo sami, albo przez swoich akolitów, atakują nas w związku z ich kandydowaniem w wyborach prezydenckich. Ilość bredni, która nas przy tej okazji zalała nie miała może niszczycielskiej siły tsunami, ani takiegoż trzęsienia ziemi, ale że była rujnująca świadomościowo, to więcej niż pewne!


Ubiegający się o reelekcję Bronisław Komorowski, nie skorzystał – niestety – z mojej rady, aby oświadczyć na samym początku tzw. kampanii wyborczej, że takowej jako urzędujący prezydent prowadził nie będzie i ruszył – niestety, że powtórzę – w Polskę… I się zaczęło! Ta kampanijna wyprawa przypominała raczej zjazd z góry na saneczkach, bo im więcej kilometrów było na liczniku „Bronkobusu”, tym większy spadek poparcia odnotowywał kandydat Komorowski. Ciągłe opowiadanie (czyt. ględzenie, albo i bredzenie) o Unii Europejskiej, o NATO, o Ukrainie, o bezpieczeństwie państwa i to tonem nieznośnie usypiającym musiało tym właśnie skutkować. Ani sam kandydat, ani najpewniej nikt z jego otoczenia wyborczego (zapewne w obawie przed „gniewem” kandydata) nie reagował na to, że wyborcy przestali nawet udawać znużenie. A wniosek jeden – o ile na początku roku byłem gotów postawić worek dolarów przeciw jednemu orzechowi na to, że wybory skończą się zwycięstwem Bronisława Komorowskiego w pierwszej turze, o tyle na 72 godziny przed tąże, stawiam, co prawda na jego bezpieczne zwycięstwo, ale w turze drugiej i tylko z ledwo kilkuprocentową przewagą nad  Andrzejem Dudą.


Co do pozostałej dziewiątki kandydujących, to nie było dnia, aby nie przecierać oczu ze zdumienia, aby nie parskać śmiechem albo nawet zawstydzić się tym, co też owi kandydujący wygadywali. Dali oni tym dowody na to, że albo nie mają pojęcia o jaki urząd się ubiegają, albo powinni natychmiast skorzystać z porady specjalisty od określonych schorzeń, albo też nie spostrzegli, że ich czas minął. To ostatnie dotyczy Janusza Palikota, który miał jeszcze nie tak dawno złoty róg, a dzisiaj nie ostał mu się nawet sznur!


Miałem też nadzieję, zdając sobie sprawę z jej płonności, że kandydaci Ogórek, Jarubas i Palikot wycofają się przed I turą, wskazując swoim potencjalnym wyborcom Komorowskiego, jako tego, na którego powinni oddać swe głosy. Palikot, bo byłby zgodny z głoszoną przez siebie „odpowiedzialnością za państwo”. Ogórek i Jarubas, bo wiedząc o braku szans choćby na przejście do II tury, a zdobywszy popularność i stawszy się rozpoznawalnymi, hmm… politykami – mogliby uznać, że „swoje” zrobili i „swoje” ugrali, ale… No, właśnie…


A w tle działo się, że ho, ho… Ot, choćby to, co James Comey, szef FBI palnął podczas swego wystąpienia w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu, oskarżając Polskę o to, że wraz z Węgrami była „wspólnikiem” Niemiec w mordowaniu Żydów. Nasz ambasador zaprotestował, nasz minister spraw zagranicznych wezwał ambasadora USA „na dywanik”, a red. Jacek „Sumienie Narodu” Żakowski zadał w „Polityce” pytanie: „A czy tak właśnie nie było?”


Co jakiś czas to tu, to tam, choć zwykle raczej tam, pada kilka słów, na które tu, nad Wisłą reagujemy mniej lub bardziej oficjalnie, ale zawsze z oburzeniem. Jaki jest tego skutek? Uważam, że żaden! Ktoś tam coś palnie, nie przymierzając niczym anegdotyczny gajowy o drzewo, my wybuchniemy jedynie słusznym oburzeniem, żądając przeprosin, co je, bardziej lub mniej (raczej mniej), szczere wymusi, my w triumfie rzucimy już wyrozumiale spojrzenie i… I do następnego „niefortunnego” skrótu myślowego, przejęzyczenia, niezrozumienia etc. My w tedy znowu się oburzymy i zażądamy, oni znowu rzucą „przepraszam” i…


Wygląda mi to na rodzaj zabawy złośliwego, ale i cwanego dziecka z opiekunem. Albo nawet na powtarzanie w nieco zmodyfikowanej formie znanego eksperymentu przeprowadzonego przez rosyjskiego uczonego Iwana Piotrowicza Pawłowa, dowodzącego istnienia odruchów warunkowych. Modyfikacja tego eksperymentu polega na tym, że psa Pawłowa zastąpiono nami (Polską, Polakami). A co ciekawe, okazuje się, że my reagujemy identycznie, jak ten pies. Wystarczy, że gdzieś tam ktoś zestawi ze sobą słowa Holocaust i Polska lub do słowa „obozy” doda „koncentracyjne”, a my zaczynamy strzyc uszami, marszczyć brwi i… powarkiwać, a raczej skomleć. A dajmy sobie z tym spokój, bo to nic nie daje i nic tego nie zmieni dopóty, dopóki my nie zmienimy naszego postępowania. Dopóki sami nie przestaniemy szukać naszych win i bić się w piersi nie za swoje winy!


A skoro zahaczyłem o wojnę, to nie sposób nie wspomnieć o dniu zakończenia II wojny światowej. Gdy siedzę i poluję na komputerowe czcionki, Polska staje się najważniejszym miejscem na świecie i w okolicach, bo na Westerplatte rozpoczynają się uroczystości z okazji 70 rocznicy zakończenia II wojny światowej, a do Polski przylatują wszyscy. To z inicjatywy prezydenta Bronisława Komorowskiego Polska dzisiaj miała być najważniejsza, bo to tu, na polskiej ziemi, mieli zjawić się wszyscy możni polityki światowej!


Niestety, tak się nie stało. Wiekopomna inicjatywa prezydenta, narodziła się przy Krakowskim Przedmieściu zapewne za poduszczeniem prof. prof. Kuźniara, Kozieja i Nałęcza.  Polegała ona na tym, aby na Westerplatte zorganizować coś, co miało utrzeć nosa prezydentowi Putinowi i odrzeć Moskwę ze złudzeń, że zwycięska rocznica przypada, jak chcą na Kremlu, 9 maja. Jak zapowiadał prof. Kuźniar jakiś miesiąc temu w radio TOK FM lista znakomitości zaproszonych i obecnych miała nie mieć wprost końca… Profesorska tromtadracja została przykładnie ukarana, jak i nieprzemyślana do końca prezydencka inicjatywa. Ze „znakomitości” na Westerplatte mają być przewodniczący ONZ (konia z rzędem temu, kto wie jak się ów dżentelmen nazywa), prezydent Poroszenko i… były prezydent Niemiec, że o prezydentach Litwy i Łotwy (państw będących w latach wojny „wspólnikami Niemiec”, że odwołam się do terminologii szefa FBI, Comeya) nie wspomnę. I co? I NIC! Tak NIC pisane właśnie wielkimi literami, bo i tak oczy rządzących całego świata będą 9 maja wpatrzone w Plac Czerwony w Moskwie, gdzie jak co roku tego dnia odbędzie się defilada wojskowa, którą nasi tzw. politycy i tzw. dziennikarze określą zapewne „demonstracją siły”, „pokazem agresywnej postawy”, „tęsknotą za mocarstwowością”, „wizerunkiem potęgi na glinianych nogach” itp. itd.


Nasza pamięć o tym, co wiąże się z ostatnią wojną staje się coraz krótsza, o czym w najnowszym numerze tygodnika „Przegląd” pisze prof. Adam Koseski. Czy może dojść do tego, że ciemiężyciele i ludobójcy w naszej historii będą wywodzić się tylko z jednej strony świata? Oby nie, choć nasza tzw. polityka historyczna, a w zasadzie jej brak, bo zamiast niej serwuje nam się coraz częściej politykę ahistoryczną.


I CO TERAZ? Życzmy sobie cierpliwości. Pozwoli ona przetrwać tę i wiele innych fal ględzenia, które wydaje się być coraz bardziej nieustające. Niestety…


MAREK J. ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl

W wydaniu nr 162, maj 2015, ISSN 2300-6692 również

  1. KLĘSKA BRONISŁAWA KOMOROWSKIEGO

    Nikt stał się kimś - 24.05
  2. KONFEDERACJA LEWIATAN

    Rosną płace realne - 20.05
  3. NOWY JORK, LONDYN, PEKIN

    Stolice świata sztuki - 18.05
  4. KWARTAŁ ZŁOTA

    Kupujemy mniej biżuterii - 15.05
  5. WIATR OD MORZA

    Boża ingerencja - 21.05
  6. LEKTURY DECYDENTA

    Czas Kondora - 8.05
  7. WYŁUDZONE ZWYCIĘSTWO KONSERWATYSTÓW

    David Cameron zachował pracę premiera - 8.05
  8. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Poniedziałek, 25.05 – Big in Poland
  9. A PROPOS...

    ...bohaterów narodowych - 21.05
  10. W OPARACH WIZERUNKU

    Neofici - 4.05
  11. I CO TERAZ?

    Jak to, co? Pakowanie - 26.05
  12. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Pilne sprawy - 26.05
  13. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Dyskretny urok arystokracji - 24.05
  14. PREKURSORZY MEDYCYNY cz. 1

    Mistrz Leonardo i inni - 4.05