Established 1999

I CO TERAZ?

30 czerwca 2014

Kamienie poszły w ruch - 9.07

Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem – pisze Marek J. Zalewski.


Te słowa Jezusa, przytoczone w Ewangelii św. Jana jako odpowiedź na prowokację faryzeuszy, którzy przyprowadzili przed Jego oblicze przyłapaną na cudzołóstwie kobietę, niech będą rodzajem motta dla tego, co poniżej.


A wydaje się, że tych bez grzechu jest w Bolandzie zatrzęsienie i jeszcze przybywa ich z dnia na dzień. To z kolei sprawia, że zaczyna się istne kamienowanie… listonosza. A cóż on winien, że w telegramach, które niesie kupa złych wiadomości, z przewagą kupy? Wygląda na to, że wini się go za dostarczenie tego, co powinien był – znając treść, a znał ją – wyrzucić do kosza… Kamienuje się dziś, odsądzając od czci i wiary, dziennikarzy tygodnika „Wprost”. Za co? Za to, że opublikował serię rozmów, które ucinali sobie politycy przy suto zastawionych stołach podczas suto zakrapianych obiadków. Rozmów podsłuchanych w restauracjach, w których za publiczne pieniądze owi politycy raczyli się, tzn. radzili nad tym jakby tu, panie tego (że użyję zaprzeszłej formuły, zamiast jednego z całej gamy przerywników bardziej współczesnych, a z pewnością pochodzących z ulubionego zestawu określeń, będących w ciągłym użyciu przez owych polityków, a powszechnie uchodzących za wulgarne lub tzw. niecenzuralne), sprawić, aby Polska rosła w siłę, a Polacy żyli dostatniej. No, może nie wszyscy, a z pewnością nie jeden, czy dwa „misie”, które można – panie tego – „oskubać”, o czym politycy rozprawiali bez najmniejszej żenady.


Okazuje się, że w gronie tych bez grzechu całe mrowie takich, którym jakby dopiero co opadły łuski z oczu, jak mówił Jerzy Dobrowolski w skeczach Marii Czubaszek. Bo jeszcze nie tak dawno…


Sięgnąłem oto do archiwum, aby przypomnieć sobie to, co wydarzyło się przed 12 laty, a miało swój początek od pewnego NIELEGALNEGO (wg dzisiejszej oceny jakże licznych moralistów…) nagrania, dokonanego w dodatku na DWA (jeden nagrywał drugiego, a tych dwóch ktoś trzeci, miodzio…) magnetofony. I coś mi się widzi, że nagrywanie w takich samych okolicznościach raz jest cacy, a innym razem znowu be; raz nagrywający czyni oczywiste dobro (sic!), a raz odsądza się go od czci i wiary; raz to nagrywający atakuje, stając na czele pospolitego ruszenia, a innym razem to nagrywający musi się bronić przed hordą nagle „zmoralniałych” narwańców, należących do tego samego środowiska… Owo środowisko nie potępiło też autorów tzw. dziennikarskiej prowokacji, za sprawą której wysłannik jednej partii przedstawił korupcyjną propozycję posłance innej partii. Sic transit gloria mundi!!!


No, cóż… Przy okazji kolejnego nagrania stało się jasne, dlaczego mecenas Giertych NAGLE zamienił się w prokuratora! Zdumiało mnie to, gdy pojawił się po raz pierwszy po upublicznieniu nagrań przez „Wprost” w wydaniu „Faktów po faktach” i podpowiadał prokuraturze, z których przepisów KK powinna skorzystać, występując PRZECIWKO tygodnikowi. Oto bowiem, znany mecenas, znany też jako były i – jak przypuszczano – zapewne też przyszły polityk prowadził w swojej kancelarii na Nowym Świecie w Warszawie prywatną – a jakże by inaczej – rozmowę z dwoma dziennikarzami, z których jeden współpracuje dziś z tygodnikiem „Wprost”. Prywatna – a jakże by inaczej – rozmowa dotyczyła „way of life”, czyli była prezentacją przez mec. Giertycha sposobu na życie, jak sam to w owej nagranej rozmowie nazwał. Miał on polegać na tym, że dziennikarz miałby gromadzić materiały do książek przedstawiających sylwetki najbardziej znanych i najbogatszych polskich przedsiębiorców, a mecenas miałby owym przedsiębiorcom proponować zapobieżenie tym publikacjom (zakładano, że w przygotowywanej książce będzie nieco kompromitujących bohatera materiałów) za godziwe – co oczywiste – wynagrodzenie.


I CO TERAZ? Teraz ci, którzy zachwycali się podstępnymi nagraniami dokonanymi przed 12 laty przez red. naczelnego największego dziennika i taśmami z sejmowej prowokacji też dokonanej podstępnie i bez zgody jednego z nagrywanych, uważają, że „czarnym ludem” jest red. Latkowski, szef tygodnika „Wprost”, który się nie bał opublikować kompromitujące rozmówców nagrania. Ci „bez grzechu” uważają, że wstrętne jest upublicznianie tych nagrań i dają sobie wmawiać, a i sami wmawiają swym słuchaczom, widzom i czytelnikom, że to były rozmowy… prywatne!!! A ja jeszcze raz zwracam uwagę, że gdy spotyka się dwóch funkcjonariuszy państwowych i rozmawiają oni o sprawach funkcjonowania państwa dotyczących, to NIE jest to rozmowa prywatna, do kroćset!!! Bo prywatnie – co powtórzę – mogą sobie rozmawiać na imieninach u cioci Zosi i to np. o wnukach, albo o tym, że żywopłot na działce za bardzo urósł!!!


Mało tego ci „bez grzechu” są – jak sam o sobie mówi np. minister Sikorski – wściekli. Ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że minister jest „wściekły” na siebie, że w tak idiotyczny sposób dał się wystrychnąć na dudka (a może trafniejsze będzie określenie – wydudkać na stryszku…). Otóż, minister jest „wściekły”, że „wyciekły” jego słowa… A minister niezguła, zapomniawszy, że miał się udać po kiboli do Białegostoku, wyruszył był do „Sowy i Przyjaciół” na obiadek, gdzie został podsłuchany i z uwagi na to wielkie nieszczęście poczuł się  pokrzywdzony i taki też status przyznała mu prokuratura… A mecenas Giertych, którego bardzo być może niebawem media będą przedstawiały jako mecenasa G., jest tak bardzo „bez grzechu”, że postanowił wytoczyć redakcji „Wprost” proces za opublikowanie jego knowań związanych przecież tylko wg jego własnych słów z całkiem niewinnym „zakupem praw autorskich”…


Odnoszę wrażenie, że gdzieś cos komuś się poprzestawiało… Że ci „bez grzechu” próbują wmówić reszcie, że – wbrew temu, co swego czasu stwierdził pewien prezes pewnej partii – białe jest czarne, a czarne jest białe. Że nie jest ważne, że publikacje tygodnika „Wprost” zwróciły uwagę na fundamentalne kwestie dla funkcjonowania państwa i bytu jego obywateli. Dla państwa fundamentalne winno być jego bezpieczeństwo, a to warunkują przecież w dużym stopniu możliwości podsłuchiwania tego o czym rozmawiają między sobą tego państwa wysocy funkcjonariusze. Dla obywateli i dla ich bytu fundamentalne z kolei jest to, jakimi cynikami i zwykłymi popaprańcami są ci, których obywatele wybierają do rządzenia tym państwem. I to jest rzecz bezcenna!


A że tak jest najlepiej z jednej strony świadczy jej banalizowanie przez polityków rządzącego obozu, a z drugiej zaś dokonywanie karkołomnych zabiegów (ABW, prokuratura, policja), aby uniemożliwić redakcji „Wprost” dalsze upublicznianie kolejnych nagrań. Już samo pojawienie się w wystąpieniach niektórych posłów, ministrów, a nade wszystko premiera określenia, że owych nagrań dokonała „zorganizowana grupa przestępcza”, za którą „być może” stoją mocodawcy posługujący się „innym alfabetem”, zakrawa na kpinę z inteligencji obywateli. A tak samo nieudolna, jak karygodna akcja najazdu na redakcję „Wprost” podjęta przez ABW i szarpanina jej funkcjonariuszy z red. Latkowskim była pokazem amatorszczyzny i wspomnieniem z czasów dawno i słusznie minionych.


I CO TERAZ? Kamienie furczą i coraz ich więcej wokół redakcji „Wprost”. A przecież to nie drzewo jest zatrute, ale zatruł ktoś owoce z tego drzewa spadające. I warto z tego zdać sobie sprawę. Warto poszukać tego kto je zatruł! Nie warto wycinać samego drzewa, ani znęcać się nad tym, kto wniósł kosz zatrutych owoców! Warto się zastanowić nad tym wszystkim, zanim rzuci się kamieniem…


MAREK J. ZALEWSKI


**********


Zaskoczenia i zdziwienia – 4.07


Dzisiaj krótko o paru sprawach, które mnie zdziwiły, a nawet zaskoczyły… A jeżeli  zdziwieniu może towarzyszyć zaskoczenie lub zaskoczeniu zdziwienie, to jestem i zdziwiony, i zaskoczony… Sprawa pierwsza wiąże się z perypetiami pewnego biznesmena z południowo-zachodniej Polski. W jednym z majowych numerów tygodnika „Przegląd” (uważam, że jest to dzisiaj, obok „Polityki”, najlepszy tzw. tygodnik opinii) przeczytałem artykuł pt. „Imperium na VACIE”, którego bohaterem wspomniany biznesmen i to bohaterem zdecydowanie negatywnym i zapewne dlatego przedstawiany jako Marek I. Biznesmen ten w zadziwiający, a – zdaniem autorki „Przeglądu” – nawet podejrzany sposób uszedł wymiarowi sprawiedliwości, który zajął się nim z uwagi na przestępstwa, których miał się dopuścić łamiąc przepisy kilku ustaw i narażając Skarb Państwa na stratę kilku milionów złotych wpływów z tytułu podatków.


Z artykułu w „Przeglądzie” wynika jednoznacznie, że Marek I. to przestępca, który uniknął odpowiedzialności dzięki zaskakująco korzystnym dla siebie i swojej firmy rozstrzygnięciom, które zapadły w sądach administracyjnych różnych instancji. Na dodatek teraz, gdy zapadł w niejasnych okolicznościach – jak przedstawia to „Przegląd” – wyrok korzystny dla owego biznesmena, Marka I., ten postanowił wystąpić o odszkodowanie, które oszacował na 150 mln zł…


Dwa tygodnie później w tygodniku „Polityka” (uważam, że jest to dzisiaj, obok „Przeglądu”, najlepszy tzw. tygodnik opinii) przeczytałem artykuł pt. „Urzędzie, oddaj!”, w którym opisane są perturbacje Marka Isańskiego, biznesmena z Polski południowo-zachodniej, który po latach ostatecznie wygranych zmagań sądowych ze skarbówką ma zamiar dochodzić odszkodowania na kwotę ponad 150 mln zł. Autorka „Polityki” staje jednoznacznie po stronie bohatera swego artykułu, o czym świadczy nie tylko jego treść, ale i sam tytuł.


Przeczytawszy materiał „Polityki”, sięgnąłem po „Przegląd”… Marek I. z „Przeglądu”, który tylko w sobie znany sposób uniknął odpowiedzialności i teraz gra na nosie państwu, żądając wielomilionowego odszkodowania, to Marek Isański z „Polityki”, który – biedaczysko, zdaniem tego tygodnika – doznał krzywdy i odszkodowanie należy mu się, jak psu buda… Kim jest zatem Marek I.? Wg „Przeglądu”, to sprytny przestępca z podejrzanymi wpływami. Kim jest Marek Isański? Wg „Polityki”, to poturbowany przez skarbówkę i wymiar sprawiedliwości biznesmen.


Kim zatem jest Marek I. vel Marek Isański? Ten sam człowiek, ta sama sprawa, a przecież musi zaskakiwać i zadziwiać tak biegunowo różny sposób interpretacji nawet nie takich samych, ale tych samych materiałów…


Nie znalazłem jeszcze odpowiedzi na w powyższej sprawie, gdy moją uwagę zwróciły dwa wydarzenia, które rozegrały się w dwóch spółkach Skarbu Państwa… Pierwsza to WZM – Warszawskie Zakłady Mechaniczne, a druga to Polska 2012 NCS, czyli zarządca Stadiony Narodowego.


O pierwszej opowiedziano mi, co następuje… Dobiegła tam końca kadencja zarządu. Właściciel, czyli Skarb Państwa, a w jego imieniu Ministerstwo Skarbu, zorganizował konkurs na wyłonienie członków nowego zarządu. Do konkursu stanęło 11 osób, w tym (uwaga!) jeden tandem, pani i pan („bo oni zawsze razem”, jak zapowiadali). W owej 11 był też dotychczasowy prezes, człowiek o wielkim doświadczeniu i takich też kompetencjach, który przez sześć lat wydobywał podupadłe WZM (liczący się w świecie producent skomplikowanych układów wtryskowych) z zapaści, restrukturyzując, przekształcając, unowocześniając i przywracając im dawną pozycję na rynkach światowych, czego dowodem był eksport ponad 80 proc. produkcji i rosnący z roku na rok zysk.


Do dotychczasowego prezesa dochodziły głosy, że konkurs jest wymogiem formalnym, że kolejną kadencję ma w kieszeni. Po pierwszym etapie konkursu było tajemnicą poliszynela, że najgorzej wypadł wspomniany tandem, pani i pan, że nie radzili sobie z odpowiedzią na najprostsze pytania. Spodziewano się zatem, że drugi etap, w którym ci, którzy przebrną przez etap pierwszy, przedstawiać będą wizję rozwoju firmy i strategię działania, przypieczętuje wygraną dotychczasowego prezesa… Jakież było zaskoczenie, gdy okazało się, że II etapu nie ma, a po pierwszym zwycięskim okazał się ów tandem, pani z panem. Zaskoczeni, zdziwieni jesteście, Drodzy Czytelnicy takim rozstrzygnięciem? A może i jedno, i drugie?


Może jakieś wyjaśnienie tej zagadki tkwi w tym, że WZM wysiłkiem dotychczasowego prezesa zostało uwłaszczone na blisko dwuhektarowej działce, znajdującej się między ulicami Czerniakowską a Czerską, tuż obok siedziby Agory, wydawcy „Gazety Wyborczej”. Celem prezesa było przeniesienie zakładu poza granice miasta na znacznie mniejszy teren, wybudowanie nowoczesnej hali produkcyjnej i dalsze rozwijanie firmy. Miała to umożliwić prywatyzacja, albo zgoda MS na znalezienie takiego partnera, który miał wyłożyć środki na realizację owych planów w rozliczeniu przejmując tereny przy Czerniakowskiej. Proces ten został nagle w MS przyhamowany… Może wyjaśnienia trzeba szukać w tym, że wyłoniony „na drodze” konkursu tandem nie jest co prawda znany w świecie menedżerów przemysłu, ale w światku pośredników w handlu nieruchomościami jak najbardziej… Zadziwiające i zaskakujące, nieprawdaż? A z pewnością – zastanawiające. Ciekawe, co na ten temat ma do powiedzenia minister Karpiński?


I druga spółka Skarbu Państwa, tym razem w jego imieniu podległa Ministerstwu Sportu… Oto, nagle ministerstwo postanowiło w trybie nagłym zwolnić dotychczasowy zarząd zależnej spółki Polska 2012 w osobach jej prezesa, Marcina Herry i jej wice-, Andrzeja Boguckiego. Powód? Oczywisty i jedyny w takich przypadkach, czyli niesnaski wokół spraw związanych z rozwojem spółki i sposobem zarządzania przez nią Stadionem Narodowym. No, tak… A przecież kilka miesięcy temu minister Biernat cieszył się jak dziecko, siedząc obok prezesa Herry, gratulując zarządowi wyników finansowych i sposobu zarządzania, który wskazywały, że SN zacznie nie tylko zarabiać na siebie znacznie wcześniej niż zakładano, ale i przynosić zyski. Co zatem się stało, że nauczyciel wychowania fizycznego i nadzorujący jedno boisko w jednej osobie, a dziś minister sportu, stracił zaufanie i wiarę w to, że fachowcy, którzy walnie przyczynili się do organizacyjnego sukcesu Polski podczas przygotowań i przebiegu ME w piłce nożnej, a potem przez dwa lata prowadzący także z widocznym sukcesem działalność związaną z zarządzaniem Stadionem Narodowym, nagle utracili wszystko w oczach ministra?


Sądzę, ba!, nawet jestem pewien, że podobne wydarzenia albo już się rozgrywają, albo będą się rozgrywały w wielu innych spółkach Skarbu Państwa… Skąd ta pewność? Cóż, notowania rządzącej PO wskazują, że jej wyborcza przyszłość nie jest pewna, a nawet wątpliwa. Do parlamentarnych wyborów rok z niewielkim okładem. A zatem czas na albo zrobienie, albo dokończenie pewnych interesów, które „nasi” zrobić powinni. A zatem ktoś z „naszych” zostanie teraz członkiem zarządu z kontraktem – a jakże – menedżerskim, obwarowanym klauzulą wysokiej rekompensaty w razie „wymiecenia przez nową miotłę”, albo zdąży np. przeprowadzić z sukcesem operację zamiany „siekierki na kijek”…


I CO TERAZ? Liczy się – jak widać – tu i teraz! A że wszystko to ma się nijak do interesu firmy, realizacji sprawdzonej strategii i jej pracowników? No i co z tego? Ważne jest tylko „tu i teraz”, nieprawdaż?! A że zadziwia i zaskakuje? No i co z tego? Bo przecież to nie wszystko, co zaskakuje i zadziwia…


MAREK J. ZALEWSKI


*************


Na wszelki wypadek… – 3.07


Etyka i etykieta. Szczególnie dużo mówi się, nie tylko przy okazji afery podsłuchowej, o tej pierwszej. A szkoda, bo samo pojęcie, bez tego, co się pod nim kryje (kryje – to bardzo dobre słowo…), odmieniane przy lada okazji przez wszystkie przypadki, mocno się wyświechtało, niczym noszony świątek piątek garnitur (też bardzo dobrze pasuje do okoliczności).


Ale jeszcze większa szkoda, że gdzieś zaginęła etykieta. Pozostała jedynie ta w zdrobnieniu, naklejana np. na butelki. A przecież warto by było przywrócić i samo pojęcie, ale przede wszystkim to, co oznacza, albo raczej to, co ono obejmowało… Mam wrażenie, że nasi niektórzy politycy nie mają zielonego pojęcia, co to jest etyka, a tym bardziej etykieta. Dowody tego przyniosła ostatnia afera podsłuchowa. A przecież nie trzeba mieć pojęcia ani o etyce, ani o etykiecie… Wystarczy kierować się choćby wskazówką Antoniego Słonimskiego, który przed laty sformułował taką oto myśl: „Jeżeli nie wiesz jak się zachować, na wszelki wypadek zachowaj się przyzwoicie”.


No tak, powie ktoś, ale żeby się nią kierować, to trzeba ją znać. Trzeba wiedzieć, że był ktoś taki, jak Antoni Słonimski i że formułował od czasu do czasu swe myśli w taki sposób, aby stały się uniwersalne i jako takie ułatwiały ludziom życie. Ułatwiały pod warunkiem, że się je zna i do nich stosuje. Ano właśnie… A może jeszcze gorzej, bo przecież, żeby zachować się „na wszelki wypadek przyzwoicie”, trzeba wiedzieć, co znaczy to ostatnie słowo, które także wydaje się pochodzić – dla wielu polityków – ze słownika wyrazów bardzo obcych.


Ale jest wyjście… Zbliżają się wakacje. Ministrowie, posłowie, wyżsi i niżsi funkcjonariusze państwowi powinni dostać zadanie, aby obejrzeć cztery tzw. sezony (36 odcinków) doskonałego angielskiego serialu „Downton Abbey”. Jest to opowieść o świecie, w którym obowiązywały ścisłe reguły, w którym każdy znał swoje miejsce i był wyznawcą wartości, którym był wierny, a także o postawach godnych podziwu, o panowaniu nad emocjami. Jest to jednak też film o świecie, który odszedł. Dlaczego? Dlatego, że zaczęto łamać owe reguły, że nagle pojawił się ktoś, kto do kolacji nie zszedł, jak to było uświęconym zwyczajem we fraku i białej muszce, ale w… smokingu i z muszką czarną. Rzecz niesłychana wówczas (a to druga dekada XX wieku), która dzisiaj wywołać może zdziwienie, zaskoczenie czy uśmiech politowania. Choć wówczas wywoływała podobne uczucia, ale tylko wobec równych sobie. Ten, kto w owych czasach wiedział, że „na wszelki wypadek należy zachować się przyzwoicie”, wiedział też, co znaczy słowo „przyzwoicie”. Taki ktoś nigdy nie dał odczuć „niższemu stanem”, że jest od niego lepszy, ale i ten nigdy nie starał się udowodnić, że jest tamtemu równy.


Film doskonale pokazuje ten niesłychanie delikatny system, w którym ludzie różnych stanów nie deptali godności innych i szanowali się wzajemnie, ale pod warunkiem, że wiedzieli, co znaczy zachowywać się „na wszelki wypadek przyzwoicie”.


Ten świat odszedł również dlatego, że owo przyzwoite zachowanie wymagało panowania nad swymi emocjami. A to wiązało się nie tylko powstrzymywaniem się przed wybuchem, ale i ugryzieniem się w język w sytuacji wydawałoby się oczywistej dla wypowiedzenia tego, co cisnęło się na usta. Ten świat odszedł zatem także przez niedopowiedzenia, które były częścią ówczesnych reguł i zasad. Ten film ukazuje jednak zarazem rozsądek w przełamywaniu barier i rozumne łamanie reguł. Prowadziło to w oczywisty sposób do jego zagłady, ale przez to było oczywistym dowodem tego, że Antoni Słonimski w genialny wręcz sposób ukazał, że zachowywać się przyzwoicie należy zawsze, bo warto. Bo w ten sposób, nawet łamiąc uświęcone tradycją reguły i żelazne zasady nie wyrządzimy krzywdy ani sobie, ani światu, który nas otacza.


Natomiast zawsze, gdy zapominamy o tym „wszelkim wypadku” przyzwoitego zachowania, albo w brutalny sposób złamiemy etykietę, to zawsze obróci się to przeciw nam… Bo sprawi, że ten świat, a raczej światek, miast stać się lepszym, staje się nie tyle inny, ale właśnie gorszy, wręcz nieznośny. Bo z tym „przyzwoitym zachowaniem” w życiu codziennym jest jak z prawem Kopernika-Grishama w gospodarce, zgodnie z którym gorszy pieniądz wypiera lepszy… A w przyrodzie jest wiele przykładów na to, że tylko żelazne zasady i odwieczne reguły pozwalają przetrwać.


Czy sądzicie, Drodzy Czytelnicy, że mrówki, szczury czy karaluchy przetrwałyby miliony lat, gdyby w ich społecznościach panował taki bałagan jak w ludzkim mrowisku? 


Podsłuchani wysocy funkcjonariusze państwa przekroczyli wszelkie zasady i połamali wszelkie reguły. Oni albo nie znają przestrogi sformułowanej przez Antoniego Słonimskiego, albo nie wiedzą, co znaczy „przyzwoite zachowanie”. Ba, niektórzy albo udają, że nie wiedzą o co chodzi i o co ma się do ich zachowania zastrzeżenia, albo – co jeszcze gorsze – ciągle nie rozumieją tego co się stało. Tłumaczenie, że były to jakoby prywatne rozmowy jest po prostu bajaniem o szklanym parowozie lub żelaznym wilku.


Wisienką na torcie jest absurdalne zachowanie ministra spraw zagranicznych, Radosława Sikorskiego (znanego miłośnika pizzy przywożonej do prywatnej posiadłości tegoż przez funkcjonariuszy BOR-u służbowym samochodem). Szef MSZ zdecydował się zwrócić pieniądze za wino wypite podczas rozmowy z ministrem finansów, Jackiem Rostowskim (ten z kolei pastwił się nad wydatkami z funduszy reprezentacyjnych pracowników firm prywatnych), bo jakoby spożyte zostało w „prywatnej” (sic!) części rozmowy, bo homary i wołowe policzki w winie (to przykładowe wystawne menu przy okazji takich spotkań) były spożyte w części „służbowej”… To powinno trafić do Księgi Guinnessa jako „Kuriozum Roku”!


I CO TERAZ? Dopóki politycy nie będą wiedzieli na czym polega „przyzwoite zachowanie” w takim rozumieniu, jakie miał na myśli Antoni Słonimski, dopóty nasza scena polityczna będzie tylko miejscem, na którym odgrywane są kolejne odsłony tragifarsy pod wspólnym tytułem „Polacy, nic się nie stało”. A może jednak Polacy uznają wreszcie, że coś jednak się stało i że tych polityków albo trzeba przegonić gdzie pieprz rośnie, albo wymusić na nich „przyzwoite zachowanie na wszelki wypadek”…


MAREK J. ZALEWSKI

W wydaniu nr 152, lipiec 2014, ISSN 2300-6692 również

  1. AUKCYJNY RYNEK SZTUKI

    Dobry czas - 25.07
  2. MLECZARSTWO W POLSCE I W EUROPIE

    Bieluch ma się dobrze - 22.07
  3. UDAREMNIONE ATAKI NA BANKI

    Jak pół miliarda złotych nie trafiło do złodziei - 22.07
  4. WIATR OD MORZA

    Ornitologia i polityka - 15.07
  5. BRANŻA PALIWOWA

    Koncesjonowanie paliw ciekłych - 9.07
  6. HAJOTY PRESS CLUB

    Dziennikarskie tajemnice - 8.07
  7. SPÓŁDZIELCZOŚĆ ROLNICZA ZIEMI CHEŁMSKIEJ

    Od księdza Staszica do Bielucha - 7.07
  8. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Stare pieniądze - 24.07
  9. TP NR 30

    Wygrałem z demonem - 23.07
  10. Z KRONIKI BYWALCA

    Koniec misji ambasadora - 7.07
  11. LEKTURY DECYDENTA

    Konfucjanizm - 21.07
  12. WYŁUDZENIA PODATKOWE

    Przestępczość w obrocie paliwami - 2.07
  13. RYNEK PRACY

    Brak pracowników fizycznych i inżynierów - 2.07
  14. ROZWAŻANIA O WOLNOŚCI

    Paweł i Gaweł - 1.07
  15. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Czwartek, 31.07 – Szkoły sumienia
  16. W OPARACH WIZERUNKU

    Niewolnicy troski - 4.07
  17. I CO TERAZ?

    Kamienie poszły w ruch - 9.07
  18. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Polityka nad gospodarką - 1.07