Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

3 sierpnia 2020

Honor jako rytuał i pusty gest

Honor ma wprawdzie z założenia wartość symboliczną, jaka powinna być wyniesiona ponad interesy, które kusiłyby do zachowań wykrętnych, tchórzowskich, do sięgania po nienależne korzyści i splendory („honory”). I za to się ceni ludzi honoru: że w imię zasad potrafią się zdobyć na to, co jest dla nich niewygodne, niekorzystne, co oznacza stratę – nawet niewspółmierną do zakresu własnych win, uchybień, zaniedbań – pisze prof. zw. dr hab. Mirosław Karwat.

Prof. zw. dr hab. Mirosław Karwat

Ale to wszystko jednak nie znaczy, że ma sens poczucie honoru i jego manifestacja w imię czczej próżności (zobaczcie, jaki jestem wzniosły, szlachetny), pod wpływem bezrefleksyjnej i bezkrytycznej egzaltacji (emocjonalne, np. dewocyjno-patriotyczne uniesienia, „porywy” wzniosłych uczuć nieadekwatne do realnej, praktycznej potrzeby czy do zakresu rzeczywistej konieczności).

Wbrew pozorom, honor rozumiany poważnie, odpowiedzialnie, nie przeistaczający się we własną karykaturę, nie polega na „oczywistych” odruchach (według kryterium, co wypada, czego inni oczekują, na co mnie stać, jak tu przebić samego siebie w jakimś popisie, wyczynie), ale opiera się na zdolności do dokonywania  racjonalnego wyboru.  Racjonalnego ze względu na dobro wspólnoty, na której uznanie chcemy zasłużyć, ale i na dobro własne. Bo nie sztuką jest zginąć głupio, a niepotrzebnie i nadaremnie, nie sztuką jest też przepraszać bez zadośćuczynienia czy przekształcać rytuał pokuty w jałowy masochizm.

Wbrew pozorom, w wyższej cenie jest honor ucieleśniony w postawach i zachowaniach, które zagrożonym wspólnotom i jednostkom pozwalają przetrwać, odrodzić się niż honor podszyty fanfaronadą lub ucieczką przed stanem rzeczy, który nas upokarza. Jednak ten honor rytualny jest bardzo popularny w politycznych zawołaniach w rodzaju „wolność albo śmierć” czy w „pryncypialnym” uporze, odrzucaniu jakiegokolwiek kompromisu (z założeniem, że kompromis jako taki z natury jest zgniły, śmierdzący, jest aktem zdrady), pod hasłem „choćbym miał sczeznąć, nie ustąpię”. A niektórzy „ultrahonorowi” wyjątkowo łatwo podejmują takie decyzje w imieniu i na koszt reprezentowanej wspólnoty, jako wyznawcy starożytnej maksymy fiat iustitia et pereat mundus (niech sprawiedliwości stanie się zadość, choćby świat miał sczeznąć).

Szczególnym przypadkiem takiej aberracji jest, o czym była mowa poprzednio, honor straceńczy. W nim zakłada się jako „oczywistość”, iż po prostu dyshonorem jest przegrać (nawet w walce wymuszonej, nieuniknionej, ale skazanej z góry na porażkę lub klęskę) i przy tym jeszcze znieść takie upokorzenie, natomiast honorem jest (jakby ratunkiem z beznadziejnej i nieznośnej psychicznie, moralnie sytuacji) polec godnie albo zwieńczyć przegraną samobójstwem.

Czy można się posunąć jeszcze dalej niż w tym wzorcu „moralnego zwycięstwa w przegranej”, „z honorem na dnie lec”? Wbrew pozorom, można. Można uczynić kwestią honoru własną śmierć (fizyczną lub „tylko” cywilną, moralną) w konfrontacji, w walce, która jeszcze trwa i której wynik długo jeszcze nie będzie przesądzony, a zależny jest od dalszego naszego uczestnictwa.

Koronny, kultowy wykład takiego ETOSU wyłożył Sienkiewicz w finale powieści Pan Wołodyjowski. Sienkiewicz, jak wiadomo, pisał (to jego własne słowa) „ku pokrzepieniu serc” pod zaborami, w niewoli, a osiągał ten cel (pokrzepienie, zastrzyk wiary „ducha nie gaście”, „w górę serca”) w ten osobliwy sposób, że poruszał patriotyczne uczucia skrajnie emocjonalnymi bodźcami z gatunku sadomaso. Do dziś obowiązuje sienkiewiczowski program wychowawczy, zgodnie z którym męczeństwo i samookaleczenie jest najlepszą drogą do przyszłego zwycięstwa. Widziana z dystansu historycznego ta recepta na patriotyczne pisarstwo mocno przypomina hollywoodzki szablon „wyciskacza łez”. Czytelnik musi być mocno poruszony (rzekłbym, aż do kości), aby utwierdzić się w słusznych przekonaniach i dążeniach.

Przypomnijmy sobie – ale z chłodnym analitycznym namyłem – końcowe rozdziały tej powieści.

Najpierw mamy patriotyczno-religijne uniesienie zwieńczone uroczystym, pompatycznym ślubowaniem, o konsekwencjach jednak nie konwencjonalnych, symbolicznych, lecz całkiem praktycznych.

«- Za osobliwe dobrodziejstwa i szczególną protekcję, jakąm ja od Pana Boga Najwyższego i Syna Jego otrzymał, do również szczególniejszej poczuwając się wdzięczności, ślubuje i poprzysięgam, iż jako On i Syn Jego mnie wspomogli, tako i ja do ostatniego tchu Krzyża świętego będę bronił. A mając komendę starego zamku sobie powierzoną, pókim żyw i rękoma a kolanami ruchać mogąc, pogańskiego nieprzyjaciela w sprośności żyjącego do zamku nie puszczę ni z murów nie ustąpię, ni szmaty białej nie zatknę, choćby mi tez pod gruzami pogrześć się przyszło… Tak mi dopomóż Bóg i święty Krzyż – Amen!»

Niejeden zarzeka się – lecz ze szczyptą rozsądku i zapasem amnezji w rezerwie – że „po moim trupie”. Tu jednak – w tak niebotycznym entourage’u – zapowiedź jest (dosłownie) śmiertelnie poważna.

Następuje więc bezsensowna realizacja tej – również bezsensownej – przysięgi.

A więc i tutaj: najważniejsze to dać świadectwo. I to ono ma wartość samoistną i nadrzędną. W imię wiary, niezłomności poświęcić życie, nie oglądając się na skutki i koszty tego dla innych – dla bliskich, jak i dla wspólnoty, której w ten osobliwy sposób służymy.

Co prawda, w chwili, gdy z takim przejęciem wypowiadane jest zobowiązanie „nie przepuścić wroga albo zginąć”, nie możemy być pewni, czy ślubujący RYCERZE są w pełni przytomni znaczenia swoich słów. Czy aby nie wydaje im się, że zwycięstwo (odpór Turkom w Kamieńcu Podolskim) jest tak pewne, skoro jest słuszne i należne, iż tylko ich śmierć mogłaby okazać się w tym przeszkodą? Chyba ich trochę poniosło…

Gdy opadają opary patriotyczno-religijnego aerozolu, dla czytelnika myślącego widoczna się staje infantylna zgoła niefrasobliwość – „mołojectwo” kilku walecznych starszych panów, którzy żyli – wydawałoby się – wystarczająco długo, aby osiągnąć psychiczną i społeczną dojrzałość.  Ich ślubowanie (a potem perwersyjne dotrzymanie słowa) jest niewiele mądrzejsze niż zakłady (zresztą, ono właśnie przypomina zakład) w rodzaju „daję głowę, że…”, „dam sobie rękę uciąć, jeśli…”.  Zakłady potraktowane dosłownie, a nie umownie, z należytym dystansem i sytuacyjną relatywizacją (kiedy to brać poważnie, nawet śmiertelnie poważnie, a kiedy tylko deklaratywnie). Współczesny widz ma tu porównanie: kinową, rzeczywiście poruszającą, ekranizację Wołodyjowskiego  w reżyserii Hofmana może sobie zestawić z groteskową nowelką Quentina Tarrantino w składance Cztery pokoje, gdzie powrót rozsądku po przegranym głupawym zakładzie nie ratuje jednak zastawionego, obciętego palca.

Skądinąd, ciekawe jest to odwrócenie kolejności (między zadaniem i obrony a własną ofiarą), bo szlachetni bohaterowie nie giną nie w obronie twierdzy, lecz po jej poddaniu (jak gdyby nie byli związani rozkazem dowodzącego o opuszczeniu twierdzy i więzami gotowości do dalszej służby w kolejnej potrzebie). Nie obronili twierdzy (to nie ich wina), obronili jednak cześć bastionu, w którym się wysadzili – jak gdyby miało to zapobiec „zbezczeszczeniu” całej twierdzy.

Cały ten ciąg wydarzeń i natchniony sposób rozumowania to – z punktu widzenia elementarnej logiki, ale i kodeksów służebności, powinności – wyjątkowe spiętrzenie absurdów, bliskie sięganiu do lewego ucha przez prawą nogę.

Absurdalność tej przysięgi, a następnie jej spełnienia z fajerwerkami polega przede wszystkim na tym, że Wołodyjowski, Ketling i ich współtowarzysze broni to nie są jacyś powstańcy – ochotnicy, lecz przy tym amatorzy punktu widzenia sztuki wojennej. To żołnierze, i to zawodowi, najemni. Mogą się oczywiście czuć „rycerzami”, sługami i zbawcami ojczyzny gotowymi do najwyższych poświęceń, ale poniekąd – przynajmniej w części – utrzymują się z tej powtarzalnej okazjonalnej służby. Uczestniczą w pospolitym ruszeniu, ale w roli zawodowców – obrona twierdzy to nie pierwsza i z założenia nie ostatnia ich misja-przygoda. Nieraz zdobywali, nieraz oddawali, żadna to nowina w takiej żołnierskiej służbie.

Sama twierdza w Kamieńcu Podolskim (jak i inne na rubieżach wschodnich Rzeczypospolitej)  nie raz przed nimi i jeszcze po nich przechodziła z rąk do rąk; w tych powtarzalnych walkach o granice kresowe nic nie było ostateczne, a los ojczyzny jako żywo nie zależał od utrzymania lub utraty tej twierdzy – z całym szacunkiem dla jej znaczenia w obronie terytorium i w potwierdzeniu terytorialnego zasięgu państwa.

A charakter ich powołania (misji) – skoro się do niej poczuwają, przeżywając w związku z tym emocje bliskie spazmom i orgazmom – bynajmniej  tego nie wymaga, by ginęli łatwo i na próżno. Ich służba nie polega na tym, by uśmiercali siebie – w akcie samowoli, nie w wykonaniu zadania i rozkazu – poświęcając swe życie nie dla zwycięstwa (kiedy jest możliwe) lub przedłużenia obrony (kiedy to jest konieczne), lecz w imię rytuału niezłomności.

Ale co ja wypisuję… Przecież dziś wbija się młodym do głów, że najważniejsze to być NIEZŁOMNYM, jak owi wyklęci. Edukacja patriotyczna to dziś HODOWLA NOSOROŻCÓW. Nosorożec, jak wiadomo, czy to w pościgu, czy w ucieczce nie zatrzyma się sam, zatrzyma go dopiero taka czy inna przeszkoda.

Epilog powieści wyraźnie wskazuje, iż pisarz-noblista, Zbiorowy Pocieszyciel widzi i przedstawia tę  obronę Kamieńca Podolskiego przez pryzmat i na podobieństwo nieco późniejszej Obrony Wiednia, „Odsieczy Wiedeńskiej”, jak gdyby już tutaj na Podolu i już wtedy ważył się los Europy oraz jej chrześcijańska tożsamość. Efektowny akt pirotechniczny jest z kolei wyraźnie zainspirowany Mickiewiczowską „Redutą Ordona”. Mitologiczne skłonności, a zarazem uzdolnienia pisarza zaowocowały apologetyką bardzo szczególnego wzoru osobowego Polaka-Patrioty: tak Kmicic, jak i Wołodyjowski to ludzie dzielni, ofiarni, lecz – jakby to najdelikatniej powiedzieć – nieprzesadnie przenikliwi, kierowani dość prostymi emocjami i rytuałami, nie głębszym zrozumieniem spraw, w których mają udział.

W kultywowaniu – w następnych epokach, aż po dziś dzień – sienkiewiczowskiego wzoru żarliwego patrioty-półidioty nieprzerwanie przebija prowincjonalny kompleks byłego (niedoszłego?) mocarstwa, a zarazem zadupia. „Obrona Częstochowy” (w wersji Sienkiewicza, nie w zwierciadle faktów historycznych) to wciąż synonim obrony Polski i polskości; przenoszony nawet na atmosferę meczów piłkarskich. Pieścimy swoją dumę narodową zabawą w „Polskie Termopile”. Podszyta jest ona autoerotyczną obsesją „Przedmurza Chrześcijaństwa”. Tymczasem Termopile to była kwestia być albo nie być, czego nie można powiedzieć o twierdzy w Kamieńcu w omawianej epoce. Z kolei republikańskie No pasaran! podczas hiszpańskiej wojny domowej nie było fanfaronadą, lecz świadomością, że naprawdę innej drogi nie ma niż walczyć do końca i raczej zginąć z honorem w walce niż zginąć potem z rąk wroga, który nie brał jeńców (a jeśli, to wyłącznie po to, aby ich rozstrzelać).

Absurdalność omawianego wątku w powieści (wysadzić się w powietrze na znak niezgody, honorowo jak… po przegranym zakładzie) ma też kolejne stopnie, poza absurdalnością samego „bohaterskiego” czynu (kto jeszcze dziś pamięta, że bohaterstwo nie polega po prostu na odwadze ani też po prostu na poświęceniu życia?).

Absurd pierwszy: bezsensowna fanfaronada użyta jako chwyt literacki służący poruszeniu czytelnika (by wzdychał i szlochał razem z Basieńką „nic to” – a to jakby prawzór dzisiejszego stadionowego zawołania i śpiewu „Polacy, nic się nie stało”).

Absurd drugi: ten przykład sztucznego patosu łączy się z irracjonalnym imperatywem „świętej powinności” oraz „kawalerskiej fantazji” (A co? Mnie stać na to, by sobie w łeb strzelić, by się wysadzić) serwowany i kultywowany w szkolnej młócce, w bogoojczyżnianym praniu mózgów jako wzór obywatelskiej i patriotycznej postawy. Wiele miał racji Stanisław Brzozowski, gdy w Legendzie Młodej Polski pastwił się nad sienkiewiczowską „Polską zdziecinniałą”.

Absurd trzeci: klinicznie dewocyjna logika w rytualnym upamiętnieniu POLEGŁYCH NA PRÓŻNO, A NA WŁASNE ŻYCZENIE. Każdy Polak kultywuje w pamięci wstrząsający apel z nabożeństwa żałobnego ku czci: „Panie Wołodyjowski! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz1 Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? Zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz?”

No, właśnie. Na to wygląda, że Bohater sam siebie zwolnił z przyszłych (niedoszłych) obowiązków. Ale takie wnioski nie byłyby budujące – ani dla wizerunku bohatera, ani dla samopoczucia osieroconej wspólnoty. Tej nieobecności (skoro nie ma pachnieć jak dezercja, choć tragiczna i heroiczna) trzeba nadać Sens Wyższy. I taki w kościele zwykle mamy pod ręką:

«- Kościoły, o Panie, zmienią na meczety i Koran śpiewać będą tam, gdzieśmy dotychczas Ewangelie śpiewali. Pogrążyłeś nad Panie, odwróciłeś od nas swoje oblicze Twoje i w moc sprośnemu Turczynowi nas podałeś. Niezbadane Twoje wyroki, lecz kto, o Panie, teraz opór mu stawi? Jakie wojska na kresach wojować go będą? Ty, dla którego nic nie jest w świecie zakryte. Ty wiesz najlepiej, że nie masz nad naszą jazdę! Która Ci, Panie, tak skoczy jako nasza skoczyć potrafi? Takichże obrońców się pozbywasz, za których plecami całe chrześcijaństwo mogło wysławiać imię Twoje? Ojcze dobrotliwy! Nie opuszczaj nas! Okaż miłosierdzie Twoje! Ześlij nam obrońcę, ześlij sprośnego Mahometa pogromcę, niech tu przyjdzie, niech stanie między nami, niech podniesie upadłe serca nasze, ześlij go, Panie!»

No i stało się. Do świątyni wkracza SOBIESKI.

Jak wynika z tej przemowy modlitewnej, to nie Wołodyjowski z Ketlingiem odebrali sobie życie, choć nie było takiej (również – honorowej) konieczności, a była potrzeba, by nadal służyli ojczyźnie swoją walecznością. To Pana Boga wrabiamy, by krył swym majestatem niedorzecznie pusty gest i by nadać mu znamiona mistycznego tragizmu.

Idiotyzm takiego rytualistycznego wzorca honoru łączy się, niestety, z innym defektem arcypolskiego stereotypu rycerskości. Z jednej strony, trzeba koniecznie zginąć w imię niezłomności i wierności przysiędze, nie wytrzymując oczekiwania w upokorzeniu na odmianę losu, ale z drugiej strony, jakoś nie cierpi honor ni sumienie, gdy w imię honoru (lojalność wobec mocodawcy, patrona) używa się swej „dzielności” w złej sprawie, w służbie interesom haniebnym tego, kto zresztą nie odwzajemnia tej spolegliwości. Kłaniają się nam Napoleon i żołnierze Legionów w akcji w Hiszpanii na Santo Domingo. Tak dosadnie ukazane w Popiołach Żeromskiego, potem w ekranizacji Wajdy.

Honorem nie należy szastać jak gotówką w nadmiarze.

 PROF. ZW. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

 

 

W wydaniu nr 225, sierpień 2020, ISSN 2300-6692 również

  1. RELIGIE DECYDENTA

    Życie proroka
  2. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Humorystyczna tragedia
  3. HISTORIA DECYDENTA

    Demony kraju-raju
  4. KRYMINAŁ DECYDENTA

    Wczoraj programuje dzisiaj
  5. WIATR OD MORZA

    Zwycięzca bierze wszystko
  6. HISTORIA DECYDENTA

    Nawała ze Wschodu
  7. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    "Misiek" w Warszawie
  8. GEOGRAFIA DECYDENTA

    Wielka rzeka Chin
  9. POLSKA DECYDENTA

    Tatry i Zakopane
  10. UCIECZKI DECYDENTA

    Droga do wolności
  11. HISTORIA DECYDENTA

    Życiorys bohatera
  12. RELIGIE DECYDENTA

    Historia zagrożeń dla Kościoła
  13. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Honor jako rytuał i pusty gest
  14. POLITYKA DECYDENTA

    Wojna hybrydowa
  15. WIATR OD MORZA

    Pol Waszem