Established 1999

I CO TERAZ?

2 stycznia 2015

Moja propozycja w sprawie CHF - 28.01

Dzisiaj krótko, ale – mam nadzieję – treściwie – pisze Marek J. Zalewski.

Banki powinny zostać przykładnie UKARANE za swoje złodziejskie postępowanie przy udzielaniu tzw. kredytów w CHF!


Od kilku dni pojawiają się różne pomysły i propozycje, jak „pomóc” tzw. frankowiczom. Według mnie wszystkie one są diabła warte, bo wszystkie starają się w jak najmniejszym stopniu ograniczyć ewentualne straty banków. Wygląda więc na to, że jest to tylko werbalny potok, który może i porwie nieszczęsnych „frankowiczów”, którzy mogą w jego propagandowym nurcie utonąć bez reszty… A przecież powinno chodzić o to, żeby złodziejskie banki dostały zasłużone baty!


Przypomnijmy, że NIKT z tych, którzy takie umowy wówczas zawierali nawet przez szybę nie zobaczył ani jednego franka szwajcarskiego, bo te kredyty były jedynie DENOMINOWANE w owych frankach. A na dodatek, owe banki stosowały kurs, jaki im się akurat podobał w danym dniu, dniu zapadalności czyli spłaty kolejnej raty kredytu, ukrywając oczywisty rozbój w biały dzień pod tyle niezrozumiałym, co i – jak się okazało – złowrogim w treści terminem SPREAD…


W jaki sposób zatem z jednej strony ulżyć OSZUKANYM tzw. frankowiczom, a z drugiej nauczyć banki szacunku i dobrych manier, aby określenie, że banki to instytucje zaufania publicznego znaczyło to, co znaczyć powinno ? Należy zatem zmusić je do zawierania TERAZ umów kredytowych w CHF, gdy kurs szwajcarskiej waluty jest wysoki w stosunku do złotego, a JEDNOCZEŚNIE wprowadzić zasadę, że kredytobiorca spłaca TYLKO taką kwotę, jaką otrzymał w złotych w dniu zawarcia umowy kredytowej.


Oznacza to, że teraz kredytobiorca, który zawarł przed laty umowę kredytową np. na 100 000 CHF, ale otrzymał w tym samym banku tyle złotych, ile mu wypłacono po zastosowanym przez bank kredytodawcę kursie, czyli np. 200 000 zł, to teraz bierze kredyt w wysokości +- 50 000 CHF, wymienia je w kantorze, wraca do banku, reguluje poprzedni kredyt, wpłacając złote. W ten sposób (pomijając kwotę, którą do tej pory spłacił) w jeden dzień reguluje zobowiązania i zamiast zamartwiać się o swoją przyszłość „wrzuca” na luz, bo do spłaty zostaje mu tylko połowa kwoty, którą wyłudził od niego przed laty złodziejski bank! A ponadto powodem do radości jest zupełnie inne, bo dużo niższe oprocentowanie tego nowego kredytu z uwagi na ujemny LIBOR w Szwajcarii.


Jeżeli jednak nie można banków zmusić do dawania dzisiaj kredytów we frankach, to od czego BGK, czyli Bank Gospodarstwa Krajowego? To ten bank powinien zorganizować taką właśnie akcję kredytową. To byłaby bardzo gorzka, ale konieczna i skuteczna nauczka dla złodziejskich banków, które niemal w świetle reflektorów dopuściły się rzeczy wręcz HANIEBNEJ, ograbienia swych klientów! Mało tego, taka akcja udowodniłaby, że państwo jest dla obywatela, że swego obywatela broni. A to mogłoby z kolei sprawić, że byłby to krok do odbudowania zaufania obywatela do państwa. Zaufania, które wyparowuje systematycznie, na co wskazują badania opinii, a czego potwierdzeniem jest także systematyczny spadek liczby tych, którzy biorą udział w wyborach!


MAREK J.ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl


Sorry, taki mamy kurs – 21.01


Frank szwajcarski nadal będzie hołubiony przez rząd, a raczej hołubione będą banki. Kredytobiorcom pozostaje zacisnąć zęby i spłacać znacznie wyższe i wyrażone w złotych raty, porzucić kupione na kredyt frankowy mieszkania i wyjechać w nieznane, albo za resztę pieniędzy kupić kawałek sznura i się powiesić.


A banki? A banki serdecznie swoich frankowych kredytobiorców pozdrawiają. Banki przez wiele, wiele lat uchodziły za instytucje zaufania publicznego. W głowie się nie mieściło ich klientom, że „pewne jak w banku” – tak głosiło znane powiedzenie, odnoszące się właśnie do zaufania – okażą się tylko jego zyski i sprawne wyprowadzenie swoich klientów w pole. A to właśnie od kilku ładnych lat się dzieje!


Osławione polisolokaty, a teraz kredyty denominowane w CHF… Jak właściwie było z tymi kredytami? Oczywiście, w żadnym banku nie kupowano szwajcarskich franków, aby pomachać nimi przed oczami klienta, który chce zaciągnąć „kredyt we frankach”. Właśnie „kredyt we frankach” to określenie oszukańcze, bo żaden klient nie dostał tych franków. „Kredyt we frankach” to jedynie skrót myślowy, bo we frankach był jedynie denominowany, co znaczy, że gdy ktoś chciał wziąć np. 1000 zł kredytu, to dostawał ten 1000 zł, ale w bankowej buchalterii zapisywano, że udzielono (kurs złotego z stosunku do franka szwajcarskiego oscylował wokół 2 zł w szczycie aprecjacji złotego) kredytu w wysokości 500 CHF. Dzisiaj te same 500 CHF denominowane w złotych są warte ponad 2000 zł!!!


Co to znaczy? Oto nagle okazało się, że po kilku latach sumiennego spłacania rat wielu frankowych kredytobiorców ma wobec banku większe, a raczej znacznie większe zobowiązania wyrażone w złotych, aniżeli wynosił cały zaciągnięty kredyt! I co? I NIC! Polskiego rządu nie interesuje los ponad 700 000 frankowiczów, bo – jak utrzymują niektórzy politycy i publicyści – sami oni są sobie winni. Przecież powinni brać kredyt w złotych. Może i racja, ale…


Ale w żadnym banku kredytobiorcy nie informowano o konsekwencjach zmian kursowych! Mało tego. Prowadzono kłamliwą kampanię reklamową kredytów denominowanych w obcych walutach, wskazując na oczywiste zyski dla kredytobiorcy, płynące z niskich stóp procentowych obowiązujących państwach UE, a należących do klubu euro, a szczególnie w Szwajcarii. Kredytobiorcom pokazywano palcem o ile mniejsza będzie rata kredytu denominowanego – NIE (!) zaciągniętego – w dewizach od tej samej wysokości kredytu zaciągniętego w złotych. O jakimkolwiek ryzyku, które może czaić się w przyszłości w bankach klientom nie mówiono ani słowa. Gdyby pokazano im na konkretnych przykładach, co może się wydarzyć, gdy CHF zdrożeje w stosunku do złotego, to nie można wykluczyć, że wielu kredytobiorców zdecydowałoby się na kredyt złotowy, a nie denominowany w walucie obcej. Przecież analitycy bankowi doskonale wiedzieli, że przy kursie 1:2 CHF do złotego, złoty nie tylko się nie umocni, ale nie ma szans, aby tak dobry dla siebie stosunek trwał i że w dość krótkim czasie niechybnie wzrośnie na korzyść CHF.


Zresztą, gdy okazało się, że kurs CHF może wzrosnąć, to wprowadzono przepis zakazujący bankom udzielania kredytów w walutach. A ten przepis powinien akurat dzisiaj przestać obowiązywać, bo dzisiaj, gdy kurs złotego jest tak wysoki w stosunku do CHF, bardzo opłaca się wziąć kredyt denominowany w CHF. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że w Szwajcarii stosowane są ujemne stopy procentowe, a zatem odsetki kredytowe są bardzo niskie. Jeżeli wzrosną, to na tyle nieznacznie, że nie będą miały większego wpływu na wysokość rat. A po drugie dlatego, że dzisiaj jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że złoty jeszcze bardziej potanieje w stosunku do franka szwajcarskiego, a jest bardzo możliwe, że złoty może zdrożeć. Ale dzisiaj, stawiam worek CHF przeciwko jednemu orzechowi, że nawet gdyby przepis o zakazie udzielania kredytów w dewizach został cofnięty, w żadnym banku nie można by było zaciągnąć kredytu denominowanego w CHF! Dlaczego? Ano dlatego, że oznaczałoby to oczywistą stratę dla banku, będącą odwrotnością dzisiejszych niepomiernych zysków!!


Dzisiaj banki umywają ręce od losu frankowiczów, a rząd podaje bankom mydełko Fa z ręczniczkiem! Dlaczego? Bo polskiego rządu kompletnie nie interesuje polski obywatel. Państwo polskie, polski rząd i Narodowy Bank Polski ma Polaków po prostu w d…ie! Właśnie w „Kropce nad i” u Moniki Olejnik Marek Belka, prezes NBP to potwierdził, wmawiając widzom, że gdyby wesprzeć frankowiczów, to banki mogą zacząć upadać! No, NIE!!! To kolejne kłamstwo! Banki mogą jedynie mniej zarabiać, a zarabiają MILIARDY rocznie. Na czym, na ludzkiej naiwności.


Przypomnijmy jeszcze, że w Polsce blisko 70 proc. sektora bankowego należy do zagranicznych banków, których centrale mieszczą się poza Polską. Zyski ich polskich firm wpływają na bilans central, a te na kurs ich akcji. Dzisiaj na kredytach denominowanych we frankach szwajcarskich tzw. polskie banki zarabiają krocie. To może chociaż na podatkach zyska polski budżet? A figa z makiem. Banki mimo olbrzymich zysków należą do firm płacących najniższe podatki, bo potrafią te zyski ukryć, opłacając np. jakieś usługi świadczone jakoby na ich rzecz przez zagraniczne centrale.


A tymczasem na Węgrzech frankowe trzęsienie ziemi zauważono, ale odczute nie zostało. Dlaczego? Ano dlatego, że rząd premiera Victora Orbana w zeszłym roku zmusił banki do przewalutowania kredytów dewizowych na forinty po średnim kursie z okresu ostatnich kilku lat. Mało tego, rząd Orbana wprowadził też tzw. opłatę transakcyjną dla banków, grożąc im jednocześnie znaczącymi konsekwencjami, gdyby próbowały przerzucić dodatkowy podatek na swoich klientów! I co? I jakoś – wbrew temu, co w podobnej sytuacji w stosunku do banków w Polsce wieszczył we wspomnianej „Kropce nad i” prezes Belka – żaden bank w kraju „bratanków” nie upadł. Tamtejsi bankowcy zagryźli wargi i to wszystko, co w geście protestu uczynili. W Chorwacji i Hiszpanii w ogóle nie brano pod uwagę bankowych protestów i nakazano im przewalutować kredyty denominowane w CHF na euro po kursie (UWAGA! UWAGA!) z dnia podpisania umowy kredytowej. I czy stało się coś? Upadł z tego powodu choćby najmniejszy bank? Nie, więc o jakim niebezpieczeństwie mówi prezes Belka?


Ale żeby postąpić, tak jak Orban, Rajoy czy premier Chorwacji trzeba być muchacha con cojones – jak mawiają latynosi – a pani premier Ewa Kopacz najwidoczniej ich nie ma, co dziwić nie może, ale że nie mają cojones członkowie jej rządu, prezes NBP i szef KNF, to akurat dziwne jest.


I CO TERAZ? Coś jednak zaczyna się dziać… Nawet szef KNF odnalazł swoje cojones, bo oto nagle, po wielu wypowiedziach, że nic się nie dzieje i nie ma potrzeby podejmować szczególnych kroków, powiedział, że nie wyklucza przewalutowania kredytów po kursie (UWAGA! UWAGA!) z dnia zawarcia umowy kredytowej. To byłaby prawdziwa rewolucja, ale zanim do tego dojdzie, a już słyszę wycie bankowej watahy, frankowiczom pozostaje wziąć na wstrzymanie, albo to, co napisałem w pierwszym akapicie. A nam wszystkim próbować TERAZ znaleźć bank, który udzieli nam kredytu denominowanego w CeHaeFach, bo TERAZ to byłby interes dla kredytobiorców, a dla banku niekoniecznie. I dlatego takiego kredytu nikt nikomu w kraju nad Wisłą nie udzieli, pomijając zakaz wprowadzony przez KNF w 2008 roku…


MAREK J. ZALEWSKI


Podsumowanie – 2.01


A co ma być? Stawiam worek dolarów przeciwko jednemu orzechowi, że ten swoisty festiwal kpiarstwa trwać będzie w roku 2015. No bo co innego, gdy po roku 2014 (DWA TYSIĄCE czternastym; to dla tych, którzy mimo upływu lat NOTORYCZNIE popełniają błąd, mówiąc od lat czternastu o roku dwutysięcznym którymś tam…) zostały jedynie stare kalendarze? Ale będzie to podsumowanie absolutnie indywidualne i jako takie z pewnością subiektywne.


Rok miniony nie różnił się od innych, bo przecież w każdym dzieje się coś spektakularnego, a zatem nie ma co 2014 (DWA TYSIĄCE czternastego, to dla tych… itd.) w jakiś sposób wyróżniać. Tak uważam! Bo to katastrofy i afery, skandale i osiągnięcia, sukcesy i porażki, zaskoczenia i rozczarowania zdarzały się tak samo, jak w każdym innym roku. To w kategoriach globalnych, bo w kategoriach indywidualnych mógł każdemu zapisać się w pamięci w sposób szczególny, zresztą jak każdy inny. Zajmę się tym, co w minionym roku przykuło moją uwagę…


Zacznę od tego, co miało charakter swoistego serialu. Swoistego, bo był to serial jedyny w swoim rodzaju, serial kpiarski. A był taki, bo opowiadał o tym jak jego bohaterowie kpią w żywe oczy z tych, którzy fundują im występ w tym serialu, a przez to stwarzają liczne możliwości kpienia z owych fundatorów, czyli nas, podatników.


Zaczęło się od afery w studiu nagraniowym ukrytym w warszawskiej restauracji „Sowa i Przyjaciele”, gdzie nagrano reprezentantów narodu, którzy w liczbie bliżej nieznanej, ale idącej w dziesiątki, zawzięcie dyskutowali o tym, co by tu zrobić, żeby „Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio”. Posilali się przy tym wyszukanymi potrawami, godnymi ważkości omawianych tematów i popijali jeszcze bardziej wyszukanymi trunkami, płacąc „godne” rachunki. I właśnie o te rachunki poszło. Ale bynajmniej nie o ich wysokość, ale o to, że regulowano je na dobrą sprawę pieniędzmi wyciąganymi z obywatelskiej kieszeni, bo pochodzącymi z budżetowej kasy. Przy okazji okazało się również, że wybrańcy narodu posługują się językiem, którego pod względem wulgarności nie powstydziłby się najbardziej wulgarny przedstawiciel marginesu społecznego. Ale i to, choć może niesmaczne i szokujące dla wielu, mnie nie zaskoczyło.


Zaskoczyła mnie natomiast absolutna dezynwoltura, z którą nagrani goście „Sowy i Przyjaciół” (a wcześniej restauracji „Amber Room”) komentowali sens samych spotkań, treść nagranych rozmów, samo menu i sposób zapłaty. Bo oto ludzie, którzy zapewne nigdy nie wydali swych prywatnych pieniędzy na posiłek przekraczający w cenie kilka rolek papieru toaletowego, nie czuli żadnych ograniczeń gdy płacili za to wszystko nie swoimi pieniędzmi.


To była oczywista kpina z tych, którzy jako podatnicy złożyli się na owe rachunki. Oczywistą kpiną były również tłumaczenia „wyczynów” sowich gości przez ich politycznych akolitów. Ale najbardziej zdumiało mnie to, że prób tłumaczenia podjęli się przedstawiciele mediów, czyli tzw. dziennikarze. Ci zajmowali się w zasadzie tylko tym, czy jedzący, pijący i ględzący o tym i o owym politycy i wysocy urzędnicy państwowi chlapnęli przy okazji coś obrazoburczego, a jeżeli tak, to co chcieli przez to powiedzieć. I bynajmniej nie chodziło im o wyjątkowo obrzydliwy język, którym się, hmm…, porozumiewali.


Jak się okazało, była to pierwsza odsłona tego kpiarskiego serialu. Drugą była hiszpańska wyprawa trzech PiSowskich „muszkieterów” z legitymacjami posłów (w tym jeden z legitymacją europosła), którzy polecieli samolotem, a do kasy Sejmu sięgnęli po tzw. kilometrówkę, jakby na Półwysep Iberyjski pojechali samochodami, co oznaczało, że każdy (poza europosłem) wyłudził ponad 2.5 tys. zł.


Kpiną w żywe oczy było ich tłumaczenie tego jawnie oszukańczego wyczynu tym, że skoro posłowi przysługuje miesięczny ryczałt na podróże samochodem, to nie jest ważne, że tę podróż odbywa on samolotem, na wrotkach, rowerem, czy „na łebka”, bo przecież „Sejm na tym nie traci”, jak mówił poseł Hofman, zaskoczony tym, że ktoś mu coś zarzuca w tej kwestii i ma czelność zadawać niewygodne pytania i poddawać w wątpliwość „oczywiste” prawo do korzystania z ryczałtów.


Zrobiło się nieprzyjemnie… W związku z tą awanturą marszałek Sejmu, Radek Sikorski, zarządził audyt kilometrówek posłów. I co się okazało? Okazało się, że wypłacanie tzw. kilometrówek jest nagminne, żeby nie powiedzieć powszechne. To jeszcze nic, ale okazało się też, co zresztą było do przewidzenia, że posłowie prawo do owych kilometrówek traktują jak oczywisty dodatek do uposażenia, który należy im się niczym psu buda, a nawet jeszcze bardziej. Okazało się, że posłowie sami dla siebie ustanowili prawo do nich niczym go nie ograniczając. Skutek? O ryczałt związany ze „zwrotem kosztów podróży wykonywanych własnym samochodem w związku z wykonywaniem obowiązków poselskich” – jak to się oficjalnie nazywa – występowali posłowie nie tylko nie mający własnych samochodów, ale i tacy, którzy nie mieli nawet prawa jazdy! Mało tego, o maksymalne kwoty ryczałtu z tego tytułu występowali i ci posłowie, którzy będąc jednocześnie wysokimi urzędnikami państwowymi (np. ministrowie i wiceministrowie) i korzystający z aut służbowych nierzadko z kierowcą! Ale i tego mało… Okazało się bowiem, że jednym z „kilometrówkarzy” jest sam obecny marszałek Sejmu, Radek Sikorski, który w okresie siedmiu lat, gdy był ministrem spraw zagranicznych zgarnął w postaci owego ryczałtu blisko 80 000 zł! A przecież powszechnie wiadomo, że Radek Sikorski jest człowiekiem, który niechętnie otwiera sam sobie drzwi, a co dopiero sam prowadzi swój własny samochód, pomykając po drogach Najjaśniejszej bez przysługującej mu świty.


Wywołało to oczywiste pytania, które spotkały się z kolejną odsłona kpiarskiego serialu. Bo WSZYSTKIE tłumaczenia miłujących kilometrówki były oczywista kpiną i obrazą inteligencji tych wszystkich, którzy zasadność owych kilometrówek poddawali w wątpliwość. A przecież powstaje jeszcze jedno pytanie – czy posłowie hojnie „wykilometrówkowani” – odprowadzili od tych kwot należny podatek? Bardzo jestem ciekaw… A tak po prawdzie, to tego rodzaju „zwrot kosztów” winien przysługiwać tylko posłom zawodowym. Bo skoro ktoś decyduje się piastować mandat posła za diety jako dodatek do swych normalnych zawodowych obowiązków, to znaczy, że godzi się na mniej praw niż tzw. poseł zawodowy, który pełnieniu mandatu poświęca się bez reszty. Poza tym, jak to się dzieje, że tam, gdzie wykuwa się państwowość z pełną dezynwolturą i ambiwalencją postępuje się z publicznymi pieniędzmi?! Pokrętne z jednej i pełne bezradności z drugiej strony tłumaczenia tego oczywistego bałaganu była kolejną odsłoną kpiarskiego serialu, który przyszło mi oglądać w dopiero co minionym 2014 (DWA TYSIĄCE CZTERNASTYM, a NIE dwutysięcznym czternastym – to dla tych, co itd..) roku.


A nie była to odsłona ostatnia… Bo kolejną była sprawa związana z różnego rodzaju odprawami wypłacanymi tym, którzy zmieniali pracę. Ot, np. odprawa dla pani Marii Wasiak, która zamieniła fotel wiceprezesa PKP z uposażeniem ok. 40 000 zł miesięcznie na fotel ministra infrastruktury z wynagrodzeniem TRZYKROTNIE mniejszym! Odchodząc z PKP dostała blisko PÓŁ MILIONA zł tytułem odprawy! Jak to? Przecież nikt pani Wasiak pracy w PKP nie pozbawił nagle i niespodziewanie. Przecież z pracy w PKP zrezygnowała z własnej woli. To z jakiej racji odprawa? Wszak stara prawnicza zasada (a pani Wasiak jest prawnikiem) głosi, że chcącemu nie dziej się krzywda. A skoro pani Wasiak, czy ktokolwiek inny, porzuca lepsze warunki pracy i płacy, godząc się na gorsze, to z jakiej racji odprawa? Kto i kiedy zdecydował w PKP o tym, że obowiązują tam tego rodzaju kontrakty, które przewidują wypłatę olbrzymich odpraw nawet w wypadku, gdy ktoś dobrowolnie rezygnuje z pracy i płacy?!


To kolejna odsłona kpiarskiego serialu, którego autorzy i wykonawcy kpią z ludzi w sposób aż nadto oczywisty! I nie zmienia w niczym kpiarskiej wymowy to, że pani Wasiak przekazała swą odprawę na cel charytatywny. Bo kpiną ze społeczeństwa, a nawet z państwa jako formy tegoż społeczeństwa organizacji, było w minionym roku wszystko to, co wyżej wspomniałem. Bo mieliśmy wszyscy do czynienia z łamaniem innej zasady, wchodzącej w skład fundamentu prawa, a mówiącej o tym, że „nikt nie może być sędzią we własnej sprawie”. Tymczasem posłowie sami sobie wyznaczają reguły i sami siebie z przestrzegania tych reguł osądzają. Podobnie jak w PKP, gdzie zarząd sam dla siebie przygotował treść kontraktów i ich zawarciem tłumaczył później to, że musiał wywiązać się z zawartych w nich zapisów! Czy to nie kpina?!


I CO TERAZ? A co ma być? Stawiam worek dolarów przeciwko jednemu orzechowi, że ten swoisty festiwal kpiarstwa trwać będzie w roku 2015 (DWA TYSIĄCE PIĘTNASTYM, a NIE dwutysięcznym piętnastym – to dla tych, co… itd.). Niebawem zaproszę Szanownych Państwa do lektury mego felietono-komentarza, w którym albo jeszcze powspominam to, co minęło, albo dam już temu spokój i zajmę się wróżeniem z fusów, czyli przewidywaniami tego, co może wydarzyć się i z jakim skutkiem w tym roku, w którym życzę Państwu po prostu RADOŚCI!


MAREK J. ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl

W wydaniu nr 158, styczeń 2015, ISSN 2300-6692 również

  1. NASZA SŁUŻBA ZDROWIA

    W ogonie Europy - 29.01
  2. BIZNESOWE DYLEMATY

    Mówiły jaskółki, że jakie są spółki? - 27.01
  3. RYNEK DZIEŁ SZTUKI

    Były rekordy, a co nastąpi? - 26.01
  4. WHISKY PIJMY WOLNIEJ

    Bo za cztery lata jej zabraknie - 22.01
  5. NIE UFAJ BANKOM

    Pieniądze deponuj pod materacem - 22.01
  6. A PROPOS...

    Szczypiorniak w Katarze - 30.01
  7. CENY KRUSZCÓW

    Bo srebro i złoto to nic, chodzi o to... - 13.01
  8. OPŁATY PÓŁKOWE

    Prawo po stronie przedsiębiorców - 12.01
  9. WIATR OD MORZA

    Indie w Polsce - 16.01
  10. MIESIĘCZNIK "ZNAK" NR 716

    Znakowe inspiracje - 9.01
  11. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Majstersztyk noblisty - 26.01
  12. PRO PUBLICO BONO

    Kreowanie trwałych zmian społecznych - 2.01
  13. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Piątek, 30.01 – Kompleksy nauki
  14. W OPARACH WIZERUNKU

    Samozaprzaństwo - 2.01
  15. I CO TERAZ?

    Moja propozycja w sprawie CHF - 28.01
  16. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Tworzenie historii na nowo - 19.01
  17. LEKTURY DECYDENTA

    Kobiety Konfucjusza - 2.01