Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

2 lipca 2020

Honor straceńców

Pojęcie honoru – u ludzi, którzy uważają siebie właśnie za ludzi honoru, chcą takimi być, pozostać i to udowodnić swoim postępowaniem – mocno związane jest z troską o swoją reputację, jak i pozytywną samoocenę. To, co mam najcenniejsze, a co mam do stracenia, gdybym zachował się niehonorowo – mówi sobie ktoś taki – to poczucie własnej wartości, nawet powód do dumy z siebie, a zarazem szacunek, a nawet podziw w oczach innych, za to, że stać mnie na czyn wymagający poświęcenia, na gotowość do bolesnej straty w imię wyższych wartości, zasad – pisze prof. zw. dr hab. Mirosław Karwat.

Prof. zw. dr hab. Mirosław Karwat

Takie pojęcie honoru mniej ma w sobie pragmatycznej kalkulacji (w stylu: co się opłaca, a co naraża na straty; jaka może być cena za bycie w porządku wobec siebie i innych), o ile w ogóle taka kalkulacja świadoma ma miejsce, a podlega z reguły emocjonalnym odruchom: porywom uczuć wzniosłych, impulsom sytuacyjnego patosu, naciskowi narosłych obsesji spowodowanych długotrwałą frustracją.

Toteż ludzie owładnięci takimi motywacjami podświadomymi, obsesyjnymi lub impulsywnymi kierują się w swej regule postępowania lub w zachowaniach w sytuacjach krytycznych i przełomowych nie kryterium „czego wymaga mój (lub wspólny, wspólnotowy) interes oraz jak to pogodzić z własną tożsamością, wizerunkiem, wzorcami godności osobistej i grupowej”, lecz kryterium jednak innym: „czego ode mnie wymaga moje poczucie honoru, oparte na moich własnych zapowiedziach, ale i na intuicji lub silnym przekonaniu, że tak wypada”.

Pierwsze kryterium zakłada, ze wartością jednak nadrzędną i fundamentalną jest co najmniej bezpieczeństwo i przetrwanie (jednostki lub wspólnoty), choćby za cenę własnego upokorzenia, przełknięcia prześladowań, aktów poniżenia, własnego poczucia autodegradacji. Zewnętrzne zamachy na mój honor nie są w stanie podważyć mojego wewnętrznego poczucia honoru. Honor zachowuję nawet na kolanach, bo nie klękanie lub sztywny kark są sprawdzianem honoru.

Natomiast kryterium drugie – z wyraźnym nawiązaniem do dosłownie rozumianej zasady „honor nie ma ceny”, „honor jest i bezcenny, i bezgraniczny, jako wartość sama w sobie” – podpowiada, wręcz narzuca postępowanie zgoła przeciwstawne.

Ta różnica silnie jest skorelowana ze znaną Weberowską różnicą między etyką przekonań a etyką odpowiedzialności.

Etyka przekonań wymusza postępowanie, która ma potwierdzić niezłomną wierność pewnym ideom, własnym zobowiązaniom i uroczystym ślubowaniom – bez względu na ponoszone koszty, największe nawet, w tym śmiertelne, zagrożenia i bez względu na zmianę sytuacji, układu sił, która pewne zobowiązania lub powinności może uczynić czymś problematycznym, a nawet wątpliwym.

Etyka odpowiedzialności wręcz przeciwnie, na pierwszym miejscu stawia odpowiedzialność nie tylko przed własnym sumieniem, ale przed tymi, o których losie (przetrwaniu, bezpieczeństwie) przesądzają nasze decyzje.

W skrajnym ujęciu etyka przekonań ucieleśniona jest w postawie BOHATERA i MĘCZENNIKA, zaś etyka odpowiedzialności wydaje się wyznawcom tej pierwszej (idealistom wznoszącym się ponad trywialną rzeczywistość lub fanatykom) obrzydliwie trywialną postawą KRĘTACZY, OPORTUNISTÓW, czy wręcz TCHÓRZY i ZDRAJCÓW.

Honor w etyce przekonań nakazuje, by DAĆ ŚWIADECTWO (także własnym zgonem lub męczeństwem albo powszednim nieskończonym cierpieniem – jak w toksycznym, jednak nierozerwalnym małżeństwie masochistki czy masochisty), by zginąć lub zostać zmiażdżonym, ale właśnie przez to poczuć się MORALNYM ZWYCIĘZCĄ.

Honor w etyce odpowiedzialności nakazuje natomiast, by nie unosić się honorem na próżno (jakby przez analogię do biblijnej maksymy, by Imienia Najwyższego nie przywoływać nadaremno), by – kiedy trzeba – za honorowe zachowanie uznać, paradoksalnie – to, co przynosi „ujmę na honorze”, np. wstydliwy lub upokarzający kompromis albo, co gorsza, kapitulację. Te dylematy rozstrzygane są, jak wiadomo, w sytuacjach walki, wojny, podboju, zniewolenia (któremu przeciwstawiana jest czysta, nieskalana jakimkolwiek samoograniczeniem wolność i godność – mniejsza o to, że w danej sytuacji nieziszczalna, a narażająca na taki wybór, że zamiast namiastki otrzymamy nic i wręcz nicość, unicestwienie).

Zgodnie z tym pierwszym kanonem (Najważniejsze to „dać świadectwo”) w podejmowanych decyzjach i działaniach nie liczy się nic – a więc nie liczy się ponoszone ryzyko, z góry wiadome koszty i straty, nawet pewność klęski, ba, nawet gwarancja zagłady jako ceny oporu – oprócz szlachetnego poczucia, że NIE USTĄPILIŚMY / NIE ODSTĄPILIŚMY NA KROK, nie ugięliśmy się, NIE ODDALIŚMY ANI GUZIKA (my rzeczywiście nie oddaliśmy, oni i tak to wzięli).

W fanatycznym wzorcu wychowawczym – my tu, w Polsce kojarzymy to „oczywiście” i wyłącznie z janczarami-poturczeńcami, z ofiarami fanatycznej indoktrynacji – kamikaze, terrorystami-samobójcami, młodymi rekrutami w Iranie czy w „Państwie Islamskim”, bez żadnych skojarzeń z polskim archetypem patriotyzmu – honorem jest nie zwycięstwo (nawet to zasłużone i odniesione sprawiedliwie, z zachowaniem reguł rycerskich), lecz uszlachetniająca klęska nadająca przegranemu atrybut MORALNEJ WYŻSZOŚCI. Wyższości nie tylko nad przeciwnikiem-zwycięzcą (którego zwycięstwo ma być jego hańbą), ale i nad tym naszym otoczeniem, które nie zdobyło się na CZYN, WYCZYN, zawahało się, sprzeciwiało aktom bezskutecznego bohaterstwa, więc w oczach tych bohaterów okazało się tak banalnie tchórzliwe, małostkowe (życie, zdrowie, niespalona biblioteczka, pamiątkowe zdjęcia prababci ważniejsze???!!! niż SPRAWA).

Honor w modelu heroiczno-martyrologicznym (mocno podszyty masochizmem, a raczej sadomasochizmem – ze względu na szantaż moralny wobec opornych, którzy chcą żyć, przeżyć, którzy gotowi są przystosować się nawet do czegoś moralnie nieznośnego) opiera się na prostych dyrektywach:

Paść na miejscu, ale się nie cofnąć, ani nie przepuścić (mniejsza o to, że po moim trupie jednak przejdą).

Zacząć – koniecznie zacząć, nie ma innej opcji – to, co powinniśmy zacząć (bo tego wymaga nasz honor, a niekoniecznie sytuacja, rzeczywiście dogodna okazja i realistycznie oceniona wysoka szansa na sukces); nie oglądając się na to, czy sami wiemy, czym to się skończy, czy jesteśmy pewni, że to my to zakończymy, a nie ONI to zakończą i nas wykończą.

W tym kontekście nie ma co chować się w krzakach: takim aromatem straceńczego honoru pachną nasze otoczone niezmiennym kultem (od zaborów, w II RP, w PRL i teraz nadal) powstania narodowe, z jedynym praktycznie wyjątkiem powstania wielkopolskiego. Powstanie listopadowe: grupa spiskowców rozpoczyna „zryw narodowy” od inauguracyjnego pudła (Wielki Książę Konstanty umknął patriotycznej zemście, bo się schował, podobno w falbankach małżonki) i biegania po ulicach Warszawy w poszukiwaniu generała, który zgodziłby się objąć dowództwo. Do objęcia dowództwa namawiają pistoletem przy skroni. Powstanie styczniowe – pod znakiem przepięknego mazura „Poszli nasi w bój bez broni, obok Orła znak Pogoni”. Powstanie warszawskie: „a na tygrysy mają visy”. Przepiękne karty, zwłaszcza dla patriotycznych czytanek, recytacji na akademiach, zamówień rocznicowych w okolicznych kwiaciarniach. A kto nie schyli głowy przed tymi powodami do dumy, ten nie jest godzien miana patrioty, Polaka, ten nie wie, czym jest honor i dlaczego należy go czcić nie pytając o nic.

Pokrewna dyrektywa w tym straceńczym kodeksie honoru: Z honorem na dnie lec (tu najważniejsze jest, by tonąc zachować oficerską wyprostowaną postawę, oddać salut). Wydawać by się mogło, że od admirała czy kapitana zatopionego torpedą okrętu wystarczy tylko wymagać, aby – jako opiekun spolegliwy, odpowiedzialny za życie załogi i pasażerów – ostatni wsiadł do szalupy ratunkowej, jeśli zdąży. Otóż nie. Sprawdzianem honoru ma być to, czy godnie wkomponuje się swą postawą jak do zdjęcia z apelu w patetyczny wizerunek łajby zanurzającej się w odmęty. Dlatego właśnie W Naszej Ojczystej Edukacji Patriotycznej każdy uczeń zasługujący na piątkę wie na pewno, że Ordon wysadził się ze swoją redutą, a żaden nie chce wiedzieć lub pamiętać (jeśli nawet wyczytał to w internecie), że on jednak – całkiem rozsądnie – wybrał życie, które jednak mu potem zatruto pretensją, że psuje efekt wychowawczy. Może nawet trafi się taki uczeń świadomy faktów i przekorny wobec mitologii „zgiń chwalebnie”, ale to jeden na milion – i pewnie to będzie jakiś nihilista.

Wychowanie patriotyczne w PRL – wbrew temu, co dzisiaj wypisuje się w topornej propagandzie – bynajmniej nie zwalczało wzorca bohatersko-cierpiętniczego rodem z Mickiewicza, Sienkiewicza, z moralnie zwycięskich powstań pod zaborami. Dodało jedynie do tego (co zwietrzało potem nadzwyczaj szybko) równie mitologiczno-martyrologiczny wizerunek rewolucji i rewolucjonistów. Kłopotliwe było dla Władzy Ludowej powstanie warszawskie – ale nie tylko w wiadomym kontekście (legitymizacja władzy, przypomnienie alternatywy polityczno-ustrojowej), lecz również z tego powodu, iż krytyka polityków odpowiedzialnych za tę hekatombę uwikłana była w konflikt z wymogiem szacunku dla szeregowych powstańców, potem tak krzywdzonych. Zresztą, ten rodzaj pułapki nadal czyha dziś na tych, którzy zamiast składać wieńce i nucić pieśni powstańcze zadają pytania (odległe od nawiązań do „komunizmu”), czy warto było, czy była alternatywa, czy właśnie szacunek dla poległych w powstaniu i dla ofiar wśród ludności nie wymaga – abstrakcyjnego już tylko zresztą – rozliczenia z decydentami.

Czy coś się zmieniło w tej kwestii w III RP, która płynnie przerasta już w IV RP pod sztandarem – pospołu – Piłsudskiego z Dmowskim? Bynajmniej, bynajmniej. Poszło tylko o krok dalej. Już nie Armia Krajowa, która posłusznie złożyła broń, a nawet wyłoniła ze swoich szeregów „kolaborantów” PRL (inżynierów, architektów, muzealników, uczonych) zasługuje dziś na miejsce na piedestale HONORU. Nie AK, lecz WYKLĘCI, NIEZŁOMNI. I to ma wbite do głowy młodzież szkolna. Do tego przyłożyli rękę politycy z Unii Wolności i Platformy, potem dziecinnie zdziwieni, dlaczego ich udział w Okrągłym Stole ma być Aktem Zdrady Narodowej.

Do tej emocjonalnej pułapki, która uwięziła w świadomości zbiorowej zdolność do racjonalistycznego, przepojonego odpowiedzialnością i imperatywem skuteczności w działaniu służebnym wobec wspólnoty – nawiązywał już przed laty sławny traktat Aleksandra Bocheńskiego „Dzieje głupoty w Polsce”. Traktat przez długie lata zapomniany i nieznany (nic dziwnego, bo niewygodny), a wznowiony niedawno w samą porę, bo właśnie trwa i wydaje plon masowy hodowla potencjalnych straceńców, często nie umiejących pracować, myśleć i liczyć, ale nauczonych, że kiedy zajdzie potrzeba, to trzeba „zginąć w ojczystej potrzebie”. Wątpliwą pociechą dla racjonalistów w Polsce może być świadomość, że mamy po sąsiedzku krewniaków w takiej mentalności. Warto zajrzeć do refleksji Krzysztofa Vargi o węgierskiej pomocarstwowej nostalgii i podobnym jak u nas kulcie klęsk.

Ale do tej pory snujemy myśli mimo wszystko patosem podszyte.

Istnieje jednak również w sprawach codziennych, a nie w okolicznościach wiekopomnych i zwrotnych, nader trywialna odmiana tego straceńczego poczucia honoru. Wyraża ją dosadna formuła „choćby zesrać się”, ale nie pozwolić, by oceniał nas ktokolwiek inny. Ocena mojego postępowania należy tylko do mnie – i obrona tej zasady to jest właśnie mój PUNKT HONORU.

Co ma to wspólnego z owym patriotycznym uniesieniem, z honorem straceńczym inicjatorów działań daremnych, a niebezpiecznych lub wręcz zgubnych dla zbiorowości? Otóż taką postawą „idź w zaparte, byle dumnie, byle godnie” legitymują się sprawcy szkolnych lub absurdalnych, idiotycznych błędów nawoływani do samokrytyki (i, niestety, do dymisji) oraz ludzie przyłapani na kłamstwie lub przekrętach. Swoją mieszankę uczuć (zakłopotania, nawet zawstydzenia z powodu wpadki, a bardziej z tego powodu, że się wydało, złości, że mają satysfakcję ich oponenci, ale i zwykłego strachu, iż jeśli nie odeprą ataku, to będą bezbronni) próbują pokryć samooszukiwaniem (broniąc swoich grzechów lub zaprzeczając im jakoby bronię swego honoru) i kontratakiem. Właśnie na tej zasadzie ewidentny kłamca lub aferzysta zapowiada – gromko – pozew do sądu o oszczerstwo, a bohater wojenny lub były więzień polityczny oskarżany o przywłaszczenie wyciąga ze skrzyni medale.

Może i pójdę na dno, ale z honorem – i z honorami; będziecie mi salutować przy honorowej egzekucji, a na pogrzebie i tak zagra orkiestra.

PROF. ZW. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 224, lipiec 2020, ISSN 2300-6692 również

  1. HISTORIA DECYDENTA

    Niepełnoletnia, zamordowana
  2. SZTUKA DECYDENTA

    Samotna obywatelka świata
  3. POLITYKA DECYDENTA

    Więzi transatlantyckie
  4. HISTORIA DECYDENTA

    Przed rozbiorami
  5. DECYDENT GLOBTROTER

    Jedziemy na Maltę
  6. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Obalanie flaszki
  7. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Prawdy i kity
  8. WIATR OD MORZA

    Kondolencje dla Pana Prezesa
  9. HISTORIA DECYDENTA

    Wojna polsko-bolszewicka
  10. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Co dalej na Kaukazie Południwoym?
  11. DECYDENT POLIGLOTA

    Takiej książki jeszcze nie było
  12. HISTORIA DECYDENTA

    Hitler po latach
  13. PRACA DECYDENTA

    Inny świat
  14. HISTORIA DECYDENTA

    Zamordowany
  15. WIATR OD MORZA

    Mamy przekopane!
  16. ANTYKWARIAT DECYDENTA

    Intrygujący świat
  17. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Honor straceńców
  18. RELIGIE DECYDENTA

    Wiara i praca