Established 1999

I CO TERAZ?

2 kwietnia 2015

W tumanie zaklęć - 20.04

Brniemy w zaklinanie rzeczywistości. Choć niewypowiadane, to jednak ciągle przewijają się zaklęcia – pisze Marek J. Zalewski.

Trochę pochodziłem po Warszawie i tak zupełnie mimochodem, jakby po drodze, doszedłem do wniosku, że skoro działo się jeszcze to i owo, to trudno przejść nad tym wszystkim – jak to się mówi – do porządku dziennego….


No bo przecież w Tunisie, stolicy Tunezji, dwóch/trzech muzułmańskich szaleńców pomyliło bank z muzeum i wdarłszy się między zgromadzone tam mozaiki, zastrzeliło kilkudziesięciu turystów, w tym troje z Polski. Szok! Bo Tunezja – jak jednym chórem ryknęli wszyscy odpytywani tzw. eksperci i tzw. dziennikarze ze światowym doświadczeniem – uchodziła ZAWSZE za najbezpieczniejszy kraj Afryki Płn… No taaak… Moja babcia od małego przestrzegała mnie przed niekontrolowanym używaniem słów zawsze i nigdy. No taaak, ale nie każdy z owych tzw. ekspertów i tzw. dziennikarzy ze światowym doświadczeniem nie był wnukiem/wnuczką mojej babci…


Ponieważ bez mała już jakieś pół stulecia przyglądam się dość świadomie temu, co dzieje się na świecie, to pamiętam, że na południowych i południowo-wschodnich brzegach Morza Śródziemnego były państwa, którymi przez dziesięciolecia rządzili twardą ręką ludzie – najczęściej wojskowej proweniencji – dzięki którym panował tam względny spokój, co przez całe lata nie przeszkadzało tzw. zachodniej cywilizacji, miłującej demokrację, pokój, a nade wszystko tzw. prawa człowieka. Ale, że w polityce, jak w ekonomii, gorsze wypiera lepsze, to starzy, sprawdzeni tamtejsi – nazwijmy ich otwarcie – dyktatorzy, czasami tyrani i to krwawi, znudzili się tzw. Zachodowi, a już szczególnie z powodu tego, że mieli oni za nic tzw. prawa człowieka i zasady tzw. demokracji, w których – jako się rzekło – rozkochani byli politycy tzw. Zachodu. Trzeba było coś z tym zrobić…


I zrobiono… tzw. arabską wiosnę! W jej wyniku tam, gdzie jeszcze nie tak dawno było w zasadzie cicho i spokojnie rozpętało się piekło, które przerodziło się w kompletny chaos. W ciągu tych kilkudziesięciu miesięcy, które minęły od wybuchu owej arabskiej wiosny (wybuchła właśnie w Tunezji) w krajach, które ogarnęła, zginęły dziesiątki tysięcy ludzi. I giną nadal! Mało tego, nie bardzo wiadomo, co będzie dalej.


To wie tylko red. Jacek „Sumienie Narodu” Żakowski, który w swoim felietonie w „Gazecie Wyborczej” 23 marca przyznał, co prawda, że „świat stał się niebezpieczny”, ale „od naszej reakcji na zamach w muzeum Budrum w dużym stopniu zależy, jak dalej pójdą tunezyjskie sprawy. Jeżeli turystyka padnie, to bieda i bezrobocie wzrosną, a z nimi frustracja, ksenofobia i (…) silniejsza stanie się społeczna baza terrorystów”. Więc, co? Więc, jak między wierszami radzi red. Jacek „Sumienie Narodu” Żakowski, należy jechać tam, gdzie jest niebezpiecznie, wakacjować beztrosko, aby osłabiać w ten sposób „społeczną bazę terrorystów”! No, brawo! Jedź Pan, Panie Jacku! Bierz Pan rodzinę i jedź Pan! Daj Pan przykład!


No po prostu, ręce opadają… Ale co tam, każde wydarzenie owocowało istnym festiwalem gadaniny i paplaniny. Ot, na przykład tematem nr 1 stały się… wilki, a raczej wilcy! Bo nie chodzi o watahę wader na czele z basiorem, czyli o najinteligentniejszego drapieżnika świata, ale o… rosyjskich motocyklistów, którzy swoją grupę nazwali „Nocnymi Wilkami”. I ci motocykliści postanowili uczcić 70. rocznicę zakończenia II wojny światowej w Berlinie, dokąd mają zamiar udać się swoimi motorami, a ich podróż ma być rodzajem motocyklowego rajdu. No i dobrze, ale ci „motocyklowi wilcy” zapowiedzieli, że trasa ich rajdu będzie prowadziła przez Polskę!


No i się zaczęło, bo się nagle okazało, że nie ma ważniejszej sprawy dla Polski i Polaków, jak ów rajd. A to dlatego, że ta grupa Rosjan w skórach i na motorach to – o zgrozo! – ludzie, którzy lubią i popierają swojego prezydenta! No, NIE! To dopiero skandal! Jak oni mają czelność go popierać?! I jak tacy „wilcy” mają czelność chcieć przejechać przez Polskę w drodze do Berlina? Podniósł się taki jazgot tzw. polityków i tzw. dziennikarzy, że to jedna wielka prowokacja Putina i przejaw – a jakże – aroganckiej i awanturniczej polityki Moskwy, i że absolutnie nie można pozwolić, aby ci „motocyklowi wilcy” wjechali do Polski w drodze do Niemiec!


Od kilku dni Polska nie ma ważniejszej sprawy, niż przejazd „Nocnych Wilków”. Były już – na całe szczęście – europoseł Kowal kilkakrotnie przy okazji różnych wypowiedzi zachłystywał się wręcz nienawiścią do owych zmotoryzowanych Wilków, uznając że wpuszczenie ich do Polski będzie dowodem słabości naszego państwa! Tzw. red. Marcin Meller, prowadzący w TVN24 program „Śniadanie Mistrzów”, zapowiadając niejako kolejną jego odsłonę, owych motocyklistów określał używając tylko jednego słowa: „bandyci”. A kilka dni wcześniej pani premier w radiu TOK FM stwierdziła, że ostateczną decyzję w sprawie tego, czy „Nocne Wilki” przejadą, albo nie przez Polskę, podejmie… celnik na granicy! No, pysznie! Ciekawe kto wyda temu celnikowi odpowiednie dyspozycje? Ciekawe, co zrobi ten nieszczęśnik, gdy na granicy zawarczy kilkadziesiąt maszyn „Nocnych Wilków”, a oczy „całej” Polski będą wgapiać się w jego plecy, niczym sroka w gnat…


Podobnie jest z Ukrainą, w którą wielu, nazbyt wielu tzw. polityków i dziennikarzy oraz wojskowych wgapia się z miłością i tkliwością w oczach, od roku z okładem, szczególnie… I pewnie ta tkliwość byłaby niewzruszona, gdyby nie ostatnia wizyta prezydenta Komorowskiego w Kijowie, której okrasą miało być Jego wystąpienie w tamtejszym parlamencie. I stało się; prezydent przemówił, odniósł się, zapewnił, zadeklarował, etc. i wrócił do Warszawy. Ale jeszcze w samolocie dowiedział się zapewne, że ledwo zamknęły się za nim drzwi ukraińskiego parlamentu, deputowani jednogłośnie przyjęli ustawę, wynosząca morderców-ludobójców do rangi bohaterów. Nie był to polityczny prztyczek, ale siarczyste plaśnięcie na odlew w polski policzek, albo – jak kto woli – głupią polską gębę. A co na to oficjalna Warszawa? Nic! Zniosła to z milcząca godnością, tłumacząc Ukraińców „szukaniem tożsamości narodowej”. Ale gen. Skrzypczakowi opadły łuski z oczu, o czym zapewnił w wywiadzie zamieszczonym w weekendowym wydaniu „Dziennika Gazeta Prawna”. Zapewnił w nim, że wycofuje się „ze wszystkiego”, co powiedział na temat Ukrainy, „na temat wsparcia tego kraju”!


Teraz czekam na reakcję gen. Packa i gen. prof. Kozieja. A liczę też, że na powrót spotka się z rozumem prof. Kuźniar. Cała ta trójka nawygadywała tyle bzdur o Ukrainie i dotyczących Ukrainy, że wołowej skóry byłoby mało, żeby to wszystko spisać. A spisać warto, aby potomnym wbić do głowy, czego w polityce należy unikać!


I CO TERAZ? A co ma być? Brniemy w zaklinanie rzeczywistości. Choć niewypowiadane, to jednak ciągle przewijają się, zaklęcia: A kysz! Apage satanas! Na psa urok! Brniemy w tumanie zaklęć…


MAREK J. ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl


 


Osaczeni paplaniną – 9.04


Głowa od tego puchnie, nudności człowieka męczą, a czasami pusty śmiech ogarnia, choć jest to też śmiech przez łzy. Dzień po dniu pada tak wiele słów… Tyyyle słów wypowiadanych z namaszczeniem, nadęciem, naburmuszeniem, ironią, satysfakcją, sarkazmem, przekąsem, czasami gniewnie, czasami żartobliwie, a czasami złośliwie… Istny słowotok, szkoda, że pustosłowia…


Niby tyle się dzieje, a mam wrażenie jakby nie działo się NIC, bo osoby, którym tzw. dziennikarze podsuwają mikrofony, albo których ustawiają przed kamerą są ciągle te same. Ale o to mniejsza… Ważniejsze jest to, że osoby te sprawiają – przynajmniej na mnie – wrażenie osób mocno ograniczonych, a jednocześnie niezwykle wprost zadowolonych z siebie. Dlaczego? Dlaczego są zadowoleni z siebie? Tego nie wiem, trzeba by było te osoby o to zapytać. Ale jestem przekonany, że współczesna psychiatria, a i psychologia, zna takie przypadki i ma na to swoją definicję, a medycyna określa taką przypadłość numerem choroby. A dlaczego sprawiają na mnie wrażenie ograniczonych i to mocno? A dlatego, że jeżeli nie wszystkie, to bardzo, bardzo wiele spośród nich powtarza ciągle to samo, dowodząc jednocześnie swej odporności na wszelkie racjonalne argumenty. Mimo to, tzw. dziennikarze przy byle okazji ciągną je za rękaw przed mikrofony i kamery ku mitrędze słuchaczy, widzów i czytelników. Tych ostatnich wówczas, gdy wypowiadane z namaszczeniem, niczym prawdy objawione, słowa stają się wyrazami na papierze…


Pokuszę się o krótki przegląd wydarzeń z kilku minionych tygodni, podczas których byłem pod wpływem apatii twórczej (nie mylić z twórczą apatią, bo ani ona sama, ani ktoś pod jej wpływem nic stworzyć raczej nie może), a które to wydarzenia stały się pożywką dla wymienionych wyżej. Były to wydarzenia, które można odebrać jako kolejne odcinki jakiegoś (najczęściej, niestety, koszmarnego) serialu…


I co my tu mamy?


Zacznę od nowych fragmentów nagrań z kokpitu Tu-154M, odczytanych przez specjalny zespół przy zastosowaniu najnowocześniejszych metod i takiejże aparatury. Gdy stenogram tego odczytu „przeciekł” (a jakże) do radia RMF od razu rozległ się nieznośny jazgot.


Jedni twierdzili, że to potwierdza, że to działanie polityczne, że to zakrawa na kpinę, że to jest godzenie w dobre imię, że to podważanie i ośmieszanie, że to skandal, że… Dajmy spokój. Ale, ale… Ale skoro jedni to, to co drudzy? Ci drudzy? Dokładnie to samo, tylko a rebours…


Pojawiło się oczywiście utyskiwanie na brak samolotów dla najważniejszych urzędników państwa i powtarzanie bredni, że pod Smoleńskiem inny samolot (czyt. nowoczesny i bardzo drogi, a przede wszystkim NIE rosyjski) nawet prowadzony w taki sam sposób na pewno by się nie dał zabić przez pilota-gamonia. Otóż, proszę wszystkich tokujących w tej sprawie – gdy pilot nie przestrzega procedur, to najnowocześniejszy i najdroższy samolot nie uchroni lecących nim od katastrofy!


Okazało się również, że chyba najważniejszą sprawą dla Polski i Polaków jest sprawa zapłodnienia in vitro, bo wreszcie Sejm ma przegłosować ustawę w tej kwestii. I znowu…


Jedni twierdzili, że to potwierdza, że to działanie polityczne, że to zakrawa na kpinę, że to jest godzenie w dobre imię, że to podważanie i ośmieszanie, że to skandal i potwarz, że… Dajmy spokój. Ale, ale… Ale skoro jedni to, to co drudzy? Ci drudzy? Dokładnie to samo, tylko a rebours…


Sąd skazał na trzy lata więzienia Mariusza Kamińskiego, byłego (na całe szczęście) szefa ABW za to, że przekombinował – mówiąc w skrócie – przy próbie skompromitowania Andrzeja Leppera, ówczesnego wicepremiera i ministra rolnictwa, wpuszczając go w maliny łapówkarskie.


Jedni twierdzili, że to potwierdza, że to działanie polityczne, że to zakrawa na kpinę, że to jest godzenie w dobre imię, że to podważanie i ośmieszanie, że to skandal i potwarz, że… Dajmy spokój. Ale, ale… Ale skoro jedni to, to co drudzy? Ci drudzy? Dokładnie to samo, tylko a rebours…


Podobno trwa też kampania przed majowymi wyborami prezydenckimi. Podobno, bo choć trwa i zajmuje, to zajmuje jakby mniej uwagi i miejsca. I bardzo dobrze, bo jest ona czymś, co kojarzy mi się z występem Cyrku „Warszawa” przed blisko 40 laty, kiedy to każdy, ale to każdy tzw. numer kończył się klapą… Podobnie jest z kolejnymi numerami prezentowanymi w Cyrku „Kampania prezydencka”. Mnie smuci tylko jedno. Smuci mnie, że Bronisław Komorowski zdecydował się prowadzić kampanię jako kandydat. Powinien był uciec się jedynie do złożenia oświadczenia, że będzie startował, ale kampanii jako takiej prowadził nie będzie, bo cokolwiek by zrobił w ramach pełnienia swego urzędu, to będzie mu się i tak zarzucać, że czyni to z myślą i w intencji swej reelekcji, więc rezygnuje, a całą sumę, którą jego sztab zebrałby na kampanię należy – jego zdaniem – przeznaczyć np. na stypendia dla najzdolniejszych uczniów i studentów. I takie oświadczenie powinno być odtwarzane w radiu i telewizji, jako jedyny faktyczny element kampanii wyborczej w ramach przysługującego każdemu kandydatowi czasu antenowego. Tak się, niestety, nie stało i Bronisław Komorowski „ruszył” w Polskę z kampanią. No i – niestety – co numer, to klapa…


Dziesiątka pozostałych kandydatów spotyka się, bywa, jeździ, przemawia, wygłasza, udziela, występuje, publikuje, atakuje… I co?


Jedni twierdzą, że to potwierdza, że to działanie polityczne, że to zakrawa na kpinę, że to jest godzenie w dobre imię, że to podważanie i ośmieszanie, że to skandal i potwarz… Dajmy spokój. Ale, ale… Ale skoro jedni to, to co drudzy? Ci drudzy? Dokładnie to samo, tylko a rebours…


I CO TERAZ? Ano, tak sobie wszyscy gadają i paplą… Na szczęście każde radio i każdy telewizor ma przycisk z funkcją „włącz/wyłącz” i każdy może z niego w taki lub inny sposób skorzystać, bo na szczęście nie ma obowiązku mieć odbiornik na „włącz”. Z kolei tzw. słowo pisane, czyli gazety i czasopisma, można obejść, obchodząc szerokim łukiem te miejsca, gdzie tzw. prasę sprzedają. Ulotek można ze wstrętem lub wzgardą nie brać, a od plakatów odwracać demonstracyjnie wzrok. To wszystko można, ale to nie uwalnia nas od myśli o tym, że gadanina i paplanina nas osacza. Niestety. Niestety tym bardziej, że NIC z niej nie wynika…


MAREK J. ZALEWSKI

W wydaniu nr 161, kwiecień 2015, ISSN 2300-6692 również

  1. UKRAIŃSCY OLIGARCHOWIE

    Kolejność dziobania - 8.04
  2. CATERING I GASTRONOMIA HOTELOWA

    Dobre prognozy - 8.04
  3. NA GRANICY SZLABAN

    Przejścia niet - 8.04
  4. LEKTURY DECYDENTA

    Czy obalić nasz system? - 27.04
  5. I CO TERAZ?

    W tumanie zaklęć - 20.04
  6. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Zachód i Rosja w jednym stoją domu - 5.04
  7. WIATR OD MORZA

    No pasaran! - 29.04
  8. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Sanktuarium - 20.04
  9. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Środa, 29.04 – Prosty świat
  10. A PROPOS...

    Mądre samoloty - 8.04
  11. W OPARACH WIZERUNKU

    Oportuniści - 1.04