Established 1999

DECYDENT SNOBUJĄCY

1 października 2014

Piątek, 31.10 – Jak doktor z doktorem

Doktor to ten, który mądrzej leczy zjawiska chorobowe w ludziach, gospodarce, społeczeństwie, kulturze, sporcie i w każdej dziedzinie wymagającej uzdrowienia.


Napisałem mądrzej, gdyż dr jest stopniem wyższym od mgr (lekarz), a niższym od prof. Mamy werdykt w sprawie doktoratu Marka Goliszewskiego, prezesa Business Centre Club. Rada Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, głosami 33 do 3, nie nadała tytułu doktora szefowi BCC. W uzasadnieniu wytknięto wiele błędów formalnych oraz brak wymogów naukowych niezbędnych do spełnienia przy pisaniu doktorskiej dysertacji. Ze słowem doktor (niegdyś doktór) kojarzy mi się rozmowa Mieczysława F. Rakowskiego (redaktora naczelnego „Polityki”, sekretarza w KC PZPR, później wicepremiera, premiera), który do Lecha Wałęsy, wtedy szefa Solidarności, powiedział, żeby porozmawiali jak doktor z doktorem. MFR miał doktorat z nauk historycznych, a elektryk z Gdańska doktorat (a może już kilka?) honoris causa, oczywiście nie polskich uczelni. Ale do żadnego z obu panów nie przylgnęło określenie doktor. Inaczej jest z dr. Janem Kulczykiem, który szczyci się tym tytułem z zakresu prawa międzynarodowego. Ma nawet środowiskową ksywkę Doktor. Dr Kulczyk bardzo korzystnie dla swoich interesów leczy (?) sprawy gospodarcze. Inny sławny doktor to Doktor G., którego Zbigniew Ziobro oskarżył, czy posądzał, o śmiertelne błędy w sztuce lekarskiej, ale ten temat pomińmy. Z wcześniejszych lat kinomani pamiętają Doktora Murka (Jerzego Zelnika) i doktora-znachora, a właściwie profesora Wilczura (Jerzego Bińczyckiego). Niezbyt wielu mamy tych sławnych doktorów, więc jednak postuluję awansowanie magistra Goliszewskiego do stopnia doktora przez nadanie mu tytułu honorowego. Na pewno znajdzie się w Polsce (a może nawet za granicą?) uczelnia skłonna.


Czwartek, 30.10 – Dociekanie


Zawód dziennikarza łatwy nie jest, ale niezmiernie pasjonujący w arcyciekawym czasie teraźniejszym i przyszłym. Wiadomości, informacji i newsów nigdy nie zabraknie (jak gorzały, kłaniam się Wiesławowi Gołasowi). Mało, tempo ich narastania zastraszająco rośnie. Kandydat do zawodu gryzipiórka (czy ktoś jeszcze pamięta to określenie?) może się zdeklarować jako prawicowiec, lewicowiec lub obserwator/komentator neutralny. To ogólny podział ze wskazaniem na szczegółowe podgrupy, np. wyznawców teorii spiskowych. Dziennikarze o zdecydowanie sprecyzowanych poglądach mają się zdrowiej, gdyż ich skrajne opinie wzniecają kontrowersje (ale nie u ich wyznawców), są komentowane, buntowane, opluwane. Natomiast bezpłciowi są ci neutralni, tacy, którzy usiłują dociec prawdy (jeśli takowa nie istnieje, to chociaż się do niej zbliżyć), konfrontując źródła. Taka była (ale czy nadal jest?) święta zasada prasy brytyjskiej uchodzącej za wzór dla światowych mediów (czy nadal obowiązuje po aferach z „News of the World”?). Z drugiej strony, odbiorcy mediów również dzielą się na wspomniane wyżej trzy grupy. Ci bardziej światli, otwarci chcieliby poznać stanowiska przeciwstawne w jednym medium, żeby nie musieć kupować „Wyborczej” i „Gazety Warszawskiej” dla wyrobienia sobie wyważonej opinii „w temacie”. Ale do czego zmierzam? Aha. Krzysztof Skowroński został ponownie wybrany na prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, uzyskując 109 głosów, a jego jedyny rywal, Krzysztof Bobiński, zaledwie 24. Skowroński ma opinię dziennikarza o wyraźnych skłonnościach propisowskich, czemu dawał i daje wyraz. Oczywiście, to nie grzech, mieści się w akceptowanym kanonie. Bobiński, były korespondent „Financial Timesa” w Polsce, to zdeklarowany konserwatysta. Jeśli delegaci na wybory SDP wybrali tak zdecydowanie Skowrońskiego, to czy to znaczy, że organizacja dziennikarska popiera orientację polityczną wyznawaną przez swojego szefa? Może powinna rozszerzyć nazwę na PiSSDP?


Komentarze: decydent@decydent.pl


Środa, 29.10 – Żydzi i inni


Mało nas (będzie) do pieczenia chleba. Tylko nam, tylko nam… kogo tu potrzeba? Nieco strawestowałem fragment znanej niegdyś piosenki przedszkolnej (czy jeszcze jest śpiewana w tych przybytkach?). Demografowie piszą, że w Polsce za pięć lat zabraknie rąk do wykonywania głównie niewykwalifikowanych i robotniczych prac. Pada horrendalnie wysoka liczba potrzebnych nam corocznie gastarbeiterów – 140 tysięcy. Już wiemy, że będą to goście z byłych demoludów oraz Azjaci. Ukrainki, Ukraińcy, Wietnamczycy i Chińczycy już się u nas zadomowili, a my do nich przyzwyczailiśmy. Nie wzbudzają negatywnych emocji, przypadki agresji zdarzają się rzadko. Trudniej żyje się u nas ludziom o ciemniejszym kolorze skóry niż nasza. I nie wiadomo, dlaczego – w powszechnej stereotypowej opinii – są przez nas dyskryminowani, obrzucani obelgami. A może ten rasistowski obraz jest już w Polsce stopniowo zapominany? A Żydzi? Nie rzucają się w oczy, zasymilowali się. Pozbyciu się bezzasadnych stereotypowych wizerunków służy właśnie otwarte Muzeum Żydów Polskich w Warszawie. W stosunkach polsko-żydowskich tyle samo oskarżeń mieści się po obu stronach. Od lat młodzież szkolna z Izraela obowiązkowo odwiedza obozy koncentracyjne utworzone przez hitlerowców na naszych ziemiach – tak jednostronnie uczą się wspólnej historii. Teraz drugim obowiązkowym punktem pobytu w Polsce powinna stać się wizyta w nowo otwartym muzeum, które pokazuje życie Żydów w Polsce, a nie tylko ich zagładę. Ideałem ojców założycieli Unii Europejskiej było stworzenie wspólnej, pokojowej przestrzeni dla kilkuset milionów ludzi, obywateli Europy. A nie cudzoziemców. Co prawda, dzisiaj widać oznaki separatyzmów, zamykania się przed obcymi, ale śmiałe idee mają to do siebie, że kiedyś wracają.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Wtorek, 28.10 – Dzienniczek polityka


Wiesław Michnikowski w znakomitym skeczu sprzed lat kilkudziesięciu nawyzwierzęcał się nad synem, którego dzienniczek szkolny wpadł mu w ręce. Nawyzywał syna od nieuków, głupków i idiotów komentując uwagi pisane przez nauczycieli w dzienniczku, umiejętnie porównując swoje osiągnięcia do dokonań latorośli, kiedy był w wieku szkolnym. I tak uwaga po uwadze z komentarzami. Aż doczytał do takiego zapisu: Rzucił kałamarzem w portret prezydenta Mościckiego. I w tym momencie spojrzał na okładkę dzienniczka: Wiesław Michnikowski rok szkolny 1939. Nie wiem, czy dzisiaj w szkołach nadal obowiązują dzienniczki, nie wiem, jak nauczyciele porozumiewają się z rodzicami (oprócz zebrań, niegdyś zwanych wywiadówkami). W każdym bądź razie, dzienniczek, jako archiwum pamięci, przypomniał mi się podczas lektury wywiadu z Tymonem Tymańskim w weekendowej „GW”. Muzyk, kompozytor, felietonista proponuje coroczne egzaminy dla polityków „z pytaniami o marzenia, ideały, motywację, kwalifikacje, o to, co chcą zmienić; i wariograf by się przydał”. To dobry pomysł: każdy polityk powinien mieć w internecie dzienniczek, w którym zapisywałby dobre uczynki. A wyborcy dopisywaliby komentarze oraz niespełnione obietnice. Polityków rozliczałoby się raz do roku, a nie co cztery lata. Takie obywatelskie inwigilowanie miałoby kapitalne znaczenie dla jakości politycznego oraz społecznego życia – dla demokracji przedstawicielskiej. Pamięć ludzka jest bowiem zawodna, tworzą się luki w szczegółach ważnych wydarzeń; a kto by pamiętał, czego dokonał i czemu sprzeniewierzył się przed czterema laty poseł X? A gdyby były dzienniczki, to wyborca szybko odświeżyłby pamięć i świadomie wydał głos przy urnie. No, to sobie pogdybaliśmy.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Poniedziałek, 27.10 – Żart wart tynfa


Dobry żart tynfa wart. Przysłowie, które mało kto pamięta, a na pewno nikt nie wie, co to ów tynf. Wyjaśniam więc, iż to potoczna nazwa polskiej srebrnej złotówki bitej przez Andrzeja Tymfa w latach 1663-67. Ten srebrnik musiał mieć wtedy sporą wartość, skoro chciano nim wynagradzać żartownisiów. Nikt też nie wie, dlaczego z tymfa zrobiono tynfa. Może zmiana zatarła się w późniejszych wiekach i jakiś kronikarz zapisał błędnie, co wtedy nagminnie się zdarzało. A po cóż taki długi wstęp? Dostałem dzisiaj mailem taki oto dowcip. Facet oznajmił, że wymówił ubezpieczenie domu, pozbył się alarmu, odrzucił sąsiedzką ofertę wspólnego monitorowania bezpieczeństwa. W zamian na frontowym trawniku swojego domu, w obu narożnikach ustawił flagi pakistańskie, a w punkcie centralnym czarną flagę Państwa Islamskiego. Jego dom natychmiast stał się obiektem permanentnego zainteresowania policji, wywiadu i służb specjalnych. Pomysłodawca pisze, że nigdy nie czuł się tak bezpiecznie. I teraz zagadka: czy ten żart tynfa jest wart?


Napisz komentarz: decydent@decydent.pl


Piątek, 24.10 – Węglarze kontra czyściochy


Czarne złoto, tak propaganda PRL-u nazywała węgiel. A robotniczą elitą byli górnicy. Tak, jak za młodu towarzysz Edward Gierek. Cała Polska widziała, słyszała i czuła, jak I sekretarz KC PZPR faworyzuje kopalnianą brać. Doroczne Barbórki były huczne, a żeby na nie szybko dojeżdżać górnik-sekretarz nakazał wybudowanie z Warszawy do Katowic niemal autostrady. Wdzięczny lud nazwał drogę gierkówką. A Polska jak stała, tak na węglu stoi. I ani drgnie (nie licząc protestów w obawie o zamykanie kopalń). Los budowy pierwszej elektrowni atomowej nadal niepewny. Wiatraków mało. Ropa naftowa i gaz drogie i nie u nas. A czymś trzeba świecić, ogrzewać i produkować. A więc węgiel. A tu wraże europejskie i światowe moce grożą ograniczeniami emisji dwutlenku węgla, mamią alternatywnymi źródłami czystej energii. Przyszłość rysuje się pięknie, ale w życiu wiecznym, bowiem docześnie Polska bez węgla nie przeżyje. Błogi spokój usiłują zakłócić ekolodzy z organizacji AVAAZ.org. Napisali petycję do państwowych, lokalnych i międzynarodowych przywódców o doprowadzenie jeszcze przed rokiem 2050 do gospodarki stuprocentowo zasilanej przez czystą energię. No czysta utopia. Za przywódczynię obrali Ewę Kopacz i sprokurowali niezły plakat agitujący, na którym nasza premier przewodzi czystej krucjacie, a za pretorian ma Angelę Merkel, Francoisa Hollande`a i Davida Camerona. Niezły, kreatywny pomysł. Tylko odważne idee mogą zmienić świat.


Napisz komentarz: decydent@decydent.pl


24.10.  Damy sobie radę ! Odziani w skóry, siedząc w obronionej przez czyściochów Dolinie Rozpudy przy lampie naftowej narodowego wynalazcy no 1 , mistrza Łukasiewicza, obserwować będziemy uratowaną ropuchę, za którą my zginiemy.


Sławek Czerniak


Czwartek, 23.10 – Sikorski go home!


Co za dureń powiedział, że polityk to też człowiek i może mieć chwile słabości lub pomroczności jasnej. Polityk to taki typ, który myśli i powtarza tylko słuszne tezy lub klepie to, co mu nakazał prezes. Nie ma czasu ani miejsca na dywagacje. Konfabulujące pamiętniki ma prawo napisać dopiero na emeryturze. Radosław Sikorski nie po raz pierwszy dowiódł, że na polityka międzynarodowej rangi się nie nadaje. Wiedziała o tym Ewa Kopacz pozbawiając go fotela ministra spraw zagranicznych. Marszałek Sejmu, choć to druga osoba w państwie, też ma możliwości kompromitacji, ale (teoretycznie) na własnym podwórku. Jednak okazuje się, że w zglobalizowanym cyberświecie nikt nie ma prywatnego podwórka – może nań zajrzeć każdy, nawet obywatel Sierra Leone. Mając tego świadomość polityk musi wiedzieć, że nie jest osoba prywatną lecz publiczną. Nie może snuć opowieści pod tytułem „co by było, gdyby?” Stanu politycznego trzeba się żmudnie i długo uczyć, jednak ten trud nie dotyczy aspirantów do służby publicznej w Bolandzie. Dochrapawszy się politycznego stanowiska ci delikwenci zatracają wszelkie granice. W chwili kryzysu nie potrafią się honorowo opuścić stanowiska. Bo w Bolandzie kurczowe trzymanie się stolca wiąże się z władzą, a władza z pieniądzem. A polski polityk do polityki przychodzi jako biedak. I szybko musi się nachapać. Z Sikorskim jest trochę inaczej, ale nie zmienia to faktu, że musi odejść. Podwoda do Chobielina już czeka.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Środa, 22.10 – Nike bez skrzydeł


Ludzie, nie czytajcie książek, bo wyalienujecie się ze społecznego obiegu informacji. Zacznijcie czytać brukowe gazety i takież portale. To w nich kipi codzienne życie, to esencja intelektualnych wartości. Występuję tu jako żywy przykład książkowej ciemnoty. Otóż, doczytawszy do ostatniej strony biografię Oriany Fallaci wziąłem do ręki zaległe media drukowane. A tam, na ostatniej stronie informacja o kapitalnej aferze, którą przeoczyłem. Afera to co się zowie, na wyżynach artystyczno-intelektualnych. Pani wyzwała pana od dłużników, pan oskarżył panią o seksualne molestowanie. Pani ma lat 60, a pan 38. Nic to jeszcze – pan ma kochanka, czyli jest biseksualnych, albo jest gejem, a panią (poświęcając się do seksu z nią) chciał tylko wykorzystać (na 13 tysięcy złotych i 150 euro). Pan jest chytrym lisem, który wie, gdzie są piece, z których można jeść chleb. Homopartnerem pana jest (może już byłym?) sekretarz Nagrody Literackiej Nike, Juliusz Kurkiewicz. A pana książka „ości” pretendowała do tego prestiżowego wyróżnienia wartego 100 tys. zł. Mamy tu więc kompletny pomysł na scenariusz filmowy albo dla pani Kalicińskiej, albo Grocholi na powieść. Pani to literacka krytyczka Kinga Dunin, a pan to Ignacy Karpowicz. W roli drugoplanowej wystąpił krytyk literacki Juliusz Kurkiewicz. Reżyseria: samo życie.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Wtorek, 21.10 – Fundatorzy


Nie wzięli przykładu z Tyzenhausów lub Platerów i nie ufundowali żadnego klasztoru, kościoła, bazyliki, katedry. Ich zdolność do życia poza historią, ideą i obyczajami zdumiewała. Tak pisze Eustachy Rylski w opowiadaniu „Szara lotka”. My, współcześni, dodalibyśmy jeszcze: biblioteki. To zdanie mistrza Rylskiego przywodzi na myśl naszych dzisiejszych bogaczy, choćby z dorocznej listy tygodnika „Wprost”. Wiem nieco, co się w moim kraju dzieje, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć, aby Zygmunt Solorz ufundował dla potomnych salę koncertową swojego imienia, o kościele czy klasztorze nie wspominając. Tak jak Andrew Carnegie. Grażyna Kulczyk, najbogatsza Polka, jest właścicielką Starego Browaru w Poznaniu, ale próżno szukać jej imienia w nazwie. Tak jak Rockefeller Center. Ryszard Krauze kilka lat temu uratował Dom Karola Wojtyły w Wadowicach, wykupując zabytek z rąk prywatnych i przekazując miastu. Trudno, żeby dom papieża nazwać imieniem Krauzego, ale zapewne jakaś tablica upamiętniająca ten gest (o ile pamiętam za 1 mln 200 tys. USD) zawisła na poczesnym miejscu. A biblioteki prezydenckie? Ronalda Reagana, Richarda Nixona i wszystkich amerykańskich prezydentów. Nie ma sanktuarium książki ani Wojciecha Jaruzelskiego, ani Aleksandra Kwaśniewskiego, ani Lecha Kaczyńskiego. Czy będzie Bronisława Komorowskiego? Może to właśnie on zrobi początek jako historyk i człowiek dużo i ze zrozumieniem czytający? Na pocieszenie mamy jednego rodzynka. To Instytut Lecha Wałęsy. W Warszawie czeka na wybudowanie… Jana Kulczyka Muzeum Sztuki Współczesnej??????


Komentarze: decydent@decydent.pl


Poniedziałek, 20.10 – Oriana i Lech


Lech Wałęsa obiecał Orianie Fallaci, że zajmie dla niej miejsce w raju. Niestety, to ona odeszła wcześniej. I na pewno nie czeka tam na naszego Lecha. Słynna włoska dziennikarka rozmawiała z Wałęsą dwukrotnie, po kilka godzin. Wywiad w światowych mediach (nie w Polsce – czuwała cenzura przy ulicy Mysiej w Warszawie) ukazał się w marcu 1981 roku. Mimo, iż podczas spotkania w Gdańsku Fallaci dwukrotnie doprowadziła Wałęsę do bólu głowy, powiedziała, że jest z fizjonomii podobny do Stalina, to bardzo dziękował jej za sześć godzin spędzonych na rozmowie, zapewniając, że nigdy o niej nie zapomni. Oriana Fallaci zmarła na raka w 2006 roku. Kilkanaście dni temu ukazała się książka Cristiny de Stefano zatytułowana: „Oriana Fallaci. Portret kobiety”. Po latach, które minęły od wywiadu z Wałęsą, Fallaci powiedziała we włoskiej gazecie (cytuję za de Stefano): „Wałęsa mi się nie spodobał. Zrozumiałam, że był próżnym i pewnym siebie ignorantem, bigotem ustawionym przez Kościół katolicki tak, jak producent filmowy ustawia aktorzynę bez talentu. Wyczułam w nim lekki smrodek faszystowski, jak u tych, co dochrapawszy się władzy, ofiarowują swemu kierowcy lub koniowi fotel senatora. Ale wobec dylematu: napisać o tym i przysłużyć się w ten sposób komunistom albo raczej Moskwie, czy też nie napisać, wybrałam to drugie. Problem w tym, że w dziennikarstwie nie dysponuje się czasem, by móc wszystko głęboko przemyśleć”.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Piątek, 17.10 – Wojny futbolowe


Od czasu, kiedy piłka nożna rządzi światową polityką, wojny futbolowe są na porządku dziennym. My mamy swoją permanentną wojnę polsko-ruską, Salwador z Hondurasem miał (żeby tylko przypomnieć doskonały reportaż Ryszarda Kapuścińskiego), w Afryce wojuje każdy z każdym. A ostatnio w Belgradzie piłkarze Albanii zostali pobici przez piłkarzy Serbii. A konkretnie, to Serbowie zaatakowali bogu ducha winnych zawodników albańskich, którzy byli totalnie osamotnieni, gdyż ich kibiców nie wpuszczono na stadion w obawie o bezpieczeństwo. A poszło o flagę Wielkiej Albanii, która pojawiła się nad boiskiem przyczepiona do drona. Według jednej wersji, drona spoza stadionu wyekspediowali Albańczycy. Takiej prowokacji „waleczni” Serbowie nie mogli zdzierżyć. Ale na trybunach nie było wrogów. Zaatakowali więc kopaczy gości. Sędzia mecz przerwał, Albańczycy schronili się w szatni i bali się wyjść na murawę. Serbskie media podały (to druga wersja), że drona z flagą z loży honorowej wypuścił brat premiera Albanii. Oskarżeni zaprzeczyli. Nie szkodzi, pretekst do wojny jest doskonały. Dopóki Josip Broz Tito żelazną ręką trzymał w ryzach narody Jugosławii, dopóty był spokój. Obywatele dzisiejszych państw postjugosłowiańskich tylko pozornie żyją w symbiozie. Ogień pod tyglem ciągle buzuje.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Czwartek, 16.10 – Sprężynowy obciach


No nie! Sprężyna ma być logiem Polski! Ratunku!!! Od pięciu do siedmiu czerwonych kresek tworzących chińskie zygzaki ma symbolizować to, co w Polakach najlepsze, czym chcemy się chwalić na całym świecie i dzięki czemu tamże będziemy natychmiast rozpoznawani i kojarzeni z narodową sprężystością. Takie logo mógł wymyślić tylko ktoś, kto nas w ogóle nie zna, ale potrafi – trzeba przyznać – uruchomić pokrętne procesy intelektualne. Otóż, naszą sprężystość wymyślili Anglicy, a konkretnie ludzie z agencji Wally Olinsa (zmarł w tym roku) – Saffron Brand Consultants. A my jeszcze im zapłaciliśmy za to milion złotych. Co prawda, wiadomą oczywistością jest, że sami siebie nie znamy, nie potrafimy ocenić ani docenić. Ale to jednak my, sponiewierany i wyzwolony naród, społeczeństwo, znamy siebie i swoje przywary historyczne, geopolityczne, kulturowe i społeczne najlepiej. Wiemy też, do czego chcemy dążyć. I to my sami powinniśmy metodami wielu prób, błędów i konsultacji społecznych wydumać logo Polski; logo, które po wielu burzach mózgowych byłoby do zaakceptowania przez co najmniej 80 procent obywateli. A tu masz, Angole wprawiają Polaków w osłupienie, doprowadzają do depresji. Sprężynowe logo na swoich produktach, materiałach reklamowych będzie mógł umieszczać każdy – będzie to dobro publiczne. Ale żeby logo rozpromowało Polskę w świecie, to musi być zaakceptowane i używane powszechnie. Jakoś nie widzę, aby Polacy masowo uchwycili się sprężyny. To raczej międzynarodowych obciach. Bo kto poprawnie odczyta intencję kilku kresek?


Komentarze: decydent@decydent.pl


Środa, 15.10 – Fuksa nie było


Jako okazjonalny kibic oczywiście oglądałem mecz ze Szkotami. Obawiałem się o wynik, chociaż przypuszczałem, że jednak wygramy. Gdybyśmy umoczyli, to mogło się okazać, że trzy dni wcześniej Niemców 2:0 pokonaliśmy fuksem. Jednak – nie, mamy zawodników, którzy potrafią grać w piłkę, piłkę drużynową. To istotne podkreślenie, gdyż u naszych kopaczy często dawał o sobie znać gen indywidualizmu, popisywania się solowymi zagrywkami. Dzięki trenerowi Adamowi Nawałce zrozumieli, że piłkę po murawie kopie się dwudziestoma dwiema nogami, a nie dwiema. I to było wczoraj na Narodowym widać i słychać (na trybunach). W ostatnich minutach meczu trzeci gol dla nas wisiał na włosku. Szkoda, że nie padł, bo na niego zasłużyliśmy, jako zespół lepszy. Remis spowodował jeden pozytywny efekt: polscy i szkoccy kibice mogli spokojnie, przyjacielsko uchlać się piwem i nikt (zapewne) nikogo nie pobił. W każdym bądź razie, dzięki naszej reprezentacji odrodził się duch radości w narodzie. I za to również należy się naszym piłkarzom uznanie.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Wtorek, 14.10 – Czeska tęsknota


Bracia Czesi zawsze odstawali od reszty towarzystwa z demoludów, wyróżniają się i dzisiaj. Jako Czechosłowacy słynęli z czeskich filmów, swoistego poczucia humoru, umiejętności śmiania się ze swoich przywar. No i mieli najlepsze w obozie piwo Budweiser Budvar. Pomogliśmy im w 1968 roku utrzymać komunizm, za co nas znielubili. Tak wydawało się do teraz. W roku 2014 wszystko wskazuje na to, że za udział w koalicji interwencyjnej przed 46 laty są nam jednak wdzięczni. Bowiem z sondaży wynika, że coraz więcej Czechów tęskni do powrotu komunizmu, a będzie to już 18 proc. Do restauracji starego nie mają długiej drogi. Komunistyczna Partia Czech i Moraw ma się coraz lepiej i sięga po władzę w samorządach, a to pierwszy etap na powrotnej drodze. Nad Wisłą, gdzie trudno sobie wyobrazić (na razie?), powrót partii komunistycznej, zwanej eufemistycznie Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą, może urodzić się pytanie: jakiego cofniętego komunizmu życzą sobie czescy towarzysze? Czy takiego z cenzurą polityczną (prewencyjną), czy z wszechwładzą monopartii, urawniłowki, ale z przywilejami dla klasy rządzącej? A może tęsknią do spokoju socjalnego, względnego dobrobytu, skodavki pod blokiem, pewności zatrudnienia? Tak być może. Ale, pane Havranek, to se ne vrati. Najpierw musicie rozmontować kapitalizm i zniwelować jego skutki. I zacząć budowanie świadomości obywateli od podstaw. Przykład niech wam da Państwo Islamskie.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Poniedziałek, 13.10 – Narodowa duma


Wszyscy Polacy znają wyniku meczu piłkarskiego Polska – Niemcy, który brzmi: dwa do zera dla naszych. Jest to wydarzenie tak bez precedensu, że informacja zdominowała czołówki wszelkich mediów. Dodam, że z niemieckimi kopaczami albo nigdy nie wygraliśmy, albo zdarzyło się to tak dawno, że nikt nie pamięta. Wynik na Stadionie Narodowym można nazwać cudem nad Wisłą (nie tylko ze względu na bezpośrednią bliskość rzeki), bowiem polska reprezentacja w rankingu światowym plasuje się gdzieś na 70. miejscu, a Niemcy to obecni mistrzowie świata. To tyle oczywistości, powszechnie już znanych. Co jeszcze zwracało uwagę? Świetna atmosfera na stadionie, wielowiekowa publiczność, bardzo dużo dzieci. Tłumy wyglądały europejsko i tak też się zachowywały. Nie doszło do żadnych bójek, bo nie mogło, wszak grała reprezentacja narodowa. Mecz ligowy to co innego – tu wręcz wypada skotłować kibiców drużyny przeciwnej. Mam taki postulat (pustolat?): niech po meczach ligowych organizatorzy płytę boiska udostępniają na walki kibiców. Natłuką się na miękkiej trawie to i obrażeń będzie mniej. Ponadto, okoliczni mieszkańcy będą spokojni o swoje zdrowie i mienie. A dumę przenieśmy na Stadion Narodowy.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Piątek, 10.10 – Hrabia Visconti


Dobrze, że telewizja jest skanalizowana, bo ma taki format jak TCM – Turner Classic Movie. Pokazuje się w nim klasykę światowego kina. Nie wiem, jak liczną kanał ma widownię i jak wiekową, ale na pewno każdy telewidz znajdzie tu coś interesującego. Wczoraj pokazano „Śmierć w Wenecji” z 1971 roku. Koneserzy kina na pewno pamiętają Luchino Viscontiego, hrabiego di Lonate Pozzolo, znakomitego reżysera filmu włoskiego. Do dzisiaj dobrze ogląda się jego debiut kryminalny „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy” z 1941 roku, ale bardziej znane są jego „Zmierzch bogów” czy „Lampart”. Co do „Śmierci w Wenecji” to nie fabuła tym razem mnie zainteresowała, choć bliska polskiemu widzowi (Tadzio z rodziną spędza wakacje w owym mieście, a fascynuje się jego urodą austriacki kompozytor Aschenbach; są tu wyraźne podteksty homoseksualne), ale sposób realizacji filmu, montaż oraz oprawa muzyczna. Uderzająca współczesnego widza jest praca kamery – długie ujęcia, przejazdy, najazdy, podążanie za bohaterem, niemal całkowity brak cięć, nawet do zbliżeń twarzy – tu też kamera najeżdża. Takie naturalne ujęcia sprawiają, że widz płynnie podąża wzrokiem za krokami (i myślami) bohatera, nie skacząc oczami, jak to ma miejsce przy dynamicznym, dzisiejszym, montażu. W pierwszej chwili taka spowolniona płynność jest trochę denerwująca, może nawet nużyć, ale tylko chwilowo. Visconti operowaniem spowolnionym obrazem tworzy taki klimat, tak doskonale opowiada o rozterkach duchowych Aschenbacha, że trudno się od filmu oderwać. Dzisiaj nikt już nie filmuje Viscontim (zmarł w 1976 roku), ale jest TCM, która pamięta o tym i innych Mistrzach.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Środa, 8.10 – Cichy Eustachy


Umilkły fanfary po przyznaniu tegorocznej Nagrody Nike. Teraz lud czytający rzuci się do księgarń kupować nagrodzone dzieło Karola Modzelewskiego „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”. W cieniu laureata, cichutko, pojawiła się w księgarni nowa książka Eustachego Rylskiego herbu Ostoja. To dziewięć opowiadań pod wspólnym tytułem „Szara lotka”. Z Rylskim jest podobnie, jak z Wiesławem Myśliwskim – obaj wybitni, obaj nie są celebrytami, żyją w cieniu. Blaskiem świecą ich książki, ale te fakty doceniają tylko prawdziwi wyczytywacze. Chłopski syn Myśliwski dwukrotnie zdobył Nike, a Rylski był tylko do niej nominowany – ze znakomitym „Warunkiem”. Myśliwski ma 82 lata, a Rylski dopiero 70, więc może jeszcze Nike za kolejną książkę uzyska (jeśli pisarska młodzież pozwoli i odda pola). Tym bardziej, że pisze częściej niż Myśliwski. Być może Myśliwskiego „Ostatnie rozdanie” było pożegnaniem z czytelnikami. Bowiem napisanie jednej książki zajmuje Mistrzowi kilka lat.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Wtorek, 7.10 – Doktor Marek


Nie potwierdzać. Nie zaprzeczać. Milczeć. Oto jest metoda! Gdzieś pojawia się przeciek. Nie wiadomo: plotka to, czy źdźbło prawdy? Znikąd potwierdzenia. A zainteresowani milczą. Jak grób. Aż pojawiają się fakty. Kompromitujące. Marek Goliszewski, założyciel i wieczny prezes Business Centre Club, napisał doktorat. Dobrze na wizytówce wygląda dr przed nazwiskiem – wzbudza szacunek i podziw dla naukowego intelektu. I nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie ciąg etycznie kompromitujących zdarzeń. Dysertacja jest tak miałka, że wzbudza publiczne kpiny. Promotorem był prof. Andrzej Zawiślak, współtwórca BCC, doktorat wydał Uniwersytet Warszawski. Kilka konfliktów interesów. Jakieś niegodziwe głosy domagają się, aby Goliszewski dobrowolnie, honorowo, wykreślił dr sprzed nazwiska. Atakowany jednak milczy, żal mu trudu i prestiżu. Może przeczeka burzę. Ale środowisko biznesowe nie zapomni. Kompromitacja na zawsze, ale nie wymóg wyrzekania się tytułu naukowego. W innej sytuacji był Karl-Theodor zu Guttenberg, niemiecki minister obrony, czy Pal Schmitt, były prezydent Węgier – obaj przepisali zbyt duże fragmenty swoich doktoratów. Obaj honorowo zrezygnowali ze stanowisk, ale nie wiem, czy zrzekli się naukowych tytułów. Doktor Marek Goliszewski nie zrezygnuje ze stanowiska prezesa, bo przecież BCC to jego firma. Ponadto, z jakiego powodu miałby zdegradować się do magisterium?


Komentarze: decydent@decydent.pl


Poniedziałek, 6.10 – Brzydcy dwudziestoletni


Wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat to już bardzo odległa historia. Historia najciemniejszych lat PRL-u. Kto ją przeżył, to pamięta. Kto urodził się w demokratycznym dwudziestopięcioleciu, tego ona nie interesuje, a jeśli nawet, to będzie niezrozumiała. No bo jak wychowanym w demokracji i kapitaliźmie wytłumaczyć reżim braku wolności słowa przede wszystkim. Jak objaśnić i uzasadnić postawę władzy, która nienawidzi własnych obywateli, boi się ich, ogranicza ich rozwój, a często ich unicestwia? Gorzki los spotkał Marka Hłaskę, znakomicie zapowiadającego się pisarza. Wyjechał legalnie z Polski, ale reżim Gomułki nie chciał go widzieć z powrotem. Pisarz zmarł nagle w RFN w 1969 roku. Agora wznawia wszystkie jego opowiadania i powieści, wśród nich najsłynniejszą – w owym czasie – „Pięknych dwudziestoletnich”. Po latach przeczytałem ją ponownie, wydanie z 1989 roku z siedmioma zaznaczonymi nawiasami ingerencjami cenzury (czy młodzież wie, co oznacza to słowo?). Cena: 650 zł (biały kruk?). Hłasko tak zaczyna: „W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym, w lutym, wysiadłem na lotnisku Orly z samolotu, który wystartował z Warszawy”. Otóż to, 56 lat temu. I dalej toczy opowieść o postaciach politycznych i artystycznych tamtych czasów. Jest też sporo obrazków obyczajowych. Dla kogo owo historyczne pisarstwo może być interesujące? Jako się rzekło, dla uczestników tamtych lat, wspomną młodość z nostalgią, ale tylko z powodu owej młodości, a nie przeżyć pod komunistycznym butem. Ilu będzie takich czytelników? Niewielu. Czy 25-latkowie sięgną po „Pięknych dwudziestoletnich”? Szczerze wątpię, przecież nie wiedzą i nie obchodzi ich, kto to byli Gomułka, Putrament, Giedroyc, Rudnicki, Andrzejewski, Newerly, Sandauer, Gombrowicz, Mach, Broniewski i inni, a o nich pisze Hłasko, bo byli mu współcześni i wywarli wpływ na jego myślenie, postrzeganie świata, pisarstwo. Tak więc „Piękni dwudziestoletni” są dzisiaj nieatrakcyjni, brzydcy i zapomniani. Pocieszające jest to, że Marek Hłasko dobrym pisarzem był i wszystkie inne jego utwory z powodzeniem, zrozumieniem i refleksją mogą czytać i starzy, i młodzi.


Komentarze: decydent@decydent.pl


Autor ma wiele racji. Książa ta jest kultową dla Polaków którzy żyli w tym czasie ,na podobnym poziomie intelektualnym i poczuciu humoru zwłaszcza. Są w niej perełki zwrotów które stosuję niekiedy. Myślę że studenci politologii, historii i młodzi dziennikarze powinni zgłębić tą pozycję. Są tam zwroty które jak się okazuje są nieśmiertelne i zrozumiałe dla młodych także. Przytoczę tylko dwa : ” Byłem wtedy chłopcem małym o szczerym spojrzeniu Słowianina który kłamie” i Sierzputowskiego : „ Bo mnie się wszystko z dupą kojarzy „, które są ponadczasowe w naszej ojczyżnie…

Sławomir Czerniak

Piątek, 3.10 – Dopełnienie


Mało kto pamięta autorów zmarłych, chyba że klasyków i wieszczów, do których był przymuszany w szkole. Agora rozpoczęła wznawianie dzieł wszystkich Marka Hłaski. Młodzieży to nazwisko nic nie mówi, autor zmarł nagle w 1969 roku, mając zaledwie 35 lat. Napisał kilkanaście powieści – wszystkie były bestsellerami na przełomie lat 1950/1960, według kilku nakręcono filmy, np. „Pętlę” czy „Bazę ludzi umarłych”. W 1958 roku wyjechał na stypendium do Paryża i… nigdy do Polski nie wrócił. Kilka nierozważnych, acz niegroźnych dla komunistycznego reżimu Władysława Gomułki, słów, mieszkanie i publikowanie w „Kulturze” u Jerzego Giedroycia, współpraca z niemieckim wydawnictwem, to wystarczyło, aby z Hłaski uczynić wroga PZPR, bo przecież nie obywateli, czytelników. Jedenaście lat przymusowej emigracji w RFN, Izraelu i USA pisarz przeżywał traumatycznie. Do kraju chciał wrócić – pisał listy, przepraszał, obiecywał, ale Gomułka był bezwzględny. Emigracyjne lata Hłaski to pasmo u

W wydaniu nr 155, październik 2014 ISSN 2300-6692 również

  1. CHIRURGIA PLASTYCZNA

    Gdy rozum śpi - 28.10
  2. NIE TYLKO MŁODOŚĆ

    Cudowne komórki - 28.10
  3. Z KRONIKI BYWALCA

    Dzieci uchodźcy - 23.10
  4. GALERIA SCHODY

    Anioły Tęczą Malowane - 23.10
  5. BASQUIAT, KOONS, WOOL

    Najdroższe nazwiska na rynku sztuki - 22.10
  6. AUGUSTOWSKIE DYLEMATY

    Goło, ale niekoniecznie wesoło - 15.10
  7. TP NR 43

    Franciszek otwiera III Sobór - 22.10
  8. NATURALNOŚĆ W PEŁNEJ KRASIE

    W Bieluchu nie ma już gumy guar - 13.10
  9. DEGUSTUJMY KONESERSKO

    Inwestorzy stawiają na whisky - 10.10
  10. LEKTURY DECYDENTA

    Wzlot i upadek Imperium - 3.10
  11. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Tajemnice towarzysza Poliszynela - 24.10
  12. EUROPEJSKIE NOWE IDEE W SOPOCIE

    Marszałek Sikorski ogranicza bankierów - 3.10
  13. IMR I GOLDEN ROSE

    Razem pięć lat - 3.10
  14. RYNEK SZTUKI

    Dobre nastroje - 3.10
  15. I CO TERAZ?

    Widzi mu się - 23.10
  16. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    To już 600 lat - 24.10
  17. WIATR OD MORZA

    Wszyscy chcą iść do nieba, ale nikt nie chce umierać – 29.10
  18. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Piątek, 31.10 – Jak doktor z doktorem
  19. W OPARACH WIZERUNKU

    Wrażenia i kreacje - 1.10
  20. NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO

    Uniwersytet Trzeciego Wieku - 1.10