Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

1 października 2017

Umysł przewiewny

Przeciwstawienie umysłu otwartego (ciekawskiego, chłonnego i tolerancyjnego) oraz zamkniętego (albo zakutego łba – niekumatego, albo dogmatyka, doktrynera) jest bardzo wygodne i kuszące – tak dla pedagogów, jak i dla propagandystów. Ale nie do każdego z nas pasuje. Choć dziwnie to brzmi, są wśród nas tacy, których umysł nie jest ani otwarty, ani zamknięty. Jest raczej… przewiewny. W cywilizacji współczesnej ten typ zdaje się przeważać. „Czysty” podział dwubiegunowy zakłada, że albo ktoś jest otwarty, chłonny, rozwojowy, albo zamknięty na świat, nowinki, zmiany, porównania, impregnowany na to, czego nie zna i nie rozumie, ale też nie chce poznać ani zrozumieć. Z góry nie jest ciekawy, za to niechętny, nawet nieufny i wrogi – pisze profesor Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

Uosobieniem takiego umysłu, który sam sobie wystarcza w dotychczasowym stanie i czuje zadowolenie z tego powodu, jest inżynier Mamoń z Rejsu, kiedy powiada: „Z filmów najbardziej lubię te, które już oglądałem”.

W tym dwupodziale przyjmujemy, że umysł otwarty szuka, wchłania i wsysa wszystko, z czym styka się jako nowym i odmiennym. Jest spragniony porównań i nowych wyzwań (np. zagadek, zadań niekonwencjonalnych). Jego nastawienie przypomina robota z filmu „Krótkie spięcie”, którego dewizą jest „Więcej informacji!”, i ciągle mu mało, bo nie chce stać w miejscu, chce być mądrzejszy niż był dotychczas. W odróżnieniu jednak od tego robota do nowych wrażeń i informacji podchodzi selektywnie, refleksyjnie i krytycznie. Umie ocenić, co jest ważne, a co jest „szumem informacyjnym” czy „internetowym śmieciem”.

W tym sensie nałogowy konsument internetowych wiadomości o wszystkim i o niczym bynajmniej nie jest umysłem otwartym. Także dlatego, że wszystko go ciekawi, intryguje, wciąga jednakowo, albo nawet wybiera z tej oferty głównie ploteczki, pogłoski, donosy i zwyczajne błahostki, jak te najświeższe raporty ze świata celebrytów, głupstwa, smrodliwe sensacje.

Umysł otwarty nie tylko szuka, ale też wybiera-przebiera i zapamiętuje. Ale zapamiętuje to, co jego zdaniem jest warte zapamiętania, przyswojenia.

O umyśle zamkniętym sądzimy, przeciwnie, że „ma klapki na oczach” i zatyczki w uszach. „Patrzy, a nie widzi” – jak w pewnej piosence. Słyszy, lecz nie słucha. Liznął tego czy tamtego, ale i tak nie zna tego smaku.

Niekoniecznie jest to przygłup czy tępak. Równie często, jeśli nie częściej, jest to przypadek umysłowego lenistwa lub nierozwojowej megalomanii. Jestem już tak doskonały, że niczego nowego ani innego mi nie potrzeba. Samozadowolenie i naładowanie wiedzą („chodząca encyklopedia”) czyni zeń wprawdzie nie mędrca, ale mądralę, przemądrzalca. Ja już wszystko wiem (w każdym razie wszystko, czego mi potrzeba). Cokolwiek się dzieje, zaczyna, ja już wiem z góry, jak i czym to się skończy. O cokolwiek zapytacie, mam gotową odpowiedź.

Świat współczesny ulega niewyobrażalnej akceleracji. Wszystko dzieje się szybciej i częściej, ludzie też żyją szybciej i z większym rozmachem, nawet jeśli to nie jest rezultatem ich ambicji i fantazji, ale konieczności życiowej, a poniekąd i podwyższonych standardów wykształcenia. Tak zwani „prości ludzie” gromadnie jeżdżą po świecie – i „za robotą”, i jako turyści. „Bywają w świecie” nawet częściej i dłużej niż ci, dla których wcześniej był to zarezerwowany przywilej – artyści, uczeni, dyplomaci.

Formalnie zmienia się też poziom wykształcenia. Wykształcenie wyższe przestaje być cenzusem garstki ludzi, mniejszości. Potężnieje armia ludzi z dyplomem: po licencjacie, inżynierów, magistrów, absolwentów kilku fakultetów i studiów podyplomowych, doktorów bardzo wąskiej specjalności, profesorów nadzwyczajnych i nienadzwyczajnych.

Wydawałoby się, że świat od tego strasznie zmądrzał. Aż można by się przerazić i ze zrozumieniem odnieść do słów Józefa Szwejka, który nagabywany obraźliwie, a natrętnie i zaczepnie, dlaczego jest idiotą, odpowiedział był raz (przytaczam z pamięci, mniej więcej): „Gdyby na świecie wszyscy byli mądrzy, to z tej bezgranicznej i powszechnej mądrości świat by zgłupiał”.

Ale ta wizja „powszechnej mądrości” (i dociekliwości, przenikliwości) nigdy się nie ziści. Sam w sobie proces kształcenia nie przezwycięża różnicy między mądrym a głupim. Uspołecznienie wiedzy może nawet nobilitować ludzi „inteligentnych inaczej” (np. pół- i ćwierćinteligentów), mnożyć głupotę, a i ciemnotę. Wszak dyplom „równouprawnia” głupka, mętniaka czy grafomana. Czuje się on nie gorszy, równy ludziom wybitnym, twórczym. Albo i lepszy od nich, jeśli jest lepiej od nich przystosowany do życia. To znaczy: do zarabiania pieniędzy, do załatwiania sobie tego czy tamtego, do cieszenia się życiem „takim, jakim ono jest” zamiast medytowania, przeżywania dylematów i rozterek, rozwiązywania problemów, czego przecież można uniknąć. W ostateczności: wprawdzie ja miałem trzy plus, a on celujący, ale kto lepiej urządził się w życiu?

Człowiek z takim nastawieniem i powodem do zadowolenia z siebie oraz dumy może nawet na serio sądzić, że to on ma „łeb otwarty” (na miarę własnego sprytu, nawet cwaniactwa), a nie ten pożeracz książek czy wiecznie niezaspokojony artysta, który szuka czegoś, na co nikt poza nim nie czeka.

Podobnie jest z poglądami. Ludzie, którzy mają poglądy (poglądy, nie koniunkturalne wcielenia i deklaracje) wydają się tym pozostałym właśnie uosobieniem ciasnoty umysłowej. Wszak w ich myśleniu wszystko jest tak skodyfikowane, uporządkowane, wyznawane zasady wyznaczają im nieprzekraczalne granice nie tylko postępowania, ale i zainteresowań. Przez to są tacy przewidywalni, a wskutek tego również nudni.

Ten, który nie ma żadnych poglądów i nie czuje takiej potrzeby jest w swoim mniemaniu, przeciwnie, człowiekiem wolnym: może wybierać, co jest mu wygodne, raz to, innym razem coś wręcz przeciwnego. Może ignorować to, co jego nie dotyczy i nie jest mu potrzebne.

Ale i człowiek o chwiejnych i zmiennych przekonaniach, niezdecydowany lub podatny na cudze podpowiedzi i sezonowe mody, może czuć się tym, który swobodnie wybiera. To urocze złudzenie, bo wybierają za niego inni, bo uczestniczy w owczym pędzie, decyduje o sobie nie własnym rozumem, lecz instynktem stadnym lub przystosowawczym, a więc jest właśnie „zewnątrz sterowny”.

Powróćmy do cywilizacyjnego daru wykształcenia. Produktem zbiorowego kulturowego awansu bywają ludzie, którzy władają swobodnie i praktycznie kilkoma językami, choć w żadnym z nich nie mają nic ciekawego do powiedzenia (od siebie), a ich rutynowy poliglotyzm porównywalny jest z wielofunkcyjnym zaprogramowaniem komputera czy robota, który wszelkie zadania zrozumie lub przekaże innym, ale sam prochu nie wymyśli. I ludzie, którzy z racji swojego zawodu w ciągu długoletniej kariery przepracują nawet w kilkunastu krajach świata, co jednak nie znaczy, że to otworzyło ich umysły na wielobarwność kultur świata, poszerzyło ich horyzonty, nauczyło dystansu do własnych wyobrażeń i doświadczeń, do rodzimej tradycji. Można wszak – wędrując służbowo po całym świecie – i tak nie wychodzić z biura jednego, drugiego, kolejnego, nie wykraczać poza środowiskowe getto, a McDonald czy Burger King wszędzie smakują tak samo.

Zglobalizowana cywilizacja brutalnie zweryfikowała starą mądrość „podróże kształcą”. Otóż nie zawsze, nie wszystkich.

Przez świat wędrują miliony turystów, wśród nich cały legion kolekcjonerów (w Grecji już byłem, w Tunezji też, byłem i w Egipcie, a Bangkok mnie rozczarował), których program pobytu sprowadza się do hotelu z plażą i basenem, a wrażenia i opowieści z podróży dotyczą tego samego (tu basen niedogrzany, tam brudne obrusy) – i wyłącznie tego. O sobie mniemają nawet – i to wmawiają innym, którzy mają im zazdrościć – że są spragnieni wrażeń, przygód (jeżeli, to w turystyce seksualnej). Ale w rzeczywistości ich stan umysłu jest taki, jak tych namiętnych i nałogowych przeglądaczy internetu i tabloidów, którzy wszystko przeczytali lub obejrzeli, lecz nie zapamiętali niczego, nie przemyśleli niczego, a wszystko ze wszystkim im się miesza. Tak też jest i z tymi turystami: może nawet to i owo zauważyli w swych podróżach, może nawet przez chwilę byli pod wrażeniem, nawet pstryknęli selfie na fajnym tle, ale i to tak nic w ich mentalności ani w przyzwyczajeniach nie zmieniło.

To jest właśnie umysł przewiewny. Wpuszcza, przepuszcza i wypuszcza – bez śladu.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 191, październik 2017, ISSN 2300-6692 również

  1. DECYDENT POLIGLOTA

    Jedziemy na konferencję
  2. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Układ Warszawski Dyktatorów
  3. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Więzi transatlantyckie
  4. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Referenda: to jeszcze nie koniec
  5. LEKTURY DECYDENTA

    Ukrywana tajemnica narodowa
  6. WYCZYTYWACZ

    Poszukiwanie noblisty
  7. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Zgasła gwiazda
  8. WIATR OD MORZA

    Fiut polski
  9. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Legiony uciekają z Brytanii
  10. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Umysł przewiewny
  11. LEKCJA HISTORII

    11 listopada
  12. PRAWA - WŁADZA - PROBLEMY

    Dyktator, partia, społeczeństwo, "patrioci"