Established 1999

DECYDENT SNOBUJĄCY

2 grudnia 2012

Poniedziałek, 31.12 – Wspólnota polska

Dwa pytania na koniec każdego roku. Jaki był rok miniony? Jaki będzie nadchodzący? Na pierwsze odpowiedź jest łatwa – pamiętamy co zrobiliśmy dobrze, co źle, a czego zaniechaliśmy wbrew postanowieniom.

Do pisania ewentualnych komentarzy zapraszam tędy:


decydent@decydent.pl 


Na drugie pytanie nikt nie zna prostych odpowiedzi, a nas wróżenie z sufitu już nikt się nie nabierze. Przepowiadaczom pozostaje więc straszenie, że będzie gorzej niż w roku 2012. O ile gorzej, komu, gdzie – dokładnie nie wiadomo. Jedno jest pewne – bez budowania wspólnoty społecznej nie pokonamy kryzysu. Najniższe w Europie polskie zaufanie międzyludzkie odbija się, choć w sposób nieuświadomiony, tak na relacjach społecznych, jak i ekonomicznych. Co prawda niemożliwa jest pełna realizacja hasła „kochajmy się”, ale dążenie do wzajemnego szacunku, odpowiedzialności za własne czyny i słowa jak najbardziej leży w zasięgu każdego z nas. Poczynając od najprostszego, powszechnie występującego przykładu – niedotrzymywaniu słowa i terminów. Ileż to razy obiecujemy, lub nam obiecują, że zadzwonimy, potwierdzimy, przekażemy decyzję, a tego nie robimy. Naiwny (łatwowierny) bliźni czeka w niepewności, ma nadzieję, a tu ani widu, ani słychu. Co robi? Próbuje się dowiedzieć, telefonuje, ale nikt nie podnosi słuchawki. Dzisiejsze aparaty wyświetlają numery, więc wiadomo, kto i po co dzwoni. O ileż życie byłoby łatwiejsze, spokojniejsze i bogatsze, gdybyśmy nauczyli się mówić „nie” – z uzasadnieniem lub bez? Bez mozolnego i codziennego budowania wspólnoty polskiej w Polsce (w przypadu zagranicznej tzw. Polonii z jednością jest jeszcze gorzej) będziemy żyli w nieustającej podejrzliwości, egoizmie, paranoi. Budujmy polskie społeczne dobro – oto życzenie na 2013 rok.


Piątek, 28.12 – Z łachmanów


Jeszcze o świątecznym czytaniu. Reportaż uczestniczący z ludźmi wybierającymi jedzenie ze śmietników. Opowiastka o prostackiej rozrzutności piłkarzy. Owi konsumenci śmietnikowi nie wybierają resztek. Oni szukają pełnowartościowych, najczęściej nierozpakowanych produktów. I zawsze znajdują. Tyle dobra wyrzucamy. Ale o tym traktowałem wczoraj. Dzisiaj ciąg dalszy, ale z innej beczki. Zacząłem czytać, ale nie doczytałem do końca, artykuł Rafała Steca w „GW” o milionowych zarobkach brytyjskich i innych piłkarzy. To nic nowego, wszyscy wiedzą, ile inkasują i o ile za dużo. Można to jakoś przeboleć. Bowiem, jeśli są chętni to płacenia takich wynbagrodzeń za tak określony zawód to – proszę bardzo. Co mnie zbulwersowało? Piłkarz West Bromwich, Liam Ridgewell, nie wie do czego służy papier toaletowy i podciera tyłek banknotami dwudziestofuntowymi. Sfilmował tę czynność i upublicznił. Interpretację (domyślam się – jednoznaczą) zostawiam chcącym gimnastykować (niepotrzebnie) umysł. Nie muszę dodawać, że przytłaczająca większość piłkarzy (a może wszyscy?) pochodzą z nizin społecznych, często ze skrajnej nędzy. Własną pracą i talentem (nie da się ukryć) wdrapali się na wyżyny finansowe. I tak, jak Ridgewell, manifestują i odreagowują. Czy znany jest w świecie innych zawodowo milionerów choć jeden podobny przypadek? Nawet pieniądze zarobione w pierwszym pokoleniu nie doprowadzają do takiej degrengolady. Ale to nie oni są idolami, wzorami do naśladowania. Łatwiej nauczyć się kopać.


Czwartek, 27.12 – Polityka i kromka chleba


Dwa dni spokoju, rozmów, kolędowania, odwiedzin kościelnych szopek (czy również modlitw?), czytania, rozmyślania, telewizji oglądania. Rodzin odwiedzania. Zero polityki. Brak tej ostatniej to wielkie dobrodziejstwo i warunek owego spokoju. Trochę pożarów, nieco wypadków drogowych, zbyt dużo pijanyuch za kierownicami. W tym roku nie słyszałem, żeby kogoś zabrało pogotowie z objawami przejedzenia. Być może na te święta kupiliśmy mniej żywności. Być może jedliśmy mądrzej, czyli mniej. Mniej pożywienia wyrzucimy na śmietnik. A dzisiaj jest to dziewięć milionów ton rocznie. Więcje wyrzucają tylko Brytyjczycy, Niemcy, Holendrzy i Francuzi. Na liście najbardziej rozwniętych krajów świata Polska jest na 39 miejscu. Holandia na trzecim. Brytyjczycy na 28. Polską rozrzutność, mimo 23 lat kapitalizmu, socjologowie tłumaczą biedą zakorzenioną w przeszłości, nawet tej nieodległej, bo komunistycznej. Przez lata kupowaliśmy wszystko, co akurat rzucili do sklepów. Dopiero po zakupie zastanawialiśmy się, czy nam się to do czegoś przyda. Jeśli uznaliśmy, że nie, to szukaliśmy potrzebujących – do wymiany lub odsprzedaży. Nawyk kupowania na zapas nadal w nas pokujtuje. Stąd te dziewięć mulionów ton. Czy pociesza nas fakt, że w Wielkiej Brytanii rocznie wyrzuca się 2,5 miliarda kromek chleba?


Poniedziałek, 24.12 – Czas świąteczny


Jakie życzenia można składać w portalu dla Wyczytywaczy o różnych światopoglądach? Pisać tak, jak do wierzących katolików? Inaczej do ateistów? Niestety, nie mam nastroju do pobudzenia intelektu do wyrafinowanych i wyważonych życzeń. Na pewno wszyscy powinniśmy mieć dobre Święta na miarę naszych możliwości i potrzeb duchowych. Dla jednych będzie to rodzinne grono, dla drugich samotność – z wyboru lub konieczności. Jako się więc rzekło – życzę wszystkim Wyczytywaczom DECYDENTA dobrych i spokojnych dla ducha Świąt Bożego Narodzenia.


Piątek, 21.12 – Poroniona TV


Na dziś na godzinę 14 w PAP-ie zapowiedziana jest konferencja prasowa trzech twórców Telewizji Niezależnej: Wildsteina, Sakiewicza i Barełkowskiego. Na pewno przyjedzie kilkanaścioro dziennikarzy. Ja – nie. Dlaczego pomysł jest zabawką chłopczyków z piaskownicy? Dlaczego nie ma racji bytu? To proste, acz zasadnicze pytania. Wspomniani wyżej oraz Gmyz, Gargas, Ziemkiewicz, Stankiewicz nazywają siebie niezłomnymi, których żaden reżim nie złamał. Chłopcy i dziewczynki mają pragnienie zabawić się w budowę domku z telewizyjnego piasku. Budowla wyschnie albo runie wcześniej niż się spodziewają. Pomijając miliony złotych potrzebne na uruchomienie i utrzymanie telewizji, zwraca uwagę technika przekazu – przez satelitę. Ponadto, dostęp do programu ma być płatny. Kolejne więc pytanie: czy emerytów, rencistów, moherowe berety i innych biedaków podatnych na jedyne prawdy sączone przez niezłomnych będzie stać na kupienie odbioru satelitarnego? Skąd wysupłają pieniążek na przywilej dostępu do prawdziwej prawdy? Na taką ekstrawagancję stać tylko klasę średnią mieszkająca w miastach. Ale owa klasa dostaje odruchów wymiotnych na samą myśl o myślach niezłomnych. Tak więc pomysł niedpieszczonych maluchów czeka poronienie przy porodzie.


Czwartek, 20.12 – Wieszanie


Przestrzeń publiczna to wdzięczne, ale wzbudzające żywe emocje, miejsce do wieszania. Nie, nie chodzi mi o Jarosława Marka Rymkiewicza. Myślę o symbolach religijnych. W Sejmie nad drzwiami wejściowymi do sali obrad wisi krzyż. Próby jego zdjęcia nie powiodły się. Krzyż właściwie nikomu nie przeszkadza, ale w marazmie politycznym był dobrym powodem do wywołania krótkotrwałego zamieszania. Natomiast na publicznych bilbordach głównie wiesza się reklamy. Aż tu w Gdańsku napisano coś takiego: „Nie wierzysz w Boga? Nie jesteś sam”. Akcja ma się rozwinąć na 24 miasta w Polsce. Kampania jest finansowana ze źródeł prywatnych i funduszy nie brakuje. Od razu pojawili się obrońcy krzyża (czy to ci z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie?), którzy poczuli obrazę uczuć religijnych. A niby dlaczego? Co im to przeszkadza? Razi, to niech nie patrzą. Przecież nikt osobom wierzącym i praktykującym nie zabrania noszenia krzyży, świętych obrazów, modlenia się w miejscach publicznych. Nawet niewierzący respektują, a nawet szanują cudzą wiarę. Animatorzy ateistycznej akcji bilbordowej mówią, że „chodzi o wywołanie dyskusji na temat obiegowego postrzegania wartości uniwersalnych jako zasad przynależnych religii”. I dobrze, trzeba wywoływać intelektualne fermenty.


Środa, 19.12 – Życzenia XXI wieku


Ponownie nadszedł czas składania lub wysyłania życzeń świątecznych. Czas to niby wesoły, wręcz radosny, ale jakoś refleksyjny. Kto dzisiaj wysyła kartki świąteczne pocztą? Liczby nie są znane, ale na pewno mniejszość. Chociaż, kartki świąteczne nie zniknęły i są wysyłane, ale jako załączniki do emaili. Już otrzymałem kilka. A kiedyś kartki pocztowe stanowiły ozdobę domostw, umieszczano je w eksponowanych miejscach i świadczyły o pamięci rodziny i znajomych o gospodarzach. Znak znikniętego czasu. Ale mail to też już za duży wysiłek. Coraz więcej życzeń napływa w postaci esemesów. Treść musi być krótka, więc krążą standardowe formułki lub przepisane znane sentencje. Oburzać się czy ulec „magii” współczesności? Ale najbardziej denerwujące są życzenia od zupełnie obcych osób, a właściwie firm, rozsyłane hurtem z baz danych. Sam często zachodzę w głowę, co mogło mnie łączyć z absolutnie nieznaną mi firmą? To raz. A dwa, że aż zasłużyłem na „Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku”. Pomyśleć, że kilka lat temu oburzałem się na pomysł jakiegoś oszczędnego faceta (nie, nie w Polsce), który co prawda wysyłał pocztą kartki świąteczne, ale prosił odbiorców, aby po świętach mu je odsyłali, gdyż wykorzysta te same w przyszłym roku. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku.


Wtorek, 18.12 – Czynnik ludzki


To naprawdę jest pytanie o być albo nie być. W eurolandzie. W Europie można żyć bez euro. W Unii Europejskiej – nie. To prawda oczywista. Nie sądzę, żeby ktokolwiek w Polsce żałował odejścia od złotówki. To nie znacząca waluta, bez sentymentów więc. Jeśli Niemcy pożegnali się z DM, to tym bardziej my powinniśmy położyć krzyżyk na PLN. To już mamy ustalone. Ale co dalej? Główni gracze wreszcie zrozumieli, jakie błędy popełnili powołując euro. Podjęli reformy. Jednak nikt nie wie, jaki będzie długofalowy skutek. Wybór jest taki, jak pomiędzy orłem i reszką na rzuconej monecie. Kto nie ryzykuje, tego nie ma. Załóżmy, że nasi decydenci podejmą ryzyko i będziemy mieli euro w 2017 roku. Znajdziemy się w głównym nurcie unijnej Europy. Równi wśród równych. Ale czy tzw. czynnik ludzki zdzierży to intelektualne wyzwanie? Przecież to raptem cztery lata. Czy przez ten czas wykształcimy tylu twardych i obytych w meandrach eurokratów? Kto będzie nas reprezentował jako równy partner Paryża i Berlina? Tego też nie wie nikt. Idee tworzą ludzie i ludzie nie potrafią ich wcielać w życie.


Poniedziałek, 17.12 – Biedne dzieci


Zdarza się nielubić swojego imienia. Od staropolskiego Stanisława przez Marię (jako imię męskie), Bożydara aż po Mercedes (dla kobiety). Ciekawe, czy ktoś dzisiaj nadałby córce takie markowe imię? Co tydzień weekendowa „Gazeta Wyborcza” publikuje zdjęcia 240 noworodków urodzonych w warszawskich szpitalach. Zdjęcia, za zgodą rodziców, ukazują się w dodatku „Witajcie na świecie”. Nigdy wcześniej nie przyglądałem się tym buźkom, choć – przypuszczam – analizowanie rysów twarzy może być zapładniające naukowo dla antropologów lub innych naukowych porównywaczy. Mnie zainteresowały trendy w nadawnych dzisiaj imionach. Najpierw szukałem najdziwniejszych, ale takich nie było. Natomiast do rzadko nadawanych zaliczyłem: Leo (dlaczego nie Leon?), Emmę, Apolonię, Berenikę, Nikolę i Mieszka. Raptem sześć. Na 240. Najwięcej znalazłem imion popularnych, typowo polskich. Że wymienię: Antoni, Jan, Helena, Krystyna. Za lat 10 i 30 dzieci tak nazwane (ochrzczone?) nie będą miały pretensji do rodziców. Nie będą też ich zmieniały. A co powiedzą córki takich oto celebrytów? Vesna – latorośl Roberta Leszczyńskiego, Alikia Ilia – pociecha Katarzyny Skrzyneckiej czy Koko i Kaszmir Amber – dziewczynki Katarzyny Figury. Oczywiście, jasko dorosłe mogą snobować egzotyką imion. A jeśli nie zechcą? Jedynym usprawiedliwieniem dla dziwacznego imieniotwórstwa mogą być egzotyczni ojcowie lub mamy.


Piątek, 14.12 – Pislandia


Dość tego podziału! Dla dobra powszechnego postuluję utworzenie nowego państwa. Państwa w państwie. Pislandii w Bolandzie. A oto szczególy. Podział na my i oni – jak za komuny – narasta. Prawdziwi Polacy versus Polacy (jacy? Normalni – nienormalni, awatary – ufoludki?). Rozłam jest faktem, więc trzeba prawdzie spojrzeć w oczy. Zwolennicy PiS-u, czyli owi prawdziwi Polacy, powinni mieć swój skrawek pradziwości, na którym to terenie czuliby się jak sami swoi. Region, gdzie wyznawcy Kaczyńskiego, Macierewicza i ich kamaryla mają wiekszość powinien ogłosić secesję z Bolandy i utworzyć swoje niepodległe nikomu królestwo. A tę mniejszość, która w Pislandii jednak była przeciwna dyktaturze prawdziwych Polaków, należałoby przesiedlić w inne, wyczyszczone od PiS rejony. Tym samym niedobitki pisowskie z całej Bolandy należy przeflancować do owej Pislandii. Wtedy mielibyśmy jeden naród w dwóch państwach. Granica, wizy, osobna polityka zagraniczna, gospodarcza, oświatowa, finansowa etc. Ciekawe, które państwo uznałoby Pislandię? Czyżby tylko Węgry? Oczywiście, Pislandia to określenie robocze. Mam świadomość, że człon „landia” może się kojarzyć ukochanemu przywódcy J.K. z landami niemieckimi, co nie daj Boże. Alternatywną nazwą mogłaby być Kraina Prawdziwych Polaków – KPP. Niewykluczone, iż po takim podziale Bolanda na powrót wróciłaby do nazwy Polska, Poland.


Czwartek, 13.12 – Rozmowy grudniowe


Zaciera się w pamięci rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Ileż to lat dzisiaj mija? 31. Szmat czasu. Pocieszające jest to, że zamiast martyrologicznych obchodów o nocnym czasie przypopminają filmy. Wczoraj, po raz kolejny, obejrzałem „Rozmowy kontrolowane” Sylwestra Chęcińskiego. Film z 1991 r. Dzieło zostało sklasyfikowane jako komedia. Muszę przyznać, że kilka scen ma tu charakter komediowy, ale cały film ogląda się raczej jako fabularyzowany dokument owych zdarzeń. Jest kilka świetnych ról znakomicie rozegranych i powiedzianych. Nie przytoczę znakomitych dialogów, bo zrobię to niedokładnie, ale wymienię aktorów, którzy je uplastycznili. Przede wszystkim Irena Kwiatkowska i Alina Janowska jako znakomite konspiratorki, Krzysztof Kowalewski, jako podwójny agent – pułkownik ubek i pułkownik Zuber z Londynu, Marian Opania i Leon Niemczyk jako „genialni” generałowie. Najsłabiej w tym towarzystwie wypada główny bohater grany przez Stanisława Tyma. Patrzyłem na „Rozmowy” w zadumie: w jak nędznych i ponurych czasach w młodzieńczości przyszło mi żyć. I jak dobrze, że wspomnienia tamtych lat to tylko uciekający z pamięci koszmar. Dobrze, że polskie „komedie” przypominają, a młodzieży pokazują, postawy ludzi z tamtych lat.


Środa, 12.12 – Nędza u Lisa


Jak świat światem Polaka zawsze interesowało, ile zarabia drugi Polak. Jeśli mniej, niż ja – to OK. Jeśli więcej – to złodziej. Nie wiem, czy tak drastyczne oceny nadal obowiązują. Mniejsza. Co jakiś czas niezastąpiony miesięcznik „Press” publikuje listy płac w mediach drukowanych, TV, radiu i internecie. Trzeba przyznać, że redaktorzy z prawdziwych publikatorów (czyli z wyłączeniem najnowszego) zarabiają godziwie lub nieźle. Taki prezes Agory wyceniany jest na 58 tysięcy, prezes Polskiego Radia na 20 tysięcy, a prezes TVN na 612 tysięcy, ale w tym wypadku rocznie. Redaktor piszący w tabliodzie musi się zadowolić ośmioma tysiącami. A najwięksi biedacy tyrają dzień i noc w internecie. Redaktor w dużym portalu wyrabia 5800 zł, redaktor serwisu o finansach i gospodarce – 4700. A najbiedniejszy z biednych jest szef działu w NaTemat.pl, czyli nazdorca u Tomasza Lisa. Zarabia 2500 zł miesięcznie. Aż strach pomysleć, ile w takim razie wypisuje zwykły wyrobnik-gryzipiórek? Mamy więc taki paradoks: najmłodsze, najbardzie dynamiczne, najbardziej wszechstronne, najbardziej wszędobylskie, najbardziej rozwojowe medium, podgryzające wszystkie inne, płaci najmniej. Jak długo utrzyma się taka sytuacja? Nie ma mędrca. Ale skoro w internecie każdy może dziennikarzyć, to światełka w tunelu wynagrodzeń nie widać. Jaka praca, taka płaca.


Wtorek 11.12 – Tygodniki codzienne


Ogłaszanie, że śmierć codziennej prasy drukowanej jest przedwczesna, nie jest prawdą. Kupowanie gazety porannej od poniedziałku do soboty grozi popadnięciem w obłęd. Jako czytelnik codzienników, od „Expressu Wieczornego” i „Życia Warszawy” dziecięciem będąc poczynając, poprzez „The Times” i „The Independent”, aż po „Gazetę Wyborczą”, wpadam w przerażenie. Nie dość, że dziennik czytam nocą, to jeszcze lektura zajmuje mi tyle czasu, że cierpią inne obowiązki tudzież przyjemności. Albowiem „GW” przeobraziła się w medium publicystyczne i komentarzowe. Wyrzucono informacje, przez które przelatywało się jednym okiem błyskawicznie. Zostały teksty dziennikarskie. Gdyby jeszcze były one nudne i dotyczyły spraw marginalnych, to pół biedy – po przekartkowaniu można by gazetę oddać pod ziemniaczane obierki. Ale nic z tego. Przykład najświeższy, bo wczorajszy. 26 pełnych stron wartych przeczytania. Pytam: o którj godzinie skończyłbym, gdybym zaczął o 21? Skoro śladem „GW” podążają inne codzienniki, to niedługo czytelnictwo tygodników dramatycznie spadnie. Po co komu jeszcze jeden dziennik o nazwie tygodnika?! Wieszczę więc, że tak zwane gazety codzienne muszą upaść. Albo zmienić nazwę na tygodniki codzienne.


Poniedziałek, 10.12 – Mo & Ryszard


Mo Yan i Ryszard Kapuściński. Dwaj znakomici opowiadacze. Obaj ograniczeni cenzurą polityczną. W PRL zwaną prewencyjną. Przypomnę adres w Warszawie: ulica Mysia 2. Nazwa tej instytucji, strzegącej monoplu PZPR na „prawdę” informacyjną – Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Bez glejtu żelaznego w postaci czerwonej pieczątki cenzorskiej nic za komuny nie mogło się ukazać przed obliczem gawiedzi. I tak, czytając o Nagrodzie Nobla dla chińskiego pisarza Mo Yana, przypomniały mi się tamte ponure czasy. Autor „Krainy wódki” chwali cenzurę w swoim kraju, którą uważa za strażniczkę „najwyższych zasad moralnych”. Gdyby nie cenzorzy, to bez przeszkód szerzyłyby się „różne plotki”. Czyli, nie mogąc (nie chcąc) opisywać prawdziwego życia w Chinach, pisarz zniekształca – dla dobra KPCh – rzeczywistość, do czego zresztą ma prawo. Wszak jest twórcą. Tak się złożyło, że w grudniowym „Press” pojawił się duży artykuł o reakcjach anglojęzycznych krytyków po ukazaniu się w USA i Wielkiej Brytanii książki Artura Domosławskiego „Ryszard Kapuściński. A Life”. Choć było to wiadome od dawna, i mówił o tym sam Kapuściński, pisarze i krytycy zachodni dopiero teraz odkryli, że Polak nie pisał reportaży par excellence faktograficznych, tylko reportaże literackie, czyli nieco koloryzowane. I nikt rozsądnie myślący nie ma mu tego za złe. Mo Yan za pisanie pod dyktando otrzymał Nobla. Niegdyś Kapuściński też był wymieniany w gronie pretendentów.


Piątek, 7.12 – Perfidia


Nie mogę wymyślić bardziej drastycznego, a jednocześnie niezbyt obraźliwego określenia na stan umysłu mędrca (mędrców) w Zarządzie Dróg Miejskich. Jakiś nadkreatywny utrudniacz życia wymyślił, aby w nowych parkomatach każdy kierowca musiał wpisywać numer rejestracyjny swojego samochodu. Ma to – niby – zapobiec oszustwom! Co za kuriozalny pomysł! Oszustwa, według ZDM, polegają na przekazywaniu biletów parkingowych kierowcom, którzy nie zapłacili za postój i zostali przyłapani in flagranti przez Straż Miejską. Pytam więc, ile może być takich przypadków dziennie, tygodniowo, miesięcznie? Kilka, kilkanaście, kilkaset?!?! Czy policzyliście to w ZDM? Jaki wielki jest ten oszustny proceder? Czy wy tam, w ZDM, wpadliście na trop szajek obstawiających parkomaty? Czy sugerujecie, że gangsterzy parkomatowi czatują przy parkomatach i wyłapują niepłacących i płacących szantażując tych drugich, żeby oddawali bilety parkingowe? Kto w ZDM wpadł na ten perfidnie złośliwy, aspołeczny pomysł, durny pomysł? Natychmiast podajcie nazwisko (nazwiska)?


Czwartek, 6.12 – Źle i dobrze


Nieczęsto się zdarza, aby w jednej informacji były zawarte dwa znaczenia. Niekorzystne i korzystne. A chodzi o gazetę. Okazuje się bowiem, że dziennik „The Daily” przystosowany wyłącznie do czytania na tabletach 15 grudnia przestanie się ukazywać. Wydawca, Rupert Murdoch, stwierdził, że medium po roku na rynku nie przynosi oczekiwanych dochodów, mimo że prenumeruje go 100 tysiecy czytelników. To zła wiadomość, gdyż śmiała i kosztowna pionierska próba dziennikarskiego codziennego informowania w sieci nie ma ekonomicznej racji bytu. Murdoch wyprzedził epokę. Dzisiaj nikt nie wie, kiedy pojawi się następny śmiałek i kiedy rynek czytelniczy dojrzeje. Dobra strona tej wiadomości jest taka, że ogłoszenie śmierci codziennych gazet drukowanych okazało się przedwczesne. Dla ludzi mojego pokolenia, korztystających co prawda z wielu funkcji laptopów i telefonów komórkowych oraz innych gadżetów, ważne jest przywiązanie do czytania prasy drukowanej. Przywiązania do rytuału kupowania, zapachu, szelestu i brudnych rąk od farby drukarskiej. Ponadto, gazeta drukowana ma jeszcze swoje drugie, pozainformacyjne życie: może zostać wykorzystana do rozłożenia na podłodze podczas malowania, do gromadzenia obierków różnych warzyw, do zabijania insektów, wachlowania w słonecznym skwarze etc. Mało tego – czytanie druku na papierze jest przyjazne dla oczu, na tablecie – nie. Tak więc, mam jeszcze czas na zmianę czytelniczego przyzwyczajenia.


Środa, 5.12 – Ułuda wyborcza


Poczciwy obywatel co cztery lata nieprzymuszony człapie do lokalu komisji i wybiera swojego reprezentanta. Myśli, że dobrze spełnił obowiązek. Ma też nadzieje, że jego wybraniec (wybrańcy) będą go reprezentowali i dbali o jego interesy we władzach ustawodawczych. Ale czy w wykonawczych? Tu już nie. No bo jaki wpływ na kształt ministerialnego gabinetu ma ów obywatel? Żadnego. Nie wie, kto będzie premierem, a co dopiero ministrami. Przecież zdarzało się, że rządowi szefował wcale nie prezes zwycięskiej partii (patrz AWS: Marian Krzaklewski kierował a Jerzy Buzek „rządził” oraz PiS: Jarosław Kaczyński jako wódz a Kazimierz Marcinkiewicz jako wykonawca). Dygresja: kto pamięta takie hasło: Partia kieruje, a rząd rządzi? Tak więc, zadowolenie obywatela z aktu wyborczego mija po kilkunastu dniach w chwili zaprzysiężenia rządowej kamaryli. Oto bowiem rzeczony obywatel dowiaduje się, że ministrem został Gowin (nie mający zielonego pojęcia o poplątaniach Temidy), że ministrą obwołano Muchę (nie kumającą ni w ząb kto zacz Kubica), za uszy wciągnięto Piechocińskiego (chłopa ze Studzianek Pancernych, dla którego słowo gospodarka kojarzy się prawidłowo: z ojcowizną, hektarami czyli gospodarką właśnie). I takie to ministry nim, tym obywatelem, wodzą za nos. Obywatel się wścieka i zarzeka, że nigdy więcej! Żadnego udziału w wyborach! Ale obywatel nie jest pamiętliwy. Za cztery lata znowu pójdzie do urny (dobre, dwuznaczne określenie) i wybierze nie swojego reprezentanta.


Wtorek, 4.12 – Rykoszet


Myślałem, że w wielkiej polityce niemal nic mnie nie zadziwi. A tu proszę: towarzysze ukraińscy stali się pośmiewiskiem w międzynarodowym gronie biznesowym. Okazało się bowiem, że podpisali wartą 1,1 mld dolarów umowę nie z tym, z kim chcieli i myśleli, że podpisują. A wszystko działo się na wysokim szczeblu w obecności premiera Mykoły Azarowa. Naszych sąsiadów wykolegowali Hiszpanie. Mogę się tylko domyślać, co się teraz dzieje w politycznych i gospodarczych kręgach w Kijowie. Zapewne także w służbach wywiadu. No dobrze. Pośmialiśmy się trochę, ale po zastanowieniu dochodzimy do wniosku, że sprawa pośrednio dotyczy również Polski. Jako kraj unijny usilnie wspieramy Ukraińców w ich krętej drodze ku wspólnej Europie. Razem organizowaliśmy Euro. Z tych to powodów co najmniej paru wpływowych decydentów w świecie wie, gdzie leżą oba nasze kraje. A przecież wiadomo: kto z kim przestaje, takim się staje. Trochę nam wstyd, że mamy tak niepojętnego, łatwowiernego ucznia. Ukraiński rykoszet uderza też w nas. Szkody wizerunkowe są trudne do oszacowania. Może będą niewielkie. Ale lekki mieżdunarodnyj obciach na długo pozostanie.


Poniedziałek, 3.12 – Z motyką…


Pod noniec listopada napisałem, że myśl o organizacji zimowej olimpiady w Zakopanem i Krakowie to poroniony pomysł. W sukurs przyszedł mi Adam Wajrak. Od razu dodam, że Wajraka uważam za autorytet w dziedzinie przyrody i środowiska. Krytyjując zakopiańską ideę olimpijską nie pomyślałem, bo nie miałem wiedzy, że Zakopane i Kraków to najbardziej zanieczyszczone miasta Polski. Uświadomił mi to Wajrak pisząc w „Gazecie Wyborczej”, że stężenie pyłów w powietrzu nie powinno przekraczać 50 mikrogramów na metr sześcienny. W Krakowie w zimie normy te przekraczane są cztero-, a nawet sześciokrotnie. W Zakopanem corocznie służby ostrzegają osoby z astmą i innymi schorzeniami dróg oddechowy przed wychodzeniem z domów. Co prawda, do 2022 roku jest jeszcze trochę czasu, ale decyzja komitetu przyznającego igrzyska zapada wiele lat naprzód. Usłużni donosiciele na pewno nie omieszkają przedłożyć tych danych decydentom. Dojdzie do kolejnej kompromitacji polskiego pomysłu z serii „z motyką na słońce”. W Zakopanem był tylko raz, kilka lat temu i nie pamiętam, co wziewałem. Natomiast dość często jeżdżę do Wisły. Tamtejszym powietrzem nie sposób oddychać. Jak powiedzieli mi miejscowi, ludzie z biedy palą w piecach wszystkim, co mają pod ręką. Wszędobylski smog wdziera się wszędzie, przyprawia o zawroty głowy i powoduje chęć jak najszybszego powrotu do czystej Warszawy.

W wydaniu nr 133, grudzień 2012 również

  1. DLA SNOBÓW KONESERÓW

    7.000 złotych za kieliszek whisky - 27.12
  2. ASPIRACJE POLAKÓW DO BOGACTWA

    Luksusowe inwestycje - 18.12
  3. INSTYTUT SPRAW PUBLICZNYCH

    Polityka bez kobiet - jak to zmienić? - 17.12
  4. IMR ADVERTISING BY PR

    Śniadanie z Duchem Bielucha
  5. ALIOR BANK

    Budowanie imperium - 13.12
  6. SLOGANY REKLAMOWE

    Namawiają, lansują, sprzedają - 13.12
  7. IMR Z HIMALAYA HERBALS

    Kosmetyki z natury - 10.12
  8. NIEZŁA SZTUKA (5)

    Nie lubię myśliwych - 8.12
  9. GRUPA KAPITAŁOWA AZOTY TARNÓW

    Nienowa nazwa, nowe problemy - 7.12
  10. PARADOKS SPÓŁEK WYDOBYWCZYCH

    Złote robaki zarabiają, a akcje spadają - 7.12
  11. EXXON MOBIL PROGNOZUJE

    Jaka będzie energia przyszłości - 5.12
  12. RANKING MENEDŻERÓW

    Nagrodzony Maciej Kossowski - 5.12
  13. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Agatha Christie
  14. O EUROPIE W LIMOGES

    Jaka przyszłość europejskiego modelu politycznego? - 4.12
  15. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Poniedziałek, 31.12 – Wspólnota polska
  16. SZTUKA MANIPULACJI

    Kukułcze jajo - 3.12
  17. SIŁA POLITYKI

    Dukaty noworoczne - 31.12
  18. I CO TERAZ?

    Nie tylko słowa - 4.12