Established 1999

FASCYNACJA MOTOCYKLOWA cz. 2

9 stycznia 2014

Bakcyl podróżowania - 9.01

Życie toczy się dalej i czas biegnie szybko. Pora na wykształcenie i na założenie rodziny. Studia odbywam zgodnie z predyspozycjami do przedmiotów ścisłych, Politechnika Wydział Mechaniczny, specjalizacja samochody i ciągniki. Rok 1971 to podjęcie pracy w Zakładach Mechanicznych Ursus (pracowałem tam do 1985r). Fabryka jest znana nie tylko z produkcji traktorów (ciągniki rolnicze), ale także z tego że produkowano tu wcześniej czołgi i motocykle Sokół – pisze Andrzej Zientara.

Krótko o historii fabryki ZM Ursus


W roku 1983 przy ulicy Siennej w Warszawie powstaje przedsiębiorstwo o nazwie Towarzystwo Udziałowe Specyalnej Fabryki Armatur. Przedsiębiorstwo to zaczęło produkować armaturę dla przemysłu cukrowniczego, spożywczego i gorzelnickiego. Kapitałem założycielskim firmy był posag siedmiu panien, córek założycieli, co upamiętniono znakiem firmowym P7P bitym na wyrobach.


W 1902 roku rozbudowano zakład i rozszerzono produkcję o silniki spalinowe. W 1907 roku nastąpiła zmiana nazwy na Towarzystwo Udziałowe Specyalnej Fabryki Armatur i Motorów oraz znaku z P7P na URSUS (łac. niedźwiedź). Inspiracją do zmiany nazwy była powieść Henryka Sienkiewicza „Quo Vadis”. Nowa nazwa miała kojarzyć się z mocą, siłą i niezawodnością produkowanych silników, napędzanych wtedy paliwem ciężkim, spirytusowym i gazowym.


W latach 1923-1927 w podwarszawskiej wsi Czechowice (obecnie warszawska dzielnica Ursus) wybudowano od podstaw fabrykę samochodów i fabrykę metalurgiczną. Nastąpiła kolejna zmiana nazwy na Zakłady Mechaniczne Ursus. W 1930 roku fabryka zostaje włączona do struktur Państwowych Zakładów Inżynierii (PZInż) i ukierunkowana na produkcję dla wojska (czołgi, samochody pancerne, motocykle). W latach 1932-1939 wyprodukowano kilka tysięcy motocykli Sokół 1000 i 600, odpowiednio o mocy 22 KM i 15,5 KM. W latach 1939-1945 Niemcy mieli tu zakład remontowy dla czołgów.


Gdy, w ZM Ursus rozpocząłem pracę na stażu na stanowisku inżyniera-technologa, trwała już tylko produkcja traktorów, między innymi modeli C355, C360, C385. Pod koniec lat 70-tych rozpoczęto montaż ciągników rolniczych na bazie licencji firmy Massey–Ferguson-Perkins. W latach 90 ogłoszono w fabryce głęboką restrukturyzację, po której ZM Ursus w dotychczasowym kształcie przestały istnieć.


Kilka zdań o motocyklu Sokół 1000


Polskie motocykle Sokół stanowiły przed II wojną światową etatowe wyposażenie dla wojska. Po wojnie w latach 1947-1950, w Państwowych Zakładach Inżynierii (PZInż) w Warszawie produkowano jeszcze motocykl Sokół 125.


Motocykl Sokół 1000 to 2 cylindrowy czterosuw, chłodzony powietrzem o pojemności skokowej 995 cm³, moc max 22 KM. Prędkość max 100 km/godz., ciężar 270 kg, łańcuchowy napęd tylnego koła, ręczna trzystopniowa skrzynia biegów, zużycie paliwa 7,5 litra/100km.


Fascynacja budzi się na nowo


W połowie lat siedemdziesiątych, pewnej pięknej niedzieli wybraliśmy się rodzinnie na Plac Defilad pod Pałac Kultury i Nauki na coroczne święto Trybuny Ludu (dziennik już nie istnieje). Tu ponownie spotykam, swoje na razie uśpione marzenie . Na placu w pełnym słońcu, stały błyszczące chromem potężne motocykle. To jacyś turyści z Europy Zachodniej wybrali się za „żelazną kurtynę” na turystyczne odwiedziny. Stanąłem jak wryty, nie mogąc oderwać oczu od tych maszyn. Te trzy lśniące rumaki to maszyny Harley Davidson.


Dość długo trwało oglądanie, byłem zafascynowany, aż do porządku przywołał mnie głos najbliższych. Byliśmy przecież na rodzinnym spacerze. Uświadomiłem sobie szybko, że marzenia muszą poczekać, nie było nas stać na zakup motocykla. Potrzeba wychowania dzieci i zabezpieczenie bytu rodzinie było priorytetem.


Bakcyl podróżowania


Lata siedemdziesiąte i początek lat osiemdziesiątych w moim życiu, to walka o przetrwanie finansowe. Rodzina się rozrasta i potrzeb bytowych jest coraz więcej. O motocyklach na razie można tylko pomarzyć, ale 4 letni Fiat 126P dlaczego nie. Już trochę przechodzony, stary, ale jary, tym bardziej, że z racji na wykształcenie oraz umiejętności potrafię sobie z awariami motoryzacyjnymi poradzić. Na przykład wymontowanie silnika z Fiata 126p, zabranie go do mieszkania na stół w pokoju, rozkręcenie-naprawa-skręcenie oraz zamontowanie do samochodu to był drobiazg.


Rodzina łaknie świata i przygód. Samochód jest, staję się członkiem Polskiego Związku Motorowego, Automobilklubu Warszawskiego, który organizuje turystyczny wyjazd na Krym do Jałty.


Jałta nie kojarzy się dobrze Polakom. To tam w dniach 4-11 lutego 1945 roku, ówczesne wielkie mocarstwa (ZSRR, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone ) zdecydowały o pozostawieniu Polski w sowieckiej strefie wpływów.


Jest lato 1989 roku. Jesteśmy podnieceni turystycznie, tyko jak się zmieścimy w naszym samochodziku. Ja 192 cm wzrostu, żona (Ewa) 178 cm, synowie (Maciej) 14 lat i (Marcin) 9 lat też postawni (obecnie odpowiednio 198 cm i 196 cm wzrostu). Do tego niezbędne bagaże na dwutygodniowy wyjazd. Dajemy radę! Siedzenie przednie kierowcy przesunięte do tyłu, o 5 cm poza ogranicznik. Bagażnik dachowy i mała przyczepka bagażowa (n250) z Niewiadowa. Załadowani po brzegi, także środek samochodu, wsiadamy i ruszamy.


Podróż do Jałty


W naszej wyprawie towarzyszy nam kilka samochodów, ale „malucha” mamy tylko my. Do granicy ukraińskiej droga upłynęła nam stosunkowo szybko i sprawnie. Horror zaczął się przekroczeniu tej granicy. Droga po której jedziemy zaczyna przypominać ser szwajcarski. Nagle dostrzegamy jadący z przeciwka samochód osobowy z powybijanymi szybami, przednią i lewymi bocznymi. Jesteśmy zdumieni i zaciekawieni, co się stało. Po przejechaniu kilku kilometrów poznajemy przyczynę dewastacji widzianego wcześniej samochodu. Otóż przyczyna leży w szczególnym sposobie kładzenia nawierzchni na drogę. Widzimy wolno poruszający się samochód ciężarowy, z którego kobiety w kufajkach wysypują na drogę żwir i kamienie oraz wylewają łopatami smołę. Nie ma żadnego walca tylko samochody, które tędy jadą ubijają tą żwirowo-smołową mieszankę. Kiedy mijamy pracujących okazuje się, że wjeżdżamy na drogę, której czarna nawierzchnia składa się ze smoły wymieszanej z kamieniami. Zwalniamy, smoła oblepia samochód i jego koła. Jedziemy dalej aż tu nagle przed nami pojawia się wielka ciężarówka, która szybko jadąc mija nas z lewej strony. Spod kół tego wielkiego samochodu strzelają w nas kamyki, wyrwane ze smolnej powierzchni drogi. Uciekamy na pobocze. Uf! Kamienie obtłukły tylko karoserię naszego samochodu. Mieliśmy szczęście, szyby całe. Tak przygotowaną drogą jechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów, co chwilę ratując się ucieczką na pobocze. Ten sposób budowania drogi i utwardzania jej kołami samochodów uznałem za rewolucyjny (patrz Rewolucja Październikowa i jej efekty). Teraz już było wszystko jasne, niektóre samochody i ich szyby nie wytrzymywały kamiennego ostrzału. Nie warto wspominać o nierównościach i wybojach na głównych drogach Ukrainy, byłaby to osobna opowieść o ciężkim nadwyrężeniu zawieszenia samochodu.


Za chwilę okazało się, że nie były to wszystkie atrakcje, które na początku podróży nas dotknęły. Jedziemy dalej. Zaczynamy zauważać, że co kilkanaście kilometrów są ustawione tuż przy drodze wieże strażnicze podobne do leśnych ambon. Okazuje się, że to posterunki milicji drogowej zwane „Gajami” a w nich i przy nich policjanci w mundurach z pistoletami maszynowymi Kałasznikowa AK-47, skierowanymi ku nam. Za każdym razem musimy się zatrzymać i jesteśmy rewidowani, sprawdzani na okoliczność, no właśnie jaką?? Mamy ze sobą trochę gum do żucia, to one obniżają poziom napięcia malujący się na twarzach stróżów prawa. Tak wtedy wyglądało przemieszczanie się po terenie Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. Trasa naszej podróży była precyzyjnie wytyczona, nie można było jechać innymi drogami niż te wyznaczone.


Bracia ukraińscy to zupełnie inna pozytywnie i życzliwie pisana bajka. Dzięki ich pomocy udało mi się usunąć dwie awarie samochodowe, a kwas chlebowy podawany wprost z beczek, zainstalowanych na wozach konnych wspaniale gasił nasze pragnienie. Z wielką sympatią odnosili się też do naszego pojazdu , wypytując o jego dane techniczne.


Osiągamy cel podróży


Jesteśmy na miejscu. Jałta to bardzo popularny turystycznie kurort. To tu w Białym Pałacu Romanowów–Pałacu Liwadyjskim, w 1945 roku, na konferencji Jałtańskiej Józef Stalin, Franklin Delano Roosevelt i Wiston Churchill decydowali o losach Europu (tu też odpoczywali). Jałta ma długą i bogatą historię. W IV wieku p.n.e. pierwsze osiedla założyli Grecy. Współczesna nazwa wywodzi się od greckiego słowa Jaros czyli brzeg. Miasto ma swój niepowtarzalny urok. Są tu wąskie uliczki i majestatyczne cerkwie, pałac chanów. Zwiedzamy pałac, który zwłaszcza w środku jest niebywale bogaty. Są tu inkrustacje, wspaniale meble i piękne kobierce. Wszędzie czuje się powiew historii. Odbywamy też wycieczkę na Jaskółcze Gniazdo. To malowniczy pałacyk wiszący na skale, zbudowany w 1912r na szczycie 40 m klifu. Oprócz zwiedzania opalamy się i po prostu odpoczywamy. Przyroda jest tak piękna, że zapiera dech. Nic dziwnego, że nasz wielki Adam Mickiewicz, który przebywał na Krymie, napisał w XIX wieku 18 sonetów, w których wyraża zachwyt nad ta krainą.


Wyżywienie? Dało się wytrzymać, chociaż jesteśmy fanami kuchni polskiej. Tutejsze potrawy to mieszanka kuchni rosyjskiej, ukraińskiej i tatarskiej (dość tłusto i słodko).


Droga powrotna


Wracamy do domu. Po drodze zwiedzamy częściowo Lwów i oczywiście wstępujemy na cmentarz Orląt Lwowskich. Teraz już jest odbudowany, ale wtedy w 1989 roku był to widok bardzo smutny. Zaczęło się od proszenia aby nas na cmentarz wpuszczono. Udało się to za drobną opłatą, która przemówiła do tamtejszego stróża. Nie pozwolono robić zdjęć. Wokół rozwalone, pogruchotane nagrobki, rozkopane groby, zniszczony Pomnik Chwały (rozjechany przez radzieckie czołgi w 1971r), istny obraz nędzy i rozpaczy. Wychodzimy z cmentarza w nie najlepszych nastrojach. Koło cmentarza spotykamy starszą panią to Polka, która specjalnie na nas czeka. Cieszy się na nasz widok i mówi żeby Polakom w kraju mówić, że na cmentarz można najłatwiej wejść od ulicy Pochulanki. To spotkanie było dla nas bardzo wzruszające.


Nowe możliwości


W Polsce, początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku, to czas przełomu, to wolność gospodarcza. To jest to co dodało mi skrzydeł. Podnoszę kwalifikacje zawodowe (ekonomia, marketing, finanse) na Uniwersytecie Wydział Organizacji i Zarządzania. Zakładam firmy, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, zaczynam pracować dla siebie (dla nas).


Synowie idą na swoje, zakładają rodziny, pustoszeje rodzinne gniazdo. My to znaczy ja i moja żona Ewa nie zamierzamy osiąść na kanapie przed telewizorem, tym bardzie że dzięki wspólnej, wydajnej pracy zaczyna stać nas na więcej.


Możemy zacząć realizować swoje potrzeby i marzenia, podróżować w niebanalny sposób. Kupujemy motocykl, Yamaha Drag Star 650 potem Yamaha Drag Star 1100.


Yamaha, koncern japoński założony 12 października 1887. Pierwsza produkcja to pianina i organy. Od 1955 roku, już jako Yamaha Motor Company, firma uruchamia produkcję motocykli, skuterów śnieżnych i wodnych oraz silników do łodzi motorowych. Motocykl Yamacha Drag Star 1100 produkowany od 1999 roku to cruiser w stylu retro.


Cruiser – typ motocykla stworzonego do turystyki. Charakteryzuje się wydłużoną do tyłu kierownicą, co wymusza wyprostowaną pozycję kierowcy. Silnik w układzie widlastym, odsłonięty, dobrze widoczny. Pojazd o imponującej prezencji, posiadający wiele elementów chromowanych.


Yamacha Drag Star 1100 dysponuje silnikiem czterosuwowym, 2 cylindrowym o pojemności skokowej 1063 cm³. Silnik chłodzony powietrzem z wtryskiem paliwa o mocy 62 KM. Masa własna 285 kg, 17 litrowy zbiornik paliwa i 5 stopniowa, manualna skrzynia biegów, prędkość 180 km/godz.


Klub motocyklowy w Toruniu


Podejmuję pracę w Chełmnie koło Torunia na stanowisku menedżera. W 2003 roku wstępuję do klubu motocyklowego BMW Veteran Club z siedzibą w Toruniu. Wraz z kolegami klubowymi ruszamy w świat po przygodę.


BMW Veteran Club to grupka przyjaciół, którzy w 1977 roku, przy Automobilklubie Toruńskim, zawiązują klub motocyklowy. Początkowo siedzibą klubu jest garaż jednego z jego członków. W 1996 roku organizacja uzyskuje osobowość prawna w formie Stowarzyszenia. W 2002 roku klub pozyskuje na własną siedzibę kilka pomieszczeń XIX wiecznego fortu koszarowego w Toruniu. Forty Toruńskie to zabytki po pruskiej twierdzy obronnej będące pod stałą opieką konserwatora zabytków. Prace adaptacyjne wykonane własnymi siłami klubu, przywróciły tym pomieszczeniom niezbędne, bieżące funkcje użytkowe. Między innym usunięto 150 szt. amunicji moździerzowej pochodzącej z II połowy XIX wieku.


Członkowie klubu to zapaleńcy, amatorzy wysokich lotów, kompetentni w tym co robią. Znają się jak mało kto na motocyklach minionej epoki. Odbudowują, odtwarzają stare modele motocykli BMW. Oryginalne części wynajdują na bazarach motocyklowych, targowiskach staroci oraz za pomocą detektorów metalu wykupują z pod piasków na mierzej wiślanej. A potem żmudnie i z uporem, w piwnicach i garażach przywracają świetność tym starym maszynom. W swoich kolekcjach mają pojazdy z przed 1939 roku i te z okresu II wojny światowej, te które brały czynny udział w walkach. Świetni ludzie, wspaniali koledzy i towarzysze podróży. To z nimi na początku XXI wieku zaliczam motocyklowo dwa prestiżowe zloty europejskie.


1. European Bike Week, Faaker See


Wjazd na zlot rozpoczął się w deszczu. Rano 2 września 2003 roku o godz. 7 wyruszamy z Torunia, cztery motocykle. Jest chłodno, nawet zimno ale mamy odpowiednie ubrania, kurtki i spodnie skórzane oraz kombinezony wodoodporne. Jazda po mokrej nawierzchni wśród ruchu komunikacyjnego nie należy do przyjemności, jest to walka o przetrwanie. Jadę jako ostatni z grupy. Przed Włocławkiem źle umocowana torba z wyposażeniem zsuwa się z mojego motocykla, z tylnego bagażnika. Początkowo nie zauważam tego. Kierowcy mijających mnie samochodów machają rekami, coś pokazują. Odwracam się i widzę, że nie mam torby podróżnej. Zawracam, jest i leży na asfaltowej drodze, mam szczęście, to dobrze wróży. Deszcz towarzyszył nam aż do Cieszyna. Potem było już tylko lepiej.


Coroczny europejski zlot motocyklowy, European Bike Week Faaker See odbywa się w malowniczym regionie Karyntii na południu Austrii w miejscowości Faak am See. Zlot przyciąga dziesiątki tysięcy motocyklistów z całego świata. Jest to zlot otwarty na wszystkie firmy, modele i typy motocykli, od nowoczesnych po zabytkowe. Szacuje się, że co roku we wrześniu, w ciągu tygodnia, w zlocie bierze udział nawet 100 tysięcy motocyklistów. Wokół pięknego, o barwie turkusowej, jeziora Faak usytuowanych jest kilka wsi i miasteczek, które udzielają gościny przyjezdnym, także turystom. Pod koniec zlotu odbywa się parada, której trasa przebiega wokół jeziora (powierzchnia 2,2 km kw., głębokość 16-30m). Jest to barwny, kilkugodzinny przejazd udekorowanymi motocyklami (ok. 40 km) witany w poszczególnych miasteczkach przez tłumy wiwatujących ludzi.


Podróże na motocyklu to nie tylko przyjemność i radość z pokonywania dużych odległości, chłonięcia wzrokiem przyrody i podziwiania wschodów oraz zachodów słońca. To także poczucie pełnej swobody i niezależności. Jednak z drugiej strony to spory wysiłek wynikający z konieczności koncentracji dla zapewnienia bezpieczeństwa sobie oraz innych. To także trudy i adrenalina gdy walczymy o „przetrwanie„ jadąc w strugach ulewnego deszczu, w chłodzie i czasami w śniegu na północy Europy. Mile widzianym towarzyszem w podróży jest słońce, ciepło oraz piękne, szerokie autostrady na południu Europy. Jazda motocyklem wynika z indywidualnej potrzeby człowieka, który chce być w ciągłym ruchu, w podróży. Są osoby, które traktują motocykl jako gadżet, cacko którym można się pochwalić, którym jeździ się tylko okazyjnie z domu do najbliższego pubu. Niestety są też tacy, który używają motocykla jako broni do walki z innymi, do bijatyki, do działań wbrew prawu (gangi i bojowe grupy motocyklowe).


Prawdziwy motocyklista to człowiek w podróży, który poprzez jazdę (tysiące kilometrów) zrzuca z siebie stres codziennego bytowania i odpoczywa. Zbiera siły do dalszej pracy zawodowej do rozwiązywania codziennych, bieżących problemów życiowych. To człowiek o wyjątkowych cechach osobowościowych, o odpowiednich predyspozycjach fizycznych i psychicznych. To człowiek twardy, odważny i odporny na trudy, jednocześnie łagodny i otwarty na ludzi, życzliwy i gotowy do niesienia pomocy innym.


2. Super Rally w Szwecji


Jest 24 maja 2004 roku wyruszamy do Szwecji na Super Rally w Ljungbyhed.


Tym razem jest od początku fajne i ciepło, przed nam kilka tysięcy kilometrów drogi. Wyjeżdżamy z Torunia, na pierwszy nocleg zatrzymujemy się pod Berlinem. Jest nas ośmiu na motocyklach plus samochód dostawczy z motocyklem pokazowym w środku.


Czasami motocykliści, którzy jadą na imprezę, jadą samochodem, do którego załadowany jest specjalnie na tą imprezę przygotowany, wyidealizowany motocykl .Taki motocykl z uwagi na swoje parametry, zabudowę, nieskazitelny wygląd i sposób dosiadania nie nadaje się do pokonywania dłuższych dystansów, do jazdy drogowej. Po przyjeździe na imprezę taką maszynę wyciąga się z samochodu i służy ona do pokazywania (szpanowania) na zlocie.


Podróż przebiega spokojnie i miło, W Kopenhadze wjeżdżamy na most nad cieśniną SUND, który łączy Danię (Kopenhaga) ze Szwecją (Mälmo). To piękny most z wspaniałymi widokami na morze i okoliczne wysepki. Jest to połączenie, które składa się z mostu o długości 7845 m, sztucznej wyspy o długości 4055 m i tunelu o długości 3510 m. Szlakiem tym przebiegają dwie dwupasmowe jezdnie i dwa tory kolejowe. Most otwarto 1 lipca 2000 roku i jest częścią europejskiej drogi E20.


Zatrzymujemy się pod Ljungbyhed obok dawnego poligonu. To tu ma się odbyć zamknięty, tylko dla motorów Harley Davidson, zlot motocyklowy. Pierwsze wrażenie jest przygnębiające. Zauważamy ,że teren jest otoczony barierkami stalowymi, wokół są żołnierze z karabinami, nad głowami lata wojskowy helikopter. Okazuje się, że organizatorzy zlotu obawiają się aktów przemocy. Obawiają się walki pomiędzy dwoma zwalczającymi się, bojowymi klubami motocyklowymi przybywającymi na ten zlot z Europy. Stąd te nadzwyczajne środki ostrożności. Impreza z radosnej i koleżeńskiej może stać się niebezpieczna. Zatrzymujemy się tutaj tylko na dwa dni, potem ruszamy na wycieczkę do Sztokholmu.


Zwyczajowo, po drodze spotyka mnie przygoda. Posłuszeństwa odmawia akumulator w moim motorku. Konieczna wymiana w serwisie, w Szwecji, sporo kosztuje, co sprawia mi dużą przykrość i powoduje ból głowy.


ANDRZEJ ZIENTARA




W kolejnym odcinku, część trzecia, będą informacje o podróżach i wyprawach motocyklem Harley Davidson oraz związanych z tym wypadkiem w Szwajcarii.

W wydaniu 146, styczeń 2014, ISSN 2300-6692 również

  1. CZAS TO PIENIĄDZ

    Inwestujcie w zegarki - 28.01
  2. AKADEMIA LOBBINGU

    Nowa inicjatywa edukacyjna - 27.01
  3. BUDUJ SIĘ, KTO MOŻE

    Dom w cenie mieszkania - 22.01
  4. OŚWIADCZENIE JURKA OWSIAKA

    Wyborcza chamówa - 22.01
  5. NIE SREBRO, NIE ZŁOTO LECZ 2 X P

    Dobre prognozy - 21.01
  6. ŻONGLOWANIE ZŁOTEM

    Kto manipuluje popytem? - 17.01
  7. SZKOŁA GŁÓWNA HANDLOWA

    Kobiety lobbystki - 12.01
  8. WEJŚCIE SMOKA

    Ile wart jest Bruce Lee? - 10.01
  9. PR W PRAKTYCE

    IMR dłużej z Bieluchem - 9.01
  10. FASCYNACJA MOTOCYKLOWA cz. 2

    Bakcyl podróżowania - 9.01
  11. LEKTURY DECYDENTA

    KL Warschau - 9.01
  12. BLICHTR ZŁOTA SŁABNIE

    Najwięcej kupują Chińczycy i Hindusi - 3.01
  13. PROJEKT ROKU

    Syrena wynurzy się jako Meluzyna - 3.01
  14. DROGA DO BOGACTWA

    W co inwestować, a czego unikać w 2014 roku - 3.01
  15. SZTUKA - PODSUMOWANIE ROKU

    Rosły obroty, były rekordy - 3.01
  16. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Piątek, 31.01 – Obrazy powstań
  17. SZTUKA MANIPULACJI

    Przewrotność - 2.01
  18. I CO TERAZ?

    Będzie, jak było - 2.01
  19. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Stop! Dziecko na drodze - 15.01
  20. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Kossak mało znany - 20.01