Established 1999

DECYDENT SNOBUJĄCY

2 stycznia 2015

Piątek, 30.01 – Kompleksy nauki

Obywatel legitymujący się dyplomem magistra zaledwie, zazdrości samozadowolenia, satysfakcji, prestiżu uczonym o stopniach wyższych.


Bo któż stoi wyżej na społecznej drabinie hierarchii od profesora zwyczajnego? Nikt. Prezydentem, premierem, ministrem się bywa, a profesorem się jest. Profesor to zawód dozgonny, tak, jak za komuny zawodem był dyrektor. Trudno więc zrozumieć motywację prof. dra hab. Piotra Glińskiego dla propozycji Jarosława Kaczyńskiego (prezesa zaledwie) wirtualnego premierostwa w utopijnym gabinecie PiS-u. Czego profesorowi brakowało? Szerokiej rozpoznawalności, dowartościowania ego, chęci ogrzania się przy wielkiej polityce, wątpliwej sławy? Bo gdyby chodziło o troskę o państwo, to Piotr Gliński dążyłby nie do profesury, a do prezesury jakiejś partii. A profesor Gliński nie ma żadnych doświadczeń politycznych. Dlaczego więc dał się otumanić i ośmieszyć Kaczyńskiemu J.? Wie tylko on, lud może spekulować. Druga naukowa twarz raczkująca w polityce to Magdalena Doktor Ogórek, wyciągnięta jak królik z kapelusza przez schyłkowego prestidigitatora Leszka Millera. I znowu te same pytania, ale nieco rozbudowane. Przecież w polityce dr Ogórek nie osiągnie szlifów profesorskich, więc jej doktorat to przypadek? Dzisiaj już nikt na wizytówce przed nazwiskiem nie wpisuje Mgr, bo to obciach, ale Dr brzmi i wygląda dostojniej. Może lepiej byłoby mieć atrakcyjną Doktor Prezydent Magdalenę Ogórek niż nieatrakcyjnego Magistra Prezydenta Bronisława Komorowskiego? Bezsensowne gdybanie. Doktor Ogórek można wybaczyć uległość wobec tow. Millera, bo jest młoda, inteligenta, zapewne zabawowa, więc zapewniła sobie – i społeczeństwu – rozrywkę nie lada. I za to Pani Doktor dziękujemy. Ale już wystarczy. Prosimy o opuszczenie sceny. Burnyje apładismienty. Kurtyna.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Czwartek, 29.01 – Hańbiące sprzedaże


Kapitalizm prywatną własnością stoi. Tę zasadę znają nawet przedszkolaki. Natomiast uczniowie szkół podstawowych dysponują wiedzą wyższą, że są dobra narodowe, strategiczne, których za żadne pieniądze się nie sprzedaje. Taką skandaliczną transakcją jest wyzbycie się dobra narodowego, jakim są kolejki linowe w Tatrach. Najpierw pozbyły się ich Polskie (?) Koleje Państwowe. Postawiłem tutaj znak zapytania, bo albo prezes tej spółki (Skarbu Państwa) jest bezmózgiem, albo działa na szkodę tegoż państwa i obywateli. Jeśli trapi go pierwsza przypadłość, to kto go posadził na tym stolcu zamiast w psychiatryku? Nazwiska! Jeśli działał z premedytacją, to powinien trafić do więzienia. Po tej skandalicznej decyzji proces prywatyzacji potoczył się szybko. Dzisiaj kolejki są własnością firm zagranicznych. Przeciwko protestowali wszyscy światli i szarzy Polacy. Grochem o ścianę! Winni prywatyzacyjnej hańby powinni być po kolei nazwani imieniem i nazwiskiem i znaleźć się na czarnej liście opublikowanej w Internecie. Marną pociechą jest, że podobne skandale dzieją się w świecie bardziej (?) cywilizowanym niż nasz, nadwiślański. Weźmy taki Londyn: połowa wykupiona przez Arabów i przez Rosjan. A ikona brytyjskiej stolicy, Harrods, był własnością Egipcjanina Al-Fayeda, z którego synem Dodim zadawała się księżna Diana i z którym zginęła w wypadku samochodowym w Paryżu w 1997 roku.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Środa, 28.01 – Researcherzy


Jest taki showman o nazwisku Kuba Wojewódzki. Szołuje w jakiejś telewizji, bodaj Polsacie, nie wiem dokładnie, gdyż nie oglądam. Ale czytam wybiórczo „Politykę”. Lekturę zaczynam zawsze od rubryki „Mea pulpa, czyli kronika popkulturalna Kuby Wojewódzkiego”. Następnie przerzucam się na nieco cięższy, ale też rozrywkowy kaliber, czyli na ostatnią stronę do „Polityki i obyczajów”. Obie rubryki stoją przeglądem co śmieszniejszych wydarzeń zebranych ze wszystkich możliwych polskich mediach. Czy taki Kuba lub redaktor „Pio” mają czas i ochotę na wertowanie i czytanie (o zgrozo!) rozmieszczanych w publikatorach wypocin? Oczywiście, nie. Wykorzystują riserczerów, czyli czarno roboczych wyszukiwaczy. Z reguły tym fachem parają się ludzie młodzi, głodni ogrzania się w blasku pracodawcy. W ten sposób ich wartość we własnych środowiskach rośnie. Mogą przy piwie zdradzić tajemnice aury rozsiewanej przez Wojewódzkiego. A ci z „Polityki” może nawet w środowisku SLD spotykają albo Leszka Millera albo Magdalenę Doktor Ogórek. Dla wyczytwacza mojego pokroju informacyjni zebrane w obu rubrykach mają jakąś wartość poznawczą, bowiem pozwalają wyjść myślą do szerokiej rzeszy społeczeństwa brylującej w plotkach. Nie dziwi więc scam w postaci sensacyjnej informacji, że „zarażony ebolą zgwałcił księdza w czołgu”. Pytanie, dlaczego w czołgu, a nie na ołtarzu? Przepraszam, to jednak byłoby bluźnierstwo, karane pokutą.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Wtorek, 27.01 – Ponury miesiąc


Styczeń – nie dość, że z natury jest zimowo ponury, to jeszcze ma rocznice. Od nadmiaru wojny w mediach, zwanych niegdyś pięknie publikatorami, w tym miesiącu może rozboleć głowa. 17 stycznia Armia Czerwona wyzwoliła/zdobyła na 44 lata stolicę Polski. Przetoczyła się dyskusja czy było to oswobodzenie, czy początek zniewolenia. Napisano, pogadano, ale nikt nikogo nie przekonał – każda strona sporu pozostała przy swoim zdaniu. A dzisiaj 70. rocznica wyzwolenia obozu w Auschwitz. I znowu problem. Kto wyzwolił: Ukraińcy czy Rosjanie? Dylemat z gatunku bezsensownych, ale media opublikowały wiele rozważań na temat składu narodowościowego Armii Czerwonej. I nic z tego nie wynikło. Wzrosła jedynie cytowalność ministra Grzegorza Schetyny, który wywołał Ukraińców z lasu, pardon – z szeregów Krasnej Armii. W lutym odetchniemy od wojennych reminiscencji. Aż do 8 maja, kiedy to prezydent Bronisław Komorowski zorganizuje na Westerplatte konkurencyjne dla Moskwy obchody zakończenia II wojny światowej. O roli Armii Czerwonej w zwycięstwie chyba nie będzie w ogóle mowy.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Poniedziałek, 26.01 – Szperanie w sieci


Za mistrza powieści szpiegowskiej uchodzi Brytyjczyk John le Carre. W czasie zimnej wojny pracował w MI6, więc uznano go za fachowca. Dzisiaj, w dobie Google`a i Internetu, jego opowieści wydają się żmudne i nudne (tak, jak dochodzenie w amerykańskiej aferze Watergate, wykrytej i opisanej przez Woodwarda & Bernsteina). Inne środki łączności, różne metody dochodzenia do konkluzji, przestarzały bagaż doświadczeń, chodzenie, telefonowanie, wypytywanie. Szpiegostwo przeszło rewolucję właśnie dzięki sieci. Nie, nie sieci informatorów lecz sieci internetowej. Człowiek nieobyty w szpiegowskim rzemiośle oraz nie serfujący maniakalnie w informacyjnych chmurach nie zdaje sobie sprawy, jak sieć wykorzystać do inwigilacyjnej roboty. We wczorajszej „Wyborczej” Milena Rachid Chehab opisała niejakiego Eliota Higginsa, internetowego wyławiacza informacji o skrywanych wojnach, tuszowanych morderstwach, politycznych kłamstwach. Higgins nie ukończył nawet szkoły średniej, ale ma smykałkę dociekliwości. Mozolnie i wielogodzinnie przeczesując sieć natrafił na dowody zestrzelenia przez Rosjan samolotu malezyjskiego, to on udokumentował użycie przez Asada gazu sarin w Syrii, to on wykrył przemyt broni z Jugosławii do Arabii Saudyjsikiej i dalej przez Jordanię do Syrii. I wreszcie to on pokazał, w którym dokładnie miejscu bojownicy Państwa Islamskiego ścięli dziennikarza Jamesa Foleya. Higgins dowiódł zawodowym dziennikarzom powierzchowność ich pracy, poleganie na informatorach, niesprawdzanie informacji. Ci bronią się, że na taką drtobiazgowość nie mają ani czasu ani środków. Higginsem zainteresowały się także służby wywiadowcze kilku państw. Nie, nie po żeby go ścigać jak Edwarda Snowdena czy Juliana Assange`a, ale żeby skorzystać z jego metod wysupływania informacji z Internetu. Eliot Higgins nie ukrywa, że dochodzenie do prawdy jest łatwe, wymaga tylko cierpliwości i konkretnej tezy, na którą szuka się odpowiedzi. Bowiem mnóstwo istotnych, a kłopotliwych, informacji wrzucają do sieci osoby, które robić tego nie powinny ze względu na wykonywany ściśle tajny zawód. Na przykład: przeglądając portale społecznościowe Higgins znalazł zdjęcia wyrzutni rakiet Buk, z której strącono wspomniany samolot pzasażesrki. Niefrasobliwie wrzucili je tam żołnierze 53. Brygady Przeciwlotniczej z Kurska. Pojawiła się nitka, po której Higgins dotarł do kłębka. Superszpiegiem może zostać każdy, tak twierdzi Eliot Higgins z Leicester w Wielkiej Brytanii, następca rodaka Johna le Carre.


Konmentarze: decydent@decydent.pl


Piątek, 23.01 – Centusie


Cały naród (oprócz małopolskiego) odetchnął z ulgą po upadku idei Olimpiady Zimowej w Zakopanem. Na bezsensowne igrzyska nastawały krakusy z Jagną Marczułajtis na czele. Jednak w referendum odezwał się zdrowy głos społeczny i projekt ku chwale rozsądkowi upadł. Promocja kosztowała 4 mln złotych, których to pieniędzy od Ministerstwa Sportu domagają się władze Krakowa. Będą się sądzić. Zanim wyrok zapadnie ja, jako obywatel przeciwny kolejnym igrzyskom w mieście absolutnie nie przygotowanym do tego celu, domagam się, aby ministerstwo tej kwoty Krakowowi nie zwracało. Nie dość, że krakusy zaszantażowały całą Polskę, to jeszcze chcą za to pieniędzy. To ci centusie!


Komentarze: decydent@decydent.pl


Czwartek, 22.01 – Potrzeba dwuwładzy


Polska uchodzi za kraj katolicki, chociaż maleje liczba owieczek w świątyniach, a i święceń też coraz mniej. Episkopat nie zrażony cywilizacyjnym postępem od lat ingeruje w świeckość państwa wymuszając na legislaturze średniowieczne ustępstwa. Teoretycznie Polska jest krajem o demokracji świeckiej, ale skoro Kościół skutecznie lobbuje, to czas na ogłoszenie dwuwładzy. Chodzi o uniknięcie karygodnych sytuacji, gdy lekarze powołują się na klauzulę sumienia, a katoliczki nie mogą awaryjnie zażyć EllaOne, etc. Niech więc Episkopat stanowi prawo dla katolików, a Sejm, Senat i rząd RP prawo dla ateistycznych obywateli. Oczywiście, Kościół będzie miał prawo ustalać tylko reguły moralne i etyczne w zakresie doktryny. Wtedy każdy mieszkaniec krainy nad Wisłą rozważy w swoim sumieniu drogę, którą będzie mu wygodniej przez życie podążać. Innymi słowy: czy z kalendarzykiem małżeńskim czy z prezerwatywą.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Środa, 21 – Do konsumpcji


Kup jeden, drugi dostaniesz gratis, kup dwa, trzeci w prezencie. Takie to cwane chwyty stosują producenci i sprzedawcy, aby zamącić konsumentom w głowach. A kto nie lubi prezentów, nawet gdy takich akurat nie potrzebuje? Przydadzą się. Taką sprzedaż wiązaną uprawia „Gazeta Wyborcza”. Wczoraj, po raz trzeci, w podwyższonej do 4 złotych cenie dziennika ukazał się kalendarz na 2015 rok, tym razem z archiwalnymi zdjęciami i podpisami („Ale Historia”). Wcześniej do gazety dołączano kalendarz ze zwierzaczkami Adama Wajraka oraz z różnymi krajobrazami. Czytelnik nie miał wyboru – musiał kupić gazetę z kalendarzem. Tak więc ja i inni stali czytelnicy staliśmy się nieszczęśliwymi posiadaczami trzech kalendarzy. Oczywiście, od przybytku głowa nie boli, ale nie wszyscy, których usiłowałem obdarować tymi kalendarzami chcieli je przyjąć! W tym miejscu przypomniał mi się (nie) odżałowany PRL. W owych ponurych latach niedobór dóbr był powszechny, również na odcinku (według komunistycznej nowomowy) piwa. Żeby kupić w sklepie ów trunek, bywało, zjeździłem pół Warszawy. Ale w tzw. telewizorach nad Wisłą o marynistycznych nazwach „Mewa”, „Albatros”, „Rybitwa” i „Żagiel” (tylko on do dzisiaj jeszcze smętnie łopocze na Kępie Potockiej), można było kupić piwo jasne – wyłącznie kuflowe. I po odstaniu w kolejce piło się pod chmurką. Kto nie doświadczył, mógłby zapytać: gdzie w tym wspomnieniu występuje sprzedaż wiązana? Ano, żeby kupić jeden kufel piwa 0,5 l należało zamówić coś do konsumpcji (nad szynkwasem wisiał napis: „Piwo podajemy wyłącznie do konsumpcji”). Menu było ograniczone do kaszanki i serka tzw. żółtego posypanego mieloną papryką. Każdy degustator wypijał co najmniej po kilka piw i fizycznie nie mógł zjeść kilku porcji serka lub kaszanki, więc wszyscy ordynowali doliczenie do piw po jednej porcji, co znacznie podnosiło koszt chmielowej kontemplacji. Natomiast ta sama porcja serka sprzedana jednego dnia powiedzmy pięćset razy nawet samym wyglądem nie przypominała oryginału, tak był on powyginany i spieczony od upału. Na marginesie: nikt wtedy nie myślał o takich szykanach jak schłodzone piwo – piło się więc piwną zupę. PRL-owski konsument znosił w pokorze wszystko. A ajenci telewizorów stali się milionerami. Nie, nie na sprzedaży piwa. Na wmuszaniu miliony razy jednej porcji serka, nadal zwanego w Polsce żółtym.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Wtorek, 20.01 – Drzemiące imperia


Hasanie Putina po Ukrainie przywodzi na myśl plejadę upadłych imperiów. Większość kolonizatorów z trudem pogodziła się z procesami rewolucyjnymi i odstąpiła politycznie od własności zamorskich. Ale nie gospodarczo. Skolonizowane ludy ciesząc się swoją flagą, godłem i hymnem skonstatowały ze zgrozą, iż nie mają demokratycznych instytucji i nie potrafią samodzielnie rządzić. Musieli więc zaprosić byłych ciemiężycieli do pomocy, a ci tylko na to czekali, ba – wiedzieli, że tak się stanie. ZSRR co prawda nie miał kolonii, ale miał wasalne Kraje Rad Robotniczych i Chłopskich. Jednym z takich wewnętrznych krajów, nierozerwalnie związanym z Moskwą, była Ukraina. Demokratyczna zawierucha z przełomu lat 80-tych i 90-tych wykreowała nowe byty polityczne, ale silnie związane z moskiewską macierzą. Jeśli Putin może przeboleć utratę Turkmenistanu czy Kazachstanu, to nigdy nie dopuści do pełnej samodzielności Ukrainy właśnie. I zapowiedzi dzisiejszych zdarzeń zbrojnych widać było od lat co najmniej 20. Z pomniejszymi „noworosjami” Kreml zawarł Euroazjatycką Unię Gospodarczą, ale w Kijowie ani śnią o takiej zależności. Natomiast w Donbasie i Ługańsku w większości – owszem. O Krymie nie wspominam, bo już jest częścią Rosji i Zachód się z tym pogodził. Sytuacja może się rozwinąć według co najmniej kilku scenariuszy. Pasmatrim, uwidim. Polska, co prawda, nie miała kolonii, ale tworzyła Rzeczpospolitą Obojga Narodów i była też obecna we Lwowie, ale dzisiaj żaden polski polityk nawet nie pomyśli o restytucji dawnego porządku. Natomiast Litwini ciągle nas się boją. Że wrócimy.


Komentarz: decydent@decydent.pl 


Poniedziałek, 19.01 – EllaOne


W świeckim państwie, gdzie istnieje rozdział władzy kościelnej od państwowej, kler usiłuje lobbować. A bardziej obrazowo mówiąc, próbuje kształtować światopogląd polityków. Niby nie dają się oni indoktrynować, jednak ze strachu przed utratą bogobojnego elektoratu, ulegają. Tak jest w przypadku aborcji, in vitro czy gender. Aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, z dnia na dzień w Polsce bez recepty dostępne są pigułki antykoncepcyjne zapobiegające ciąży, jeśli zostaną zażyte „dzień po” stosunku. Mają dźwięczną, estradową wręcz nazwę – EllaOne. Taką rewelacyjną i rewolucyjną decyzję ogłosiło Ministerstwo Zdrowia. Natychmiast larum podniósł Episkopat głosami największych znawców zagadnień płodności, macierzyństwa, ojcostwa, etyki i moralności, czyli abp Henryk Hoser, ks. Franciszek Longchamps de Berier i były wiceminister sprawiedliwości Michał Królikowski, będący konserwatywną piątą kolumną w rządzie Donalda Tuska. Decydenci kleru ogłosili, że stosowanie EllaOne to grzech ciężki, ale – chwalić Boga – bez ekskomuniki. Ortodoksyjnym katoliczkom nawet przez myśl nie przejdzie EllaOne, ale tysiące współczesnych Polek z radością powitało swój własny, zalegalizowany coming out. EllaOne to europejska decyzja rządu Ewy Kopacz, choć niejako narzucona, zasugerowana, przez Brukselę. To doskonałe usprawiedliwienie i ucięcie bezpłciowych dyskusji.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Piątek, 16.01 – Wojna religijna


Nieoczekiwanie, acz tragicznie, „Charlie Hebdo” uświadomił nam, że na świecie toczy się wojna religijna. Nie tylko w krajach muzułmańskich. Najświeższy, choć tlący się od dziesięciu lat, przykład to Państwo Islamskie. Wcześniejszy: Al-Kaida. Jeśli dogmatyczny islam twierdzi, że nie można publikować pod żadną postacią wizerunku Mahometa, a gazety to robią – i to w sposób karykaturalny – to jest to wystarczający powód do wojny. Ateiści i katolicy w Europie tego nie zrozumieją i nie uszanują, bo przecież wizerunek Jezusa jest odmieniany na wszelkie wymysły, także obrazoburcze. Co najwyżej obrażą się ortodoksyjne moherowe berety i na tym koniec protestów. A barbarzyński ubój rytualny praktykowany od tysiąca lat przez żydów i muzułmanów? A obrzezanie kobiet? Papież Franciszek podjął intelektualnie śmiałe (ale powolne w rzeczywistości) próby zreformowania doktryny katolickiej. I tak się będzie stanie, to wyznanie będzie dostosowywało się do swoich wyznawców, ich zmieniających się potrzeb oraz oczekiwań. Katolicyzm jawi się więc jako myślący odłam chrześcijaństwa. Ale czy islam może podążyć tą sama drogą? Na pewno nie. Będzie więc wojna.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Czwartek, 15.01 – Porażki treserów


Zbrodnia to niesłychana: pani zabiła pana. No i co z tego? Widocznie pan tak zalazł pani za skórę, że w desperacji (w afekcie?) pana ukatrupiła. Dwoje dorosłych ludzi załatwiło pomiędzy sobą porachunki. Ocena należy do gawiedzi i, oczywiście, do sądu. Inaczej sprawa się ma cała, gdy młodzież zabija dorosłych. A tak się stało w Rakowiskach. Nastoletni syna zabił – z sadystyczną przyjemnością – swoich rodziców, a ochoczo i czynnie pomagała mu jego dziewczyna. Jak ustalili śledczy, oboje pochodzili z więcej niż dobrych domów. Dobrych w rozumieniu: inteligenckich, niebiednych, pracujących. Zabójczyni mieszkała z matką-naukowcem, a zabójca z matką i ojcem. Oboje czuli się przez rodziców tresowani, opuszczeni, kontrolowani, przymuszani, izolowani od rówieśników. Zero rodzinności, ciepła, o miłości nie wspominając. Finał tej historii jest taki, że na stronie facebookowej morderczyni jest już siedem tysięcy lajków, a wydany przez nią niedawno własnym sumptem tomik jej poezji zatytułowany „33”, który marnie sprzedawał się na Allegro po 30 zł, dzisiaj osiągnął cenę złotych 300 i staje się białym krukiem poezji zbrodniczej. Czy siedem tysięcy lajkujących to potencjalni mordercy?


Komentarze: decydent@decydent.pl


Środa, 14.01 – Warto wiedzieć


Im większa tajemnica, tym dziwniejsze spekulacje, kalkulacje, zazdrości i niechęci. Warto więc wiedzieć, kto ile zarabia. Dla poprawy lub pogorszenia samopoczucia, a może nawet zadumy. Różne media od czasu do czasu publikują zarobki celebrytów, polityków, a także pomniejszych obywateli, jak choćby obywatelki tancerki erotycznej wyginającej wdzięki na rurze w Szczecinie otrzymującej za występ od 70 do 100 zł. Niewiele więcej, bo 280 zł, zapłacono Tamarze Bołdak-Janowskiej, pisarce z Olsztyna za humoreskę „Kto to jest ten Jan Olik”, którą nominowano do nagród Nike, Angelusa i Cogito. Jak widać, intelekt i talent niewiele są warte. Chociaż, talenty bywają różne i są wyceniane według podaży. Najlepiej pokazać się w telewizji. Piszę pokazać, a nie zaprezentować, gdyż do prezentowania trzeba mieć „coś”, a do pokazania wystarczy „nic” (chyba, że jakąś gołą część). Tak więc za udział w „Tańcu z gwiazdami” Beata Tyszkiewicz została uhonorowana 10 tys. zł. Jeśli już jesteśmy przy aktorstwie, to w teatrze za jego prawdziwą odmianę Danuta Stenka otrzymuje 4,5 tys. zł miesięcznie. Bogaciej mają się „aktorzy” serialowi, są oceniani nawet na 12 tys. zł, bo tyle „wyciąga” Agnieszka Dygant za jeden dzień zdjęciowy w „Prawie Agaty”. Dobrze jest też zaśpiewać, jeśli się umie. Kory jedno z honorariów opiewało na 70 tys. za występ. A jeszcze lepiej, gdy się śpiewać nie umie. Oto zespół „Piersi” za hitowy (?) utwór „Bałkanica” (styl coś jakby disco polo) odśpiewany na stu koncertach wyciągnął 2,5 miliona zł. I tak dalej. A kto intensywniej ciekaw, niech zajrzy do wczorajszej i przedwczorajszej „Gazety Wyborczej”, skąd zaczerpnąłem przykłady.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Wtorek, 13.01 – Justyny żal


Dlaczego twarda góralka z Kasiny Wielkiej zasłabła podczas zawodów? Ponoć miała fatalnie przygotowane narty. I to podczas trzech biegów pod rząd! Ambicja i niewyobrażalny wysiłek Justyny Kowalczyk musiały skończyć się problemem zdrowotnym. Gdy się spojrzy na sztab zawodowców pracujących dla Norweżek z Marit Bjoergen na czele, to naprawdę Justyny żal. Żal biedy, w jakiej trenuje, żal nędznej „fachowej” opieki szkoleniowej, żal jej nadludzkiego wysiłku, żal jej zdrowia. A Norweżki w komforcie trenują, jeżdżą, odżywiają się, rewitalizują. Są zdrowe i uśmiechnięte. Nasza Justyna też się uśmiecha, ale przez łzy. Co jest z naszym sportem, że wyżyny osiągają nieliczne jednostki i to niejako przez przypadek, bo mają nieprzeciętny talent, szczęście i nadludzkie siły? Przecież Adam Małysz też był samoukiem otoczonym przypadkowymi ludźmi, którym niczego nie zawdzięcza, ale to oni jemu. Z przeciętniaków dzięki Małyszowi stali się uznanymi „trenerami” i „działaczami”. Bez Małysza byliby nikim. A co by się stało, gdyby Małyszem zajęli się prawdziwi zawodowcy? Na pewno Adam przeskoczyłby Giewont. Tak samo Justyna, tak samo Radwańska. I ich następczynie, następcy. Ich też już żal.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Poniedziałek, 12.01 – Pat na Litwie


Polska nie ma granicy z Węgrami, a jesteśmy bratankami. Że przypomnę: Polak, Węgier dwa bratanki i do szabli, i do szklanki. I co z tego zawołania wynika? Nic, jedynie kompromitująca politycznie fascynacja Jarosława Kaczyńskiego Victorem Orbanem. A z taką Litwą mamy granicę, mamy też wspólnego Adama Mickiewicza i Czesława Miłosza. Byliśmy też Rzeczpospolitą Obojga Narodów. I co z tego wynika? Same współczesne kłopoty. Litwa liczy 3 miliony obywateli, a Polaków mieszka tam 200 tysięcy, czyli 6,6 proc. Nie jest to kraj obojga narodów, z trudem jest to społeczeństwo obojga narodów. Mamy cztery kości niezgody: zwrot ziemi, pisownię nazwisk, tablice z nazwami ulic i szkoły. Litwini nie lubią naszych, wręcz się ich boją, boją się, że ich spolonizujemy, zagarniemy, inkorporujemy. Idiotyzmy? Nie. Zakałą stosunków polsko-litewskich jest Waldemar Tomaszewski, prezes Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. To on jątrzy, burzy i podsyca litewską nienawiść. Przykład: wszystkie litewskie partie poparły ukraiński Majdan, potępiły aneksję Krymu oraz najazd na Donieck i Ługańsk. Tylko Tomaszewski poparł Rosję i separatystów okupujących oba ukraińskie regiony. Mało tego, Aleksander Radczenka, polskiego pochodzenia publicysta litewski, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” cytuje taką wypowiedź Tomaszewskiego: „Nie musimy się z nikim integrować, bo żyjemy tu od zawsze, to nasza ziemia. To wy, Litwini, tu przyjechaliście, więc to wy musicie się integrować z nami. Wystarczy pójść na stary cmentarz i zobaczyć, że są tam wyłącznie polskie nazwiska”. Radczenka dodaje, że wyjątkowo złą robotę wykonał także Radosław Sikorskie, jako minister spraw zagranicznych. Miał powiedzieć, że „jego noga nie postanie na ziemi litewskiej, dopóki problemy mniejszości polskiej nie zostaną rozwiązane”. Kto i kiedy przetnie polsko-litewski węzeł gordyjski?


Komentarze: decydent@decydent.pl


Czwartek, 8.01 – „Charlie Hebdo”


Co można zrobić z wolnością, jak się zachowywać po 12 morderstwach w redakcji „Charlie Hebdo”? Czy definicja wolności zawiera swobodę wypowiedzi i zachowania bez ograniczeń? Niewątpliwie, wolność jest tlenem życia obywateli w społeczeństwach demokratycznych, gdzie respektuje się, na równi z innymi, swobody wyznania i praktykowania religii. Z wolnością i religią związane jest też inne słowo: fanatyzm. Fanatyczni byli rewolucjoniści, nie stroniąc od zabójstw i zamachów. Tak samo cele realizują fanatycy religijni. Jeśli z rewolucjami na przestrzeni stulecia Europejczycy się uporali, to z religią mają coraz większy kłopot – teraz już w wymiarze światowym. I to nie z katolicyzmem, na którym zbudowany jest nasz kontynent, ale na importowanym islamie, obcym europejskiej kulturze. Dzisiaj widać, iż nie można pogodzić europejskiej wolności z islamskim systemem władzy państwowej. Obrazoburczość w katolicyzmie jest tak powszechna, że nie wywołuje emocji. W islamie już samo opublikowanie karykatury Mahometa to powód do dżihadu. Nie mówiąc o słownym komentarzu. I to się nie zmieni. Krwawy zamach na niepokornie, bezgranicznie wolnego „Charliego Hebdo” niczemu nie zapobieże. Więc powinniśmy ustąpić? Ograniczyć naszą wolność myśli i wypowiedzi? Tak, jeśli nie chcemy wojny. Musimy zrozumieć islam i oddać pola tam, gdzie trzeba, tam, gdzie nie wygramy. Tu negocjacje i przekonywanie niczego nie wskórają. Taki różny jest ten świat. I się nie zmieni, bo do fanatyków nie dotrą żadne argumenty niewiernych. Chyba, że Donald Tusk, jako prezydent Europy, ogłosi antyislamskie krucjaty do ziem (dla nas) nieświętych.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Środa, 7.01 – Koniec leniuchowania


Nareszcie nastał siódmy dzień stycznia. Koniec skumulowanych świąt i dni wolnych pomiędzy. Niby 2. i 5. stycznia przypadały dni robocze, ale większość nieszczęśników pracowała jak ryby, na niby, a niektórzy jak żaby, na aby-aby. Tak też stało w piosence śpiewanej przez Krystynę Sienkiewicz. Natomiast sprawnie pracowali urzędnicy i w tych dziwnych dniach można było załatwić bez kolejek sprawy administracyjne. Tak więc, nadszedł czas nadrabiania zaległości. W tym roku wielkich kumulacji dni wolnych nie będzie, a na trzydniowy weekend trzeba poczekać do maja. Czterodniowy zapowiada się w czerwcu. A następne trzy dni dopiero w grudniu. I to na razie tyle.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Poniedziałek, 5.01 – Pupy przestaną mówić


Właściwie, uznając zasady dzisiejszego potocznego savoir-vivre`u, powinienem napisać: dupy. Jednak miesięcznik DECYDENT nie jest medium dla sprostaczałej gawiedzi, jeno dla Decydentów, którzy mają zgoła inne rozumienie sztuki właściwego zachowania i komunikowania się. Pozostanę więc przy łagodniejszej nazwie, oczywiście mając na myśli anatomiczny organ ciała. A sprawa nie tylko nie jest błaha, ale wręcz rewolucyjna. Wyborcy (chociaż właściwsze byłoby określenie: szowinistyczne jury) oraz miliard telewizyjnych nagapiaczy z całego świata, od tego roku nie będzie już oglądało podczas wyborów Miss World kandydatek w kostiumach bikini. Innymi słowy: ledwo zasłonięte pupy i biusty przestaną przemawiać argumentami za wyborem najpiękniejszej na świecie. Dodam na wszelki wypadek: bezdzietnej, niezaangażowanej seksualnie (emocjonalnie?) panny wieku od 16 do 27 lat. Julia Morley, organizatorka Miss World, ogłosiła, że teraz misski będą nie maskotkami, a ambasadorkami. Na razie dokładnie nie wiadomo kogo i czego, ale odważny krok został wykonany. Może się jednak okazać, że jest to początek końca tego konkursu, albowiem wycofają się sponsorzy (żeby nie powiedzieć – erotomani i zboczeńcy), dla których jedyną wartością były właśnie owe pupy i biusty. I tylko za nie płacili.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Piątek, 2.01 – O wyższości


Czytanie szalenie różni się od oglądania. Można czytać książki i nie wiedzieć, co się dzieje w kraju i na świecie. I OK, jeśli taka wiedza wyczytywaczowi nie jest potrzebna. Można też czytać wyłącznie informacje i wiedzieć, co wokół piszczy, ale nie rozumieć – dlaczego; nie ogarniać mechanizmów rządzących procesami. Właściwie informacje jak najbardziej bieżące nie mają już racji bytu w gazetach drukowanych codziennie – w całości zastępuje je sieć. Gazety drukowane przestawiają się na komentowanie i publicystykę. To słusznie. Jednak najwszechstronniejszym medium informacyjnym, komentarzowym i rozrywkowym jest i pozostanie telewizja. I nie ma znaczenia na jakim nośniku (laptopie czy telewizorze) przekaz będzie odbierany. Życie towarzyskie w tzw. szerokich kręgach społecznych sprowadza się do komentowania celebryctwa, a żeby nie wypaść z obiegu należy oglądać TV i omiatać stosowne portale. Jeśli nie, to grozi społeczny ostracyzm. Z drugiej strony, to nie wstyd nie wiedzieć, co się rozgrywa w kulturze dla gawiedzi. Można przecież stworzyć sobie enklawę książkową, niekoniecznie brnąc w skrajnym wysiłku przez „Finneganów tren”. Niekoniecznie też uciekając w kulturę najwyższą, katując się np. słuchaniem (i nierozumieniem) kompozycji Pendereckiego. Szaleństwo powszechnego gotowania i odmładzania zostawmy tego potrzebującym.


Komentarze: decydent@decydent.pl

W wydaniu nr 158, styczeń 2015, ISSN 2300-6692 również

  1. NASZA SŁUŻBA ZDROWIA

    W ogonie Europy - 29.01
  2. BIZNESOWE DYLEMATY

    Mówiły jaskółki, że jakie są spółki? - 27.01
  3. RYNEK DZIEŁ SZTUKI

    Były rekordy, a co nastąpi? - 26.01
  4. WHISKY PIJMY WOLNIEJ

    Bo za cztery lata jej zabraknie - 22.01
  5. NIE UFAJ BANKOM

    Pieniądze deponuj pod materacem - 22.01
  6. A PROPOS...

    Szczypiorniak w Katarze - 30.01
  7. CENY KRUSZCÓW

    Bo srebro i złoto to nic, chodzi o to... - 13.01
  8. OPŁATY PÓŁKOWE

    Prawo po stronie przedsiębiorców - 12.01
  9. WIATR OD MORZA

    Indie w Polsce - 16.01
  10. MIESIĘCZNIK "ZNAK" NR 716

    Znakowe inspiracje - 9.01
  11. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Majstersztyk noblisty - 26.01
  12. PRO PUBLICO BONO

    Kreowanie trwałych zmian społecznych - 2.01
  13. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Piątek, 30.01 – Kompleksy nauki
  14. W OPARACH WIZERUNKU

    Samozaprzaństwo - 2.01
  15. I CO TERAZ?

    Moja propozycja w sprawie CHF - 28.01
  16. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Tworzenie historii na nowo - 19.01
  17. LEKTURY DECYDENTA

    Kobiety Konfucjusza - 2.01