Established 1999

DECYDENT SNOBUJĄCY

1 stycznia 2014

Piątek, 31.01 – Obrazy powstań

Jeśli w Warszawie jest minus 10 stopni, to w Kijowie na pewno znacznie mroźniej. I przy takiej temperaturze Ukraińcy walczą z władzą.


Mimo skrajnych warunków pogodowych zorganizowali świetnie funkcjonujące życie rewolucyjne na ulicy. Ruchome obrazki pokazywane w telewizjach przemykają nam przed oczami w ciepłych mieszkaniach, po czym idziemy do swoich zajęć. Realia mroźnego protestu najlepiej oddają fotografie. Zatrzymane w kadrze gigantyczne sople na barykadzie ze spalonego samochodu i innych zamarzniętych, więc trudnych do odróżnienia przedmiotów. Okutani ludzie przy koksowniku z kubkami czegoś gorącego w rękach. Stosy ubrań z górą worków na barykadzie w tle. To akurat fotografie Agaty Grzybowskiej z Majdanu, ale każdy fotograf może pochwalić się podobnymi, jeśli brał udział w dramatycznych wydarzeniach. W naszych słowiańskich narodach kołacze się jakieś fatum klimatyczne. Najczęściej rozpoczynaliśmy rewolty w najgorszym z możliwych terminach, żeby wspomnieć nasze powstanie listopadowe czy styczniowe. Dopiero po latach poszliśmy po rozum do głowy i ruszyliśmy przeciw władzy w czerwcu 1956 roku, czy z „Solidarnością” w lecie 1980. Reżim Jaruzelskiego też nie był w ciemię bity i wypowiedział wojnę narodowi w grudniu. Nie mają lekko Ukraińcy, oj, nie mają…


Czwartek, 30.01 – Waga dokumentu


Trzydzieści pięć sekund zajęło mi przejrzenie w księgarni Matras „Resortowych dzieci” (39,90 zł), najsławniejszej książki czasu zimowego. Z licznych recenzji wiem, że rzecz czyta się wartko mimo mnóstwa odnośników i cytowanych dokumentów. Właśnie – dokumentów. Autorzy lawinowo powołują się na papiery służb specjalnych zgromadzone w IPN-ie. Właśnie – dokumenty czy tylko papiery? Według definicji dokument to pismo urzędowe, a więc wydane przez organ państwa i podpisane przez jego uprawnionego przedstawiciela. Czy wszystkie tak sygnowane dokumenty mają tę sama rangę, wagę? Można wątpić. Nad postanowieniami najwyższego rangą dokumentu jakim jest Ustawa Zasadnicza, zwana Konstytucją, pracował olbrzymi sztab mądrych ludzi, przeprowadzano konsultacje społeczne. Jak porównanie rangi z Konstytucją wytrzymuje dokument sporządzony przez oficera SB? Czy jest równoważny? Dla autorów „Resortowych dzieci” – tak. Wielokrotnie już demaskowano metody preparowania esbeckich dokumentów. I teoretycznie lud pracujący miast i wsi Bolandy to wie. Jednak daje wiarę zapiskom w literackim arcydziele wspomnianej trójcy. Dochrapaliśmy się takiego świata, że każdy może napisać cokolwiek dodając znamiona prawdy i mamy sukces, mamy mętlik, mamy podział, mamy złość, mamy dramaty. A przed oszczerstwami szalenie trudno jest się obronić.


Środa, 29.01 – Bezzębne „Usta”


Znowu jakiś intelektualny biedak uruchamia kolejne pismo dla niewiadomokogo. Ma to być kwartalnik kulturalno-kulinarny (o kulturze żarcia?). Autor pomysłu i wydawca: Krzysztof Kozanowski, z zawodu fotograf. Nakład: 38 tys., z czego 10% będzie rozprowadzane w Berlinie, Paryżu, Londynie i Tokio (w jęzku polskim dla Polonii w Japonii?). 144 strony. Cena: 22 złocisze (ile to będzie jenów?). Stałe działy: rozmowa z gwiazdą (?), podróże, recenzje restauracji (tu doradzam recenzje barów mlecznych, w których zajadają się Japończycy goszczący u nas turystycznie; lubią też wina owocowe), przepisy, sesje zdjęciowe (mody czy potraw?). Kozanowskiemu wydaje się, że robiąc w przeszłości zdjęcia podpatrzył fajny pomysł na biznes. Czy mu się uda? Należy wątpić. Iluż bowiem znajdzie się snobów, aby kupować tak nudny kwartalnik? A iluż reklamodawców? OK, dwa-trzy numery ukażą się siłą rozpędu, ale nie więcej. Nakład też spadnie – do tysiąca egzemplarzy. Przypuszczam, że tyle uda się Kozanowskiemu rozesłać bezpłatnie po znajomych i potencjalnych reklamodawcach. Acha, jeszcze szalenie twórczy, ambitny, przysysający tytuł tej nowości: „Usta”.


Wtorek, 28.01 – Chleba naszego…


…daj nam Panie. Symbolicznie w modlitwie chodzi również o powodzenie ekonomiczne. A praktycznie wysiłki żywieniowców osiągnęły skutek: spożycie pieczywa spadło w ostatniej dekadzie o 30 procent i ten świecki obyczaj się utrzymuje. Mamy w kraju 8,9 tys. piekarni, a każdy z nas zjada rocznie 50 kg chleba. Dziesięć lat temu zajadaliśmy 104 kg. Analitycy przewidują, że w tym roku może zamknąć się nawet 300 domów chleba (jak to się gdzieniegdzie z szacunkiem mówi). Kupując codziennie różne gatunki pieczywa jestem nagabywany przez panie sprzedawczynie, żebym dokupił coś jeszcze: a to bułeczkę, a to drożdżóweczkę. Kiedyś takiej namolności nie było. Asortyment pieczywa był bardzo ograniczony, a i tak po zakup ustawiały się kolejki. Największymi gospodarczymi problemami PRL-u były: brak sznurka do snopowiązałek i niemożność upieczenie i dostarczenia do sprzedaży chrupiących bułeczek. To bezpowrotna przeszłość. Jako konsumenci i jako producenci czegokolwiek giniemy w różnorodności. Dobra jest dla nabywców, a ograniczająca dla wytwórców. Do takiego rynku wszyscy musimy się przyzwyczaić. Chociaż: co za dużo, to niezdrowo. Jednak: chleba naszego powszedniego…


Poniedziałek, 27.01 – Lobbyści z CIA


Jak powszechnie wiadomo, lobbing to wywieranie wpływu na władze ustawodawcze w celu zmiany prawa. Rzecznictwo interesów jest sztuką. Jedni uprawiają ją jawnie, inni ściśle tajnie. Z drugim przypadkiem mieliśmy do czynienia w 2002 roku. Wtedy to do naszego kraju zawitali więźniowie CIA, zwani powszechnie terrorystami. Za tę staropolską gościnność amerykańska Agencja zapłaciła naszej Agencji Wywiadu 15 mln dolarów. Okazuje się, że aby zalegalizować te pieniądze zmieniono zapis w ustawie o ABW. Mało tego: zmiana została dokonana już po powstaniu więzienia CIA w Starych Kiejkutach. Czyli, skuteczny i tajny lobbing miał miejsce po fakcie. Wywiadowcze lobbowanie rzeczywiście wymaga ciszy, więc zapis o finansowaniu polskich służb w ramach współpracy z zagranicznymi specsłużbami cichutko zniknął z nowej ustawy o Agencji Wywiadu. I nikt by się nie dowiedział, gdyby nie przecieki i śledztwo amerykańskich dziennikarzy. Podobnie było ze słynnym dopiskiem „lub czasopisma” przy ustawie o łączeniu mediów na różnych nośnikach. W kolejnym wydaniu fundamentalnej książki o lobbingu „Lobbing. Sztuka skutecznego wywierania wpływu” przypadek lobbingu CIA powinien zostać uwzględniony, z którą to prośbą zwracam się do autorów: Małgorzaty Molędy-Zdziech, Urszuli Kurczewskiej i Krzysztofa Jasieckiego.


Piątek, 24.01 – Obywatel szeryf


Szeryf z Sieradza bezlitośnie ściga pijanych kierowców i przekazuje ich w ręce policji. Potencjalnych morderców ma na swoim koncie 78. Nazwano go Mścicielem, choć za takiego cietrzewia się nie uważa. Robi swoje powodowany bezmózgowością pijaków na drogach. W czynie społecznie użytecznym. Nie jest westernowym łowcą nagród. A szkoda. Zgłaszam postulat, aby takich wolontariuszy nagradzać. Tylko powszechne donosicielstwo na przypadki łamania prawa na drodze może zaprowadzić ład, porządek i sprawiedliwość, a nie poronione pomysły z alkomatami. Zachętami do kablowania powinny być nagrody finansowe wypłacane przez samorządy lub władze dzielnic. Że taki morderczy scenariusz już był przerabiany w Związku Sowieckim przez, bodaj, Pawkę Morozowa, który doniósł Czerezwyczajce na własnych rodziców? Ja proponuję demokratyczne donoszenie – tylko w uzasadnionych przypadkach. Samozwańczymi szeryfami byliby obywatele, którym zależy. Proste? Tak. Ale mało realne.


Czwartek, 23.01 – Solidarny


Zastanawiałem się o czym dzisiaj napisać, gdy otrzymałem mailem oświadczenie Jurka Owsiaka. Wiele już napisano tekstów w jego obronie, dużo przeciw. Dodawanie moich trzech groszy byłoby powtórzeniem tez obrony. Solidaryzując się w pełni z Dyrektorem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zapraszam do przeczytania oświadczenia (po lewej, na dole strony). Tytuł oświadczenia jest mój.


Środa, 22.01 – Kij w mrowisku


Niezłe medialne wzburzenie wywołały resortowe dzieci. Rozliczanie przeszłości to smakowity temat dla szerokiej gawiedzi. Słowo drukowane to potęga. Na nic zdadzą się wyjaśnienia i zaprzeczenia. Jakiś osad, wątpliwość zawsze pozostanie. Nie jestem latoroślą jakiegokolwiek resortu, a wręcz uważam siebie za sierotę ideologicznego. Pamiętam, jak dziś, kiedy prosiłem ojca, aby zabrał mnie na pierwszomajowy pochód. Zawsze odmawiał, a ja wstydziłem się w szkole, że – jak inne dzieci – nie uczestniczyłem w pochodzie. Gdy raz, za późnego Gierka, jednak udaliśmy się na pochód, to nie maszerowaliśmy dumnie przed trybuną wypełnioną towarzyszami (nie ojca), ale staliśmy za drzewem, żeby nikt nas nie widział. Wtedy nie rozumiałem takiej postawy. Wiadomo, jeśli byliśmy dorośli za komuny, to musieliśmy gdzieś pracować. Jako bardzo początkujący redaktor działu zagranicznego dziennika „Rzeczpospolita” zostałem wysłany na powitanie Kim Ir Sena, dziadka ukochanego dzisiaj przywódcy Kim Dzong Una. Towarzysz Kim bał się latać samolotami, więc przyjechał pociągiem na Dworzec Centralny. Tam towarzysza Kima witał towarzysz Edward. Radosnym uśmiechom i pocałunkom nie było końca. A w ambasadzie Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej brać dziennikarską uraczono wódką żmijówką. Więcej grzechów z tamtego wydarzenia nie pamiętam, ale ostał się drukowany corpus delicti mojego zaprzaństwa: krótki komentarz podpisany akronimem. Dobre i to. Nazwisko nie zostało zszargane.


Wtorek, 21.01 – W Empikowie


Każda wizyta w Empiku to wielkie przeżycie. Zatrważa mnogość tytułów gazetowych, szczególnie tych niszowych, branżowych, hobbystycznych. Ciśnie się na usta pytanie, kto je czyta? Jednak bardziej uprawnione zastanowienie powinno brzmieć: ilu każdy z tytułów ma czytelników? Na pewno mało. Jak więc wydawcom bilansują się poszczególne numery? Większość z nich na pewno cienko przędzie, jeśli nie prowadzi działalności okołowydawniczej. Bo ile razy w branżowym miesięczniku może pojawiać się reklama jednego przedsiębiorcy? Jeśli, z biznesowego punktu widzenia, trzykrotna emisja wystarczyłaby? Pamiętam nawet nieodległe czasy, kiedy reklamy rozdysponowywano „z rozdzielnika”, tzn. w takich to a takich tytułach musimy być, a umowy były podpisywane na rok. Dziś nie do pomyślenia.


Poniedziałek, 20.01 – Cierpliwość


Cierpliwość i wytrwałość to trudne do utrzymania w dzisiejszych czasach cnoty. Jednak warte ćwiczenia i hołubienia. Bezmózgie i zawistne napady na Jerzego Owsiaka niedługo muszą się skończyć, tak, jak na śmietniku historii wyląduje Krystyna Pawłowicz, posłująca z ramienia PiS. Wnoszę tak, bowiem ostatnio ukazało się wystarczająco wiele wyjaśnień i odnośników do najwyższych dokumentów, świadczących o uczciwości dyrygenta. Natomiast karygodnym błędem biednych umysłowo wyborców było głosowanie na ową Pawłowicz (i nie tylko na nią). Szukający oszczędności w Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy powinni ich poszukać w naszym parlamencie, gdzie zasiadają (jeśli w ogóle przychodzą na posiedzenia) ludzie absolutnie niekompetentni nie tylko do reprezentowania kogokolwiek, ale także niezdolni do logicznego myślenia. Szkoda, że korekt przedstawicielskich można dokonywać tylko co cztery lata. Parlamentarzystów wyborcy powinni oceniać raz do roku, czyli cztery razy podczas kadencji. A ich oceny powinny znaleźć się w mediach. Gdyby co roku za czerwone kartki można było odwoływać trefnych wybrańców narodu, to – ciekawe – ilu pozostałoby w Sejmie, dajmy na to, po trzech latach?


Piątek, 17.01 – Wyższość


Życie bez informacji? Niemożliwe. Definitywnie musi się skończyć czas ich narzucania. Gdy włączamy „Fakty” lub „Wiadomości” nie mamy wpływu na wybór treści. A polityczny przekaz jest już tak irytujący, że bez zdenerwowania nie można dobrnąć do puenty (której z reguły nie ma lub objawia się żenująco). Telewizja informacyjna zdecydowanie znajduje się w odwrocie. Donoszę więc, że larum o zaniku czytelnictwa jest przedwczesne. Świadomy swojej wartości i głodu intelektualnego obywatel sam będzie wybierał „swoje” wiadomości. Ma do tego dwa media: Internet i gazety – drukowane lub sieciowe. Wyższość czytania nad oglądaniem? Proszę bardzo – oczy i mózg wybierają, co warto lub należy. Ponadto, przeczytana lub tylko przejrzana gazeta zawsze się w domu przyda, np. przy obieraniu ziemniaków. Że gazety elektronicznej nie wykorzysta się na obierki? Nie szkodzi. Ma inną zaletę: nie trzeba po nią wychodzić do kiosku i nie zaśmieca mieszkania. Pozostaje tylko jeden najistotniejszy szczegół: należy jak najszybciej edukować społeczeństwo, że za ważne treści w sieci należy płacić.


Czwartek, 16.01 – Pionowo…


Coraz mniej mamy okazji do ćwiczenia pamięci. Kalkulatory w telefonach (które dziecko zna tabliczkę mnożenia?), komputery (Google wie wszystko) i pochwała ignorancji (jest taki jeden rzecznik prasowy, który nie pamięta elementarnej daty historycznej) przyczyniają się do zatraty umiejętności słuchania, patrzenia, myślenia i zapamiętywania. A mówią uczeni mędrcy: ćwiczcie pamięć – będziecie zdrowsi, zadowoleni, wolniej się zestarzejecie. Bogać tam! Tylko rozsądni słuchają, a tych może być mniejszość. Ostatnio zasiadłem do rozwiązywania krzyżówki w dzienniku „Życie Warszawy”, nieistniejącym od kilkunastu lat. A kiedy po raz ostatni zasiadałem do owej krzyżówki, to było tak dawno, że nie pamiętam daty. Na pewno w czasach minionego ustroju. Aż tu wczoraj wieczorem na ostatniej stronie programu tygodniowego TV zoczyłem kratki z hasłami, cyframi i liczbami. Z głupia frant wziąłem do ręki długopis. Proste hasła (np. pionowo: złote dla Jazona) rozszyfrowałem migusiem, ale z trudniejszymi mózg nie mógł sobie poradzić, choć (zdawało mu się) kiedyś wiedział. We wspomnianym wyżej czasie zajrzałbym do encyklopedii stojącej na półce (ależ rozrzewnienie wspomnieniowe…). Dzisiaj, a właściwie wczoraj, kartkowanie stron drukowanych zastąpił mi Google (np. poziomo: płynie przez Samarę). I tak, wspólnymi siłami, dobrnęliśmy do końca krzyżówki w takim wyczerpaniu, że nie chciało mi się już odczytać hasła. Mózg się wycieńczył, jak bateria w laptopie.


Środa, 15.01 – Chudziej


Obfitość bez wartości, a niedosyt w chudości. Taki mamy dzisiaj paradoks. Mnogość słów bez znaczenia leje się już głównie z Internetu, choć gazety „niepokorne” robią co mogą, aby w bredniach dorównać najmłodszemu z mediów. W oczach i w treściach chudną dzienniki, tygodniki miotają się w obłędzie pogoni za każdą bzdurną (lub wręcz wydumaną) informacją, miesięczniki drukują się już tylko dla hobbystów. Nicość treści idzie w parze z językową formą. Oryginalności i ważności trzeba szukać i umieć w trudzie to robić. Nie biadolę, bo wiem, że procesu nikt nie zatrzyma. Ale najgorszy, zagubiony jest stan przejściowy. Jedni przeżyją, drudzy znikną w cyberprzestrzeni. A ile zamętu narobią! Nowy ład informacyjny już się narodził i rośnie. Chaos jednak potrwa jeszcze długo. Nie ma guru, Mesjasza, który sformułowałby dziesięć przykazań nowych mediów. A nawet, gdyby się taki odważny i mądry pojawił, to czy bezbożniejący lud miałby wolną wolę, aby się do nich stosować?


Wtorek, 14.01 – Utrapienie z Pilchem


Pilch, Pilch, wielki Pilch napisał drugi dziennik. Achom, ochom i innym zachwytom nie ma końca. Pilchowe zapiski czytają wszyscy. Wyłącznie z czystego snobizmu. Pilch jest na szczycie. Zaraz wejdzie na ekrany „Pod Mocnym Aniołem” Wojtka Smarzowskiego, według Pilcha oczywiście. Sterroryzowany Pilchem kupiłem „Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013”. Od razu dodam, iż nabycia dokonałem na styczniowej wyprzedaży z 20-procentowym rabatem w księgarni Matras. Skoro kupiłem, to i przeczytałem, w sensie ścisłym. Jak to u Pilcha – kawałek dobrej literatury, ale dużymi fragmentami całkowicie niezrozumiały. Ezoteryczność zapisków może wynikać z maligny, w jaką popadał autor podczas choroby. Jakiej? Parkinsona?, bo o niej wspomina kilka razy. Podczas lektury przypominałem sobie koszmarne pytania pani polonistki w podstawówce: co autor miał na myśli? A skąd my, małe dzieci, mieliśmy wiedzieć, co w starej łepetynie się jednemu czy drugiemu skrybie kołatało. To samo u Pilcha. Przez strony brnie się niby przyjemnie, ale bez rozpoznania całych fragmentów. „Drugi dziennik” przeczytał też Donald Tusk, czym się pochwalił publicznie. Powiedzieć, że przeczytał, to nic nie powiedzieć. Uznał Pilchowe dzieło za najlepszą książkę (dnia, miesiąca, roku? – nie pamiętam). A na drugim miejscu uplasował wypociny swojej żony. Domyślam się, że jako arcydzieło wszech czasów.


Poniedziałek, 13.01 – Odwrót


Pamiętam czasy mediów bezinternetowych. Wydawcy słowa drukowanego zaczynali ostrożnie, od dwumiesięczników, aby z czasem przedzierzgnąć je w miesięczniki, a później nawet w tygodniki. Były to złote lata. O cenzurze nikt już nie pamiętał, czytelników przybywało, jak grzybów po deszczu. Aż, znienacka, rozprzestrzenił się Internet i wytrwale zabija przekaz drukowany. Gazety chudną w oczach, reklamodawcy rozproszyli się po wielu nośnikach. Tygodniki wydłużają się w dwutygodniki, a miesieczniki łączą numery. Niektóre przekształcają się w kwartalniki. I tak, popierany przez DECYDENTA, miesięcznik PRESS numer styczniowy połączył z lutowym i tak samo wydłużony będzie w lipcu/sierpniu. Gdzieś przeczytałem, że Andrzej Skworz, redaktor naczelny, uzasadnił taki krok monopolistyczną pozycją PRESS. – Jestem jedyny na rynku, więc mogę robić co chcę. To desperacko bezmyślna reakcja obronna. Pierwszy krok wstecz. Drugim będzie zamknięcie papieru. Pozostanie tylko wersja sieciowa. Treści w dwumiesięczniku, nawet analityczne, więc rzekomo ponadczasowe, nie będą jednak interesowały czytelników. Liczba prenumeratorów szybko zacznie spadać. Za rok drukowanego PRESS już nie będzie. W zaistniałej sytuacji, DECYDENT zapowiada rezygnację z drukowanej prenumeraty, kiedy wygaśnie bieżąca. Kolejne branżowe pismo zniknie z rynku. Wcześniej taki los spotkał drukowany Piar.pl.


Piątek, 10.01 – Nierówność


Europa ojczyzn, europa regionów, Europa federalna, Europa jaka? Częściowo te dylematy rozwieją tegoroczne eurowybory. Idea wspólnoty brzmi dobrze w teorii. W szczegółach pojawiają się nacjonalizmy. Fajnie żyć bez granic, paszportów, ze wspólną walutą. Dopóki nie wychyną problemy między równymi. Okazuje się bowiem, iż pierwsi wśród równych mają dość egalitaryzmu, pomagania bez gwarancji końca. Dość wspomnieć starożytnego klasyka, czyli Grecję. Niemcy niemal na pewno od początku roku 2015 wprowadzą opłaty za korzystanie z autostrad. Najpierw egoistycznie pomyśleli, że tylko dla obcych, ale okazało się, że to wbrew idei europejskiej wspólnoty. Ale dlaczego sami mają płacić za swoje dobro? Teraz główkują, jak pogodzić wilka z owcami. Za kanałem David Cameron chce zabrać Polakom pracującym w Anglii zasiłki na dzieci pozostawione w Polsce. Dobry pomysł pod publiczkę przed wyborami, ale niezgodny z ideą wspólnoty. Na wyspie też główkują, jak pogodzić wilka z owcami. Czy jesteśmy świadkami początku wyłomu w europejskiej wpólnocie?


Czwartek, 9.01 – Pieniądz gra


Wielkie pieniądze grają w piłce nożnej. Przepłacani piłkarze stali się wzorami stylu życia. Świat bez piłki jest niewyobrażalny, nawet dla niekibiców. Żyją oni od mistrzostw do następnych. A w 2022 roku światowi gracze zjawią się w Katarze. Czas rozgrywek to lato, a w emiracie jest wtedy 50 stopni. Nawet wielbłady niechętnie się ruszają, a co dopiero europejscy kopacze. Powstał pomysł, aby mistrzostwa rozegrać w zimie, wtedy na piaskach jest zaledwie 25 stopni. Taka zmiana terminarza przewraca cały europejski system rozgrywek i transferów. Kto więc wpadł na to, aby World Cup przenieść do Kataru, który o grze w nogę nie ma zielonego pojęcia? Odpowiedź jest prosta: siła pieniądza. Spekulują różni dziennikarze śledczy, jak, kto, komu i ile wręczył? A pamiętacie nasze i ukraińskie Euro 2012? Jaką minę miał Michel Platini, gdy „wylosował” kartkę z oboma państwami? Taką, jakby połknął stęchłe żabie udko. Mówiło się wtedy, że Euro załatwił nam ukraiński oligarcha. Jak było naprawdę, nigdy się nie dowiemy, ani z Kijowa, ani z Dohy. Przecież wiadomo, że piłkę kopie też pieniądz.


Środa, 8.01 – Mało nas


Czy dużo do pieczenia chleba? Zależy od kontynentu. W Europie coraz mniej, w Afryce nadmiar, a żywności wcale nie więcej. Technologia powoduje, że nie liczba rąk do pracy decyduje o wyższym produkcie narodowym, a stopień nowoczesności w domu i zagrodzie. W starciu człowieka z maszyną przegrywa homo sapiens, czyli ten, który cyborga skonstruował. U nas wydłuża się czas pracy i straszy niżem demograficznym – rzekomo zabraknie wyrobników emerytur. A z drugiej strony największe bezrobocie panoszy się wśród młodzieży. To po co nam więcej ludzi? Żeby zwielokrotnić rzeszę groźnych frustratów, destabilizujących ład gospodarczy i społeczny? Dzisiaj jest nas ponad siedem miliardów, a w 2099 roku może być 16 mld. Jak i czym taka ciżba się wyżywi? Może to pytanie na wyrost, bo nie dożyjemy. Polskę za chlebem opuściły dwa miliony luddzi. Do nas ciągną Ukraińcy i Białorusini, ale nie są to znaczące liczby. Urzędy pracy mają oferty zajęć, ale zbyt nisko płatnych jak dla naszych. Na razie biorą te prace sąsiedzi zza wschodnich granic. Jak długo?


Wtorek, 7.01 – Ukryte symbole


Człowiek zdrowy patrzy, słyszy, widzi, myśli, ale nie wszystko dostrzega. W swojej rzeczywistości nie spostrzega obrazów sprzecznych z zakodowaną normalnością. Świat ludzi zdrowych od chorych dzieli przepaść nie tylko nieczucia cierpienia, ale też potrzeb. Lepiej być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym – nie znam głupszego powiedzenia, no może dorównuje mu: pieniądze szczęścia nie dają. Można też postawić inne idiotyczne, a może filozoficzne, pytanie: czy – z dwojga nieszczęśliwego – lepiej urodzić się niewidomym, czy stracić wzrok w wieku dojrzałym? W „Polityce” poświątecznie przeczytałem rozmowę z Elżbietą Narbutt-Eysymontt, emerytowaną lekarz weterynarii i dziennikarką, która straciła wzrok kilka lat temu. Mówi o wielu istotnych dla życia w ciemności sprawach, absolutnie nieuświadamianych przez ludzi patrzących (a nie widzących). Świetna lekcja o innym świecie. Przepraszam, że zwrócę uwagę tylko na jeden aspekt, może nie najważniejszy, ale znaczący. Nigdy nie wiedziałem po co na klawiaturze każdego komputera czy laptopa pod literami F i J znajdują się wypukłe kreski. Wyjaśniła mi to pani Narbutt-Eysymontt – są po to, aby mogła pisać, bowiem zna (wyczuwa) tylko te dwie litery i odliczając w lewo, w prawo, w górę, i w dół nauczyła się alfabetu klawiatury. Nie zna Braille`a. Stare palce nie mają już tego wyczucia.


Piątek, 3.01 – Chichot Hellady


Pamiętam, kiedy niedawno Polska obejmowała półroczne, rotacyjne przywództwo w Unii Europejskiej. Ileż było zadęcia, ale także kpin, czym taki biedak o wybujałych ambicjach może błysnąć zjednoczonej Europie. Ale nie było źle, pokazaliśmy sympatycznego misia na miarę naszych możliwości. I oto, od dwóch dni przewodzi nam Grecja. To dopiero chichot historii. Najbardziej zadłużony kraj, ledwo uratowany od bankructwa „rządzi”. Rotacji się nie wybiera, więc ten najgorszy czas, ustalony wcześniej, przyszedł na dnie kryzysu, protestów i pomstowań na… ową Europę właśnie. A osobliwie na Żelazną Kanclerz. Andonis Samaras, jako czasowy szef szefów krajów unijnych, mógłby dzisiaj wziąć odwet na Angeli Merkel i przedłożyć listę skarg i upokorzeń, jakich jego kraj i obywatele doznali z Berlina i Brukseli. I zażądać rekompensat, np. przez redukcję zadłużenia. Tak, to czysta science fiction. Grecja przejmując prezydencję doznała kolejnego upokorzenia. Małe to pocieszenie, że tym razem symbolicznego.


Czwartek, 2.01 – W poczekalni


Łotwa jest osiemnastym krajem Unii Europejskiej, który wprowadził wczoraj euro. Dwa miliony ludności, z czego 250 tysięcy to Rosjanie, dołączyły do Europejczyków pierwszej prędkości. Za rok dziewiętnasta będzie Litwa. Drugi garnitur ubiera jeszcze tylko dziesięć krajów, wśród nich Polska. Teoretycznie, nie ma u nas takiego kryzysu, jak w państwach strefy euro właśnie dzięki pozostawaniu poza nią. Praktycznie, też nie chcemy mieć w portfelach euro, bo tak nam wyjaśniają nasi politycy i ekonomiści. Tłoczymy się w poczekalni. Jednak denerwująca niepewność pozostaje. A także swego rodzaju zazdrość, wynikająca choćby ze znacznego uproszczenia podróży i wymiany handlowej. Polak zagranicą nadal musi mnożyć złotówkę przez trzy, cztery lub pięć (jeśli chodzi o funta). Jeszcze niedawno niektórzy wieszczyli upadek wspólnej waluty i powrót do pieniędzy narodowych. Dziś takiego myślenia nie ma. Skoro jesteśmy poza grupą państw decyzyjnych, to pozostaje nam tylko czekać, co ustalą w Berlinie, Paryżu czy… Rydze.

W wydaniu 146, styczeń 2014, ISSN 2300-6692 również

  1. CZAS TO PIENIĄDZ

    Inwestujcie w zegarki - 28.01
  2. AKADEMIA LOBBINGU

    Nowa inicjatywa edukacyjna - 27.01
  3. BUDUJ SIĘ, KTO MOŻE

    Dom w cenie mieszkania - 22.01
  4. OŚWIADCZENIE JURKA OWSIAKA

    Wyborcza chamówa - 22.01
  5. NIE SREBRO, NIE ZŁOTO LECZ 2 X P

    Dobre prognozy - 21.01
  6. ŻONGLOWANIE ZŁOTEM

    Kto manipuluje popytem? - 17.01
  7. SZKOŁA GŁÓWNA HANDLOWA

    Kobiety lobbystki - 12.01
  8. WEJŚCIE SMOKA

    Ile wart jest Bruce Lee? - 10.01
  9. PR W PRAKTYCE

    IMR dłużej z Bieluchem - 9.01
  10. FASCYNACJA MOTOCYKLOWA cz. 2

    Bakcyl podróżowania - 9.01
  11. LEKTURY DECYDENTA

    KL Warschau - 9.01
  12. BLICHTR ZŁOTA SŁABNIE

    Najwięcej kupują Chińczycy i Hindusi - 3.01
  13. PROJEKT ROKU

    Syrena wynurzy się jako Meluzyna - 3.01
  14. DROGA DO BOGACTWA

    W co inwestować, a czego unikać w 2014 roku - 3.01
  15. SZTUKA - PODSUMOWANIE ROKU

    Rosły obroty, były rekordy - 3.01
  16. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Piątek, 31.01 – Obrazy powstań
  17. SZTUKA MANIPULACJI

    Przewrotność - 2.01
  18. I CO TERAZ?

    Będzie, jak było - 2.01
  19. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Stop! Dziecko na drodze - 15.01
  20. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Kossak mało znany - 20.01