Established 1999

I CO TERAZ?

3 listopada 2014

Powyborczy rwetes - 24.11

A jakże by inaczej? – pisze Marek J. Zalewski.


Wszak bez pohukiwań i oświadczeń, połajanek i oskarżeń, pomówień i obelg oraz wszystkiego innego z obrazoburczego arsenału, dopiero bez tego wszystkiego wybory w Polsce byłyby nieważne, albo nawet, że ich wcale, ale to absolutnie nie było! Skoro jednak od ich zakończenia mamy z tym wszystkim do czynienia, to znaczy, że wybory jak najbardziej się od były, a ich wyniki są ważne.


To znaczy ważne będą, gdy wreszcie oficjalnie się pojawią. Bo przecież czekaliśmy na nie jak kania na deszcz. No, może trochę przesadziłem z tym, że czekali-śmy… …śmy, to może lekka przesada. Na pewno czekała i czeka większość kandydujących, co akurat nie dziwi. Ale chyba najbardziej niecierpliwi byli tzw. partyjni liderzy. Jedni, bo chcieli odtrąbić zwycięstwo i „przejechać się” po tych ugrupowaniach, które firmowały pozostałe listy, inni aby dać wyraz swemu radosnemu zaskoczeniu, a nawet dumie, a jeszcze inni, aby w masce zawziętej obojętności, albo i bez krycia się za nią, odsądzić od czci i wiary tych, którzy w „oczywisty przecież sposób” zmanipulowali sam proces wyborczy lub wręcz sfałszowali wyniki. 


Ale wreszcie SĄ! Gdy to piszę znane są oficjalne wyniki do sejmików. I co? I są zaskoczenia. Po pierwsze równo – prawie po 1/5 – rozłożyły się głosy między trzy partie (PO, PiS i PSL), całą resztę i te, które trafiły na kupkę głosów nieważnych. Po drugie – rewelacyjny sukces PSL. Po trzecie – liczba głosów nieważnych.


Ale te zaskoczenia można wyjaśnić w bardzo prosty sposób… Cała tajemnica tych zaskoczeń kryje się po pierwsze w tym, że PSL miał szczęście w przedwyborczym losowaniu numerów list wyborczych, wylosowując nr 1. Po drugie, taki rozkład głosów tłumaczy tzw. książeczka złożona z list poszczególnych ugrupowań, z których kandydowano do sejmików. Każdy wyborca otrzymywał co najmniej cztery listy lub zestawy list kandydatów. Spot telewizyjny bardzo wyraźnie informował o kolorze list kandydatów do poszczególnych organów samorządowych i o tym, że np. z zestawu list do sejmiku najpierw należy wybrać miłą swym przekonaniom listę, a na niej postawić krzyżyk przy tym kandydacie, któremu mandat chcemy powierzyć. Uważam, że 18 proc. głosów nieważnych nie usprawiedliwia zarzutów o złe przygotowanie wyborów z powodu „książeczek” złożonych z list poszczególnych komitetów, bo przecież wybory samorządowe nie odbywały się po raz pierwszy i nie po raz pierwszy wyborcy mieli do czynienia z owymi „książeczkami”.


Mogło jednak zdarzyć się tak, że ktoś postawił krzyżyk na każdej liście z owej „książeczki”. Wtedy taki głos musiał być uznany za nieważny. Uważam jednak, że tego rodzaju głosów nieważnych jest śladowa liczba. Uważam bowiem, że wyborcy mogli absolutnie świadomie oddać głos nieważny, chcąc dać wyraz temu, że żaden z kandydatów mu nie odpowiada. Z drugiej strony, wynik PSL świadczy o tym, że wyborcy jednak zrozumieli wymóg ordynacji, aby postawić po jednym krzyżyku na listach (a w tym wypadku „książeczkę sejmikową”  potraktowano najpewniej jak jedną listę). Ponieważ lista PSL miała „jedynkę”, która otwierała „książeczkę” list do sejmików, to wyborca nie zadawał już sobie trudu wertowania wszystkich, ale zaznaczał – przepraszam – byle kogo na liście nr 1, ze świadomością – jak myślę – że głosuje na przedstawiciela koalicji rządowej.


Uważam też, że gdyby PSL nie miało jedynki, a ta przypadłaby np. regionalnym komitetom, to wynik wyborów do sejmików byłby całkowicie inny. Uważam, że więcej głosów otrzymaliby kandydaci właśnie tych komitetów oraz ci spod znaku PO i PiS.


To tyle, co się tyczy wyników. Zarzutami o nieprawidłowości w skali kraju, a tym bardziej o wyborcze fałszerstwa i żądaniami o unieważnienie wyborów zajmował się nie będę, bo miejsca szkoda. To pozostawiam prezesowi K.


Nie mogę jednak nie dać wyrazu swemu zdumieniu nad zachowaniem Leszka Millera… Gdy dotarła do mnie wiadomość, że szef SLD w lansadach udał się na spotkanie z prezesem K. i obaj wygrażali określonym kołom i środowiskom, czyli tym, którzy w ich mniemaniu stali się autorami wyborczej farsy, podważając zasady demokratyczne, to w pierwszej chwili pomyślałem, że śnię, aby po chwili cieszyć się z tego, że akurat siedziałem w wygodnym fotelu, bo ani chybi bym się przewalił na plecy, z wrażenia, oczywiście…


Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że oczy stanęły mi w słup i dech mi zaparło ze zdumienia, gdy któregoś powyborczego poranka usłyszałem w radiu, że przewodniczący Miller wydał w imieniu SLD oświadczenie, w którym m.in. domagał się interwencji międzynarodowych trybunałów sprawiedliwości i zaangażowania OBWE w wybory przeprowadzane w Polsce. Zrozumiałem takie postępowanie, gdy doszło do mnie, że SLD zanotował historyczny wynik w wyborach samorządowych. HistOryczny, bo najniższy w historii i jako taki, wywołujący histEryczne reakcje jej tzw. lidera, który po triumfalnym powrocie na czoło Sojuszu notuje jeżeli nie wpadkę, to z pewnością potknięcie za potknięciem. A szkoda, wielka szkoda, bo w ten sposób przykłada rękę do petryfikowania duopolu „POPiSU”…


Nie mogę też przejść obojętnie nie poświęcając kilku słów PKW… Panowie sędziowie, a jej członkowie, nie dali rady. Nie dali rady i to nie po raz pierwszy. Nie po raz pierwszy wyniki wyborów opóźniały się jak – nie przymierzając – pociągi PKP. Podobno system informatyczny „nie wydolił”, bo na program komputerowy wydano jedynie jakieś liche pół miliona złotych… Pół miliona złotych… Hmm… A co taki program komputerowy miał ułatwić?


Przecież w punktach wyborczych wszystkie głosy zliczano „na piechotę”, czyli nieśmiertelnymi „piątkami” (cztery kreseczki pionowe i piąta je przekreślająca). Później wystarczyło te „piątki” dodać, wpisać w protokół i dostarczyć do okręgowej, tam znowu dodać do siebie co trzeba i dalej np. do wojewódzkiej, skąd po kolejnym podsumowaniu należało przesłać do KKW, czyli krajowej, a stąd już żabi skok do PKW. A wszystko to, zakładając, że listy są „wklepane” za kolejnymi naciśnięciami klawiszy ze znakiem „plus” i „równania”, a na koniec „enter”. I co? I na to nie wystarczyło pół miliona? Mogło zabraknąć czasu, bo ponoć PKW zorientowała się dopiero w sierpniu, że niebawem wybory, a programu (nowego) nie ma, ale nie pieniędzy. Zaprzyjaźniony informatyk powiedział, że taki „programik” (tak go nazwał) to można napisać w tydzień, chyba że na końcu ma wyjść średni rozmiar buta statystycznego wyborcy w dwudziestu siedmiu grupach wiekowych i z rozbiciem na miejsce zamieszkania w korelacji ze średnioroczną wielkością opadów i liczbą gniazdujących bocianów w danym okręgu wyborczym… Stopnia komplikacji, a zatem listy oczekiwań pod adresem owego programu nie podano, więc…


I CO TERAZ? Tak sobie myślę, że tytuł mej stałej rubryki jest niezwykle uniwersalny. No, bo co TERAZ? A co ma być? Radni się zbiorą, złożą ślubowanie i zaczną pobierać diety, bo to czynią perfekcyjnie i bez żenady. I tak przez cztery lata, do następnych samorządowych… I na zdrowie!


MAREK J. ZALEWSKI


Komentarze: decydent@decydent.pl


************


Niestety, się rypło i to fest – 14.11


Jeżeli ktoś jest zaskoczony, gdy na jaw wychodzą sprawki tych, którym „zaufał naród”, którzy są tegoż „narodu reprezentantami” i których tenże „naród wybrał”, to winszuję naiwności i życia pod kloszem. Przypominam sobie TYLKO dwie osoby, które trafiwszy na Wiejską z rozczarowaniem wyrażały się o tym, co tam ujrzały. Byli to Paweł Śpiewak i Krzysztof Cugowski. Pierwszy posłował, drugi senatorzył, ale obaj z wyraźnym niesmakiem i grymasem niechęci na twarzy wyrażali się o tym, co przeżyli i z czym, i z kim zetknęli się w polskim parlamencie.


Zwyczaj i obyczaje tam panujące na tyle ich zniesmaczyły, że obaj wielokrotnie wspominali, że najchętniej oddaliby swoje mandaty, ale w przypadku pierwszego z nich ten, kto zająłby jego miejsce w ławach poselskich wydał mu się chyba postacią niegodną, bo z wyraźną niechęcią dotrwał do końca kadencji, a drugi uznał, że jego komfort psychiczny nie może wziąć góry nad koniecznością rozpisania wyborów uzupełniających w wypadku jego rezygnacji z  mandatu. Ograniczył jedynie bywanie na Wiejskiej do minimum, a dietę senatorską (nie był zawodowym parlamentarzystą) w całości przeznaczył na cele charytatywne.


I pomyśleć, że gdyby nie połowice pp. posłów z ramienia partii, która zdaniem jej członków jako jedyna jest szermierzem przyzwoitości we wszelkich przejawach życia jednostki i całego narodu, pies z kulawą nogą nie zająknąłby się nad licznymi i najczęściej absolutnie zbędnymi peregrynacjami poselskiego towarzystwa. Ale wszystko rypło się, niestety, z powodu wzmożonego pragnienia (w samolocie podczas lotu powietrze jest bardziej suche aniżeli na ziemi) wspomnianych pań, które postanowiły gasić wniesionym na pokład alkoholem (widać braki w wiedzy, bowiem – jak wiadomo – alkohol wysusza) wydało się, że pp. posłowie tam, dokąd mieli jechać samochodem, a raczej samochodami, bo każdy deklarował jazdę własnym, wybrali się samolotem tzw. tanich linii. Wydało się również, że wszyscy, a było ich trzech (niczym trzech muszkieterów; ale był i d’Artagnan jako czwarty, ale ten jako europoseł jeżeli chciał rżnąć na kasie, to Brukselę), pobrali z Kancelarii Sejmu zaliczkę na pomykanie z Warszawy do Madrytu i z powrotem autem i zrobili to, gdy mieli już w kieszeni bilety lotnicze…


I CO TERAZ? Teraz trzech posłów PiS jest trzema posłami niestowarzyszonymi, bo legitymacji partyjnych zostali pozbawieni… Teraz zaczęło się szukanie panaceum na zwyczajowe dorabianie przez tzw. parlamentarzystów do „głodowych” apanaży choćby przez „zamiłowanie” do tzw. służbowych jazd samochodem po świecie…. Teraz też powrócono do problemu świętych immunitetowych krów, bo każdy, któremu immunitet przysługuje (a przysługuje on poza parlamentarzystami także m.in. sędziom i prokuratorom) zasłania się nim w każdej, a nie tylko związanej z wykonywanym zajęciem, sytuacji np. przekraczając (niektórzy – dodajmy – notorycznie) prędkość…


A dlaczego TERAZ? Przecież te zjawiska nie są niczym nowym! Przecież WSZYSCY wiedzą, a RESZTA się domyśla, że takie i tym podobne procedery były chlebem powszednim. Przecież w Sejmie funkcjonuje także „zwrot kosztów paliwa” i kilka lat temu jeden z „wybrańców” wziął z sejmowej kasy kilkadziesiąt tysięcy złotych z tego tytułu, choć nie miał ani samochodu, ani nawet prawa jazdy…


A przecież tak łatwo jest poskromić poselskie i senatorskie zamiłowanie do samochodowych wojaży. Wystarczy zakazać korzystania z samochodu prywatnego w podróżach dalszych, aniżeli w promieniu większym od odległości do najdalej leżącej stolicy kraju sąsiadującego z RP, którego terytorium, na którym leży stolica tego państwa graniczy z Polską (takie sformułowanie z uwagi na położenie Moskwy). Zresztą, dlaczego poseł czy senator ma dokładać się do emisji szkodliwych substancji jeżdżąc prywatnymi samochodami i pobierać z tego tytułu jakikolwiek zwrot kosztów, gdy może po Polsce peregrynować bezpłatnie koleją i samolotami (Sejm opłaca przewoźników ryczałtowo). A wyjazd samochodem za granicę powinien być UZASADNIONY, np. tym, że miejsce przeznaczenia leży blisko naszej granicy i (!) nie ma z nim innego bezpośredniego połączenia.


Ale próżno szukać tak prostego i jednoznacznego rozwiązania. Pojawiło się natomiast kilka wariantów związanych z tym, jakie dokumenty mają przedstawiać podróżujący swymi autami parlamentarzyści. I tak, np. padła propozycja przedstawiania rachunków za paliwo… A, to proponuję od razu utworzenie specjalnej komórki w Sejmie, która będzie te rachunki weryfikowała, bo stawiam worek dolarów przeciwko jednemu orzechowi, że pojawią się rachunki – nazwijmy to – bardzo egzotyczne. Jestem też dziwnie pewien tego, że w sejmowej księgowości leży wiele – nazwijmy je – fantazyjnych rachunków hotelowych, na podstawie których tzw. parlamentarzyści uzyskiwali zwrot kosztów za noclegi.


A czy ktoś zadał pytanie: dlaczego takie dziwactwa i krętactwa były, są i najpewniej będą możliwe? Myślę, że przykład trzech posłów świadczy o tym, że mają oni świadomość tego, że są „lepsi”, że są „ponad to”. Czy ustawowa biegunka, czyli radosna działalność ustawodawcza, nie świadczy o tym, że ustanawiają je ludzie, którzy są święcie przekonani o tym, że ustanawiane prawa, za przyjęciem których podnoszą ochoczo i w wielu wypadkach kompletnie bezrozumnie rękę, ICH obowiązywać nie będą. I faktycznie w wielu sytuacjach tak się dzieje. Niestety!


I CO TERAZ? Niestety, się rypło… Ale jakoś dziwnie jestem spokojny o to, że TYLKO na jakiś czas. Że – jak w starej piosence – minie jakiś czas, a strumyk przywilejów będzie płynął, tak jak płynął…


A co z resztą „wybrańców narodu”? Reszcie najwidoczniej albo nie przeszkadza to, co dzieje się na Wiejskiej i w jakiej dzieje się atmosferze, albo tego nie dostrzegają zajęci tym, do czego zobowiązali ich wyborcy.


MAREK J. ZALEWSKI


 


**********


Ch…, d… i kamieni kupa – 6.11


Mój nieżyjący już, niestety, przyjaciel dopowiadał jeszcze, że „z przewagą kupy” i miał rację. Miał rację, że w tego typu zestawieniach „kupy” zawsze było i jest więcej. Gdziekolwiek zajrzeć widać, że cytat z byłego już (na szczęście!) ministra Sienkiewicza był tylko zwięzłym określeniem tego wszystkiego, co wokół się dzieje.


Ot, sprawa pierwsza z brzegu… Ponad 300 tomów akt sprawy ArtB., spółki p.p. Bagsika i Gąsiorowskiego, tej od osławionego oscylatora, zostało przewiezionych do sądu w Kaliszu, bo sąd warszawski uznał, że tam sędzia da sobie radę w 20 miesięcy z tym, z czym w Warszawie cały sędziów zastęp nie dał sobie rady w ciągu też 2O, ale LAT. Chciałbym bardzo spojrzeć w oczy temu ktusiowi z Warszawy, który podjął taką decyzję i usłyszeć argumentację dla tejże.


A może chodzi o to, aby po tych 20 miesiącach, które do przedawnienia sprawy ma sąd kaliski, rozłożyć ręce i powiedzieć ze spokojem, a i nieudawaną troską w głosie, że niestety, sprawa się przedawniła i – jak mawiają Jankesi – case closed, czyli została zamknięta, a raczej zamknęła się sama… No, może z małą pomocą tego/tych, którzy w Warszawie postanowili zepchnąć ją z własnego na kaliskie biurko. I nie chodzi mi o to, aby ta sprawa została rozstrzygnięta, bo uważam, że panowie B. i G. powinni dostać doktoraty honoris causa, np. SGH, za wkład w sposób pojmowania mechanizmów gospodarki, a i przeciwko wysokim odznaczeniom państwowym nie miałbym absolutnie NIC. Chodzi mi bowiem nie o Cyryla, bo ten jak to Cyryl, ale Metody? Właśnie METODY działania i funkcjonowania sądów…


Bo jak to jest? Mamy w Polsce tylu sędziów co RFN. Można założyć, że skoro w Niemczech jest dwukrotnie więcej mieszkańców, to z całą pewnością tamtejsze sądy mają nie tylko nie mniej, a raczej więcej spraw niż w Polsce i co? Ano to, że tam sprawy w sądach rozstrzygane są wielokrotnie sprawniej, czyli szybciej niż w Polsce…


A z innej beczki… Podano właśnie, że rząd Litwy wpisał projekt litewsko-polskiego interkonektora gazowego (po prostu gazociągu) na „listę projektów o znaczeniu narodowym, co ma przyspieszyć budowę i uprościć procedury”. Gazociąg będzie budowany przez litewski Amber Grid oraz polski Gaz-System i będzie miał 534 km długości, przy czym polski odcinek liczyłby 357 km, a litewski – 177 km. Budowa gazociągu ma kosztować 558 mln euro, z czego Litwa ma wyłożyć 136 mln euro, a resztę, bagatela – ponad 400 mln euro, czyli blisko 2 000 000 000 zł, ma na siebie wziąć Polska.


 


A jaki Polska ma interes w tym, aby wydawać te kilkaset milionów euro? Przecież ten gazociąg jest potrzebny TYLKO Litwie, a Polsce ani ani. Czy to polska ma dbać o interes Litwy i tłoczyć tym gazociągiem to, co sama importuje z Rosji? A skoro nie, to przecież Litwa powinna ponosić całkowity koszt budowy tego gazociągu. A to i tak tylko w części, bo w końcu października Komisja Europejska wyasygnowała 295,4 mln euro na budowę tego gazociągu i 10,6 mln euro na prace przygotowawcze. Czy zatem prawdą jest, że ktoś z polskiej strony w ogóle zasiadł na takich warunkach do rozmów z Litwinami? Gdzie jest ABW, CBŚ, NIK i prokurator? Przecież to OCZYWISTE działanie na niekorzyść spółki Gaz-System, że o działaniu na szkodę Polski nie wspomnę…


 


A skoro już jesteśmy przy Litwie, to warto powrócić do sprawy orlenowskiej inwestycji w Możejkach… Od początku było wiadomo, że tamtejsza rafineria będzie kąskiem, którym domorośli szejkowie z Płocka i maczający ręce w tym samym nocniku szejkowie z różnych rządowych instytucji, stojących za tą przedziwną i karygodną transakcją, wcześniej czy później muszą się udławić, a przynajmniej mocno zakrztusić. Była to inwestycja zrobiona na przekór. Na przekór wszystkiemu i wszystkim, a przede wszystkim na przekór, czyli wbrew, zdrowemu rozsądkowi. Ale najważniejsze było to, że wspomnianym płockim i ministerialnym, tudzież kancelaryjnym szejkom ubrdało się, że oto utrą nosa Moskwie! Ale, niestety…


Gdy – jak w jednym z porzekadeł, które są, a przynajmniej powinny być mądrością narodów – „przeziębiliśmy się na złość mamie”, czyli Możejki stały się „kołem młyńskim” (tak przed wielu, wielu laty Cecil Rhodes określił ciężar, jaki kolonie stanowiły dla Korony brytyjskiej) u szyi PKN Orlen, ten musiał odpisać ładnych kilka miliardów zł w straty.


 


W straty, które będą rosły dopóty, dopóki Możejki będą w posiadaniu koncernu z Płocka. A to dlatego, że ani sam Orlen, ani polski rząd nie umie poradzić sobie z Litwą, która robi w stosunku do Możejek, co chce. I to mimo tego, że orlenowska rafineria jest największym pracodawcą i największym płatnikiem podatków na Litwie!


I w zamian za to, pełne zrozumienia, stanowisko Wilna wobec problemów OrlenLietuvas, Polska jest gotowa na wydanie 2 mld zł, aby Litwini mieli na czym gotować i nie musieli marznąć w zimie…


 


Takie przykłady, dowodzące tego, że nie bardzo radzimy sobie sami ze sobą, a i z innymi, można mnożyć… A choćby podpisywanie tzw. kontraktów menedżerskich, które „przyjaciołom i znajomym królika” gwarantują sute wynagrodzenia i jeszcze bardziej sowite tzw. odprawy? Czy ktokolwiek odpowiadał za działanie na szkodę np. PKP za sporządzenie umów, które gwarantują odprawę pracownikowi odchodzącemu NA WŁASNĄ prośbę i to w sytuacji, gdy o „zakazie konkurencji” nie ma mowy, bo takowej w kraju nad Wisłą po prostu nie ma?!


 


I CO TERAZ? Ch…, d… i kamieni kupa! Niestety…


 


MAREK J. ZALEWSKI

W wydaniu nr 156, listopad 2014, ISSN 2300-6692 również

  1. POLITYCY W PORTFELU

    Cygaro Churchilla - 25.11
  2. BUDOWANIE PAŃSTWA ISLAMSKIEGO

    Najpierw terror, teraz waluta - 20.11
  3. WIATR OD MORZA

    Cuda na Warmii i Mazurach - 20.11
  4. WIEŚCI Z AUGUSTOVII

    Zajączki górą! - 18.11
  5. OBRÓT PALIWAMI PŁYNNYMI

    List ostrzegawczy ministra finansów - 17.11
  6. ANGLIK IN POLAND

    Czytając sir Richarda - 17.11
  7. AUGUSTOWSKI KOSZMAR

    Testowanie cierpliwosci - 16.11
  8. POWRACAJĄCE PIENIĄDZE

    Diabeł tkwi w szczegółach - 7.11
  9. TP NR 45

    Islam u bram - 6.11
  10. LEKTURY DECYDENTA

    Polska agentka... Churchilla - 26.11
  11. UKRAIŃSKIE ZŁOTO

    Kto je wywiózł do USA? - 19.11
  12. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Dwa serca - 19.11
  13. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Piątek, 28.11 – Szpas Kaczyńskiego
  14. W OPARACH WIZERUNKU

    Oblicze i tożsamość - 3.11
  15. 100 NA RYNKU SZTUKI

    Artyści i galerzyści - 3.11
  16. I CO TERAZ?

    Powyborczy rwetes - 24.11
  17. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Co dalej z tą Rosją? - 24.11
  18. KONFERENCJA W RZYMIE

    Lobbing sportowy - 3.11