Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

5 maja 2020

Rozbrat honoru z polityką

Porządnemu obywatelowi bliski jest rycerski wręcz wzorzec uprawiania polityki. Ten wzorzec nakazuje, aby zawsze być i pozostać pryncypialnym; aby postępować zgodnie z własnymi zasadami, ale zarazem zgodnie z regułami powszechnie uznawanymi, jakich się wymaga. Nakazuje, by podejmować wyłącznie takie decyzje, o których słuszności sami jesteśmy przekonani, przed którymi nie czujemy oporu ze względu nie tylko na rozwagę, poczucie odpowiedzialności, ale i ze względu na ostrzegawczy głos sumienia – pisze prof. dr hab. Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

Słowem, trzeba być jednoznacznym w dążeniach, słowach i czynach. Być konsekwentnym w postępowaniu – ale i prostolinijnym. Nigdy nie splamić się krętactwem, koniunkturalizmem, oportunistycznym unikiem lub wykrętem w sytuacji czyjegoś nadużycia czy występku. Dotrzymać danego słowa bez względu na wszystko – a więc nawet wtedy, gdy zobowiązanie tylko formalnie jest wciąż aktualne, a zmieniły się okoliczności. Nawet wtedy, gdy spolegliwość oznacza straty, a może nawet jest zachowaniem samobójczym.

Polityk jawi się tu jako żywe wcielenie rycerza i gentlemana.

Z takim wzorcem nierozerwalnie jest związany imperatyw, by nie zadawać się z byle kim i tym bardziej z ludźmi bez honoru. Należy nie tylko unikać ich towarzystwa i sąsiedztwa. Nie powinno się uczestniczyć wspólnie z nimi w niczym (aby naprawdę nie mieć z nimi nic wspólnego; choć zdarza się – niestety – wspólny przodek, wspólne nazwisko, wspólna przeszłość, od której jednak teraz się odcinamy). Ale tym bardziej – nie wolno wchodzić z nimi w żadne układy. Nie można zawierać z nimi żadnych porozumień opartych na takiej czy innej formie wzajemności i na dobrowolnych zobowiązaniach, żadnych sojuszy ani kompromisów (śmierdzących z natury, zgniłych). Ale też nie można dopuszczać do pośrednich form współdziałania – np. takich, które polegają na tym, że korzystam z przysług niehonorowego, choć nieoficjalnego, wspólnika. Zatem potępiane są tu również dwulicowe style kooperacji. A wyglądają one tak: pro forma demonstrowane obrzydzenie, dystans, nieprzyznawanie się do kontaktów i wspólnych celów oraz działań, ba, gromkie rytualne deklaracje typu „My z nimi? Nigdy!”; choć wiadomo, że gdzie jak gdzie, ale w polityce – podobnie jak w biznesie i w sztuce wojny – obowiązuje raczej maksyma „Nigdy nie mów nigdy”.

Moralistyczny posmak tego ideału jest taki, że dla polityka cnotą najwyższą – jak dla damy średniowiecznej dziewictwo – jest honor; a niektórzy patetycznie przenoszą to na poziom zbiorowości, wspólnoty (honor ma być wizytówką narodu, partii niepokalanej, armii, palestry; wolnych, bo nieprzekupnych, mediów).

Może i piękny to wzorzec-postulat, ale zupełnie nierealistyczny. Pozostawmy nawet na boku amoralny i cyniczny styl polityki, w którym nie liczą się żadne absolutne zasady, wartości, rygory – w każdym razie nie jako święta busola i nienaruszalna granica, a co najwyżej jako okazja, instrument, pretekst do zmiennych okazjonalnych korzyści. To szczególny przypadek.

Odnieśmy to jednak do sytuacji polityków kierujących się w punkcie wyjścia – mimo wszystko – trwałymi przekonaniami i zasadami kierunkowymi, działających w dobrej wierze w poczuciu służebności (co nie musi zawsze wykluczać osobistych ambicji, kalkulacji związanych z karierą, własnej wygody itp.).

Kiedy do polityki wkracza młody (wiekiem lub krótkim stażem – jako debiutant) idealista, to szybko pęka jego pancerz niewzruszonych zasad, wzniosłych wyobrażeń i niezłomnych postanowień, że będzie działał jedynie uczciwie, przyzwoicie, na miarę swego poczucia powinności. Pęka w zderzeniu chęci dobrych i szczerych z układem sił, z ceną, jaką trzeba zapłacić za nawet najdrobniejsze kroczki na drodze do ostatecznego celu. Pryncypialność ulega erozji w konfrontacji między własną determinacją a siłą przeszkód obiektywnych, jak i tych stawianych przez rywali i przeciwników. Kruszeje w dysonansie między usilnym pragnieniem, aby jak najszybciej okazać się skutecznym (oczywiście, w służbie ideałów i w wysiłku na rzecz spełnienia zaciągniętych zobowiązań) a powstałą po drodze pokusą drogi na skróty, byle szybko cel osiągnąć lub – co gorsza – koniecznością układania się i manewrowania, by cokolwiek z tego, co miało być całkowite, niepodzielne, doskonałe, utargować w kawałku.

Polityka jest grą interesów partykularnych, w której każdy uczestnik krępuje swobodę pozostałych, a zarazem sam podlega rozlicznym uwikłaniom, uzależnieniom.

Polityka jest – jak to się powiada – „grą zespołową”; w wielorakim sensie. Po pierwsze, nikt tu nie osiąga celu w pojedynkę, a nawet autorytatywny przywódca jakiejś wspólnoty odgrywa swoją kluczową i decydującą rolę pod warunkiem posłuchu ze strony swoich zwolenników i sympatyków, który to posłuch okazywany jest… pod takim czy innym warunkiem. Po drugie, wsparcie własnego zespołu czy obozu często ma siłę niewystarczającą – i dla realizacji celu konieczne jest wsparcie jeszcze kogoś innego z zewnątrz, o nietożsamych, czasem nawet przeciwstawnych poglądach, interesach i dążeniach. Wsparcie osiągane za cenę określonych (często wstydliwych i gorszących) ustępstw, przemilczeń, niedopowiedzeń, w rezultacie wycofania się z czegoś, co miało być absolutnie niepodważalne i nienaruszalne.

Korelatem polityki jako pragmatycznej, a dwuznacznej kooperacji – dalekiej od rygorów „ideologicznej czystości i bezwzględnej wierności zasadom”, od zamiaru współdziałania wyłącznie w towarzystwie, które nie przynosi wstydu – jest dwojaka pułapka.

Po pierwsze, ludzie honoru (nawet ci w pełni zasługujący na to miano swoją osobistą postawą) chcąc nie chcąc zostają współuczestnikami, współsprawcami, a co najmniej żyrantami, pomysłów i rozwiązań niehonorowych. Bywają uwikłani w sytuacje (kompromitujące, żałosne, groteskowe) samozaprzeczenia (odwrotu od własnych zapowiedzi, zaprzeczenia czynem własnym słowom). Konieczność pragmatyczna – związana z wymogami równowagi sił, bezpieczeństwa, z obroną pewnych wartości lub interesów na zasadzie wyboru „mniejszego zła”, z warunkami elementarnego przetrwania w sytuacji dekoniunktury – przeważa nad koniecznością (powinnością) moralno-ideową.

Niestety, nie nadaje się na polityka pięknoduch, którego „honorowość” pozwala mu jedynie na działanie w stylu spanikowanego lub rozsierdzonego nosorożca (pędzić na oślep do z góry przesądzonego celu bez oglądania się na przeszkody i niebezpieczeństwa po drodze). Jako przewodnik stada prowadzi on je… ku honorowej, patetycznej zagładzie; a czasem tylko do żałosnej, groteskowo-niesmacznej żenady-kompromitacji.

Po drugie, ci ludzie honoru (po przejściach, więc honor jest u nich jak przenicowane, a i tak już przetarte stare palto) z założenia w swej roli nie tylko obcują, ale i współdziałają z ludźmi, którym – w normalnej (?), tj. abstrakcyjnej sytuacji komfortu moralnego – nie podaje się ręki. Na tej zasadzie obrońcy pokoju zachowują lub przywracają pokój… do spółki z podżegaczami wojennymi i współsprawcami wojen. Ba, zdarzyło się, że pokojową nagrodę Nobla otrzymali – i przyjęli – pospołu przedstawiciele napastnika i napadniętego. Politycy walczący o restytucję demokracji i praw człowieka osiągają to za cenę umowy politycznej ze zbrodniarzami z upadającego reżimu. Zdesperowani obrońcy praworządności oglądają się na krętaczy (w nastroju ewakuacyjnym lub przetargowym) z obozu gwałcicieli prawa i konstytucji.

Ta kwadratura kola niektórych polityków zwyczajnie demoralizuje. Wtedy z moralistycznej żarliwości pozostaje już tylko cynizm osłaniany przytomnym i cwanym frazesem, a czasem pragmatyczny relatywizm osłaniany moralizatorską manierą, demonstrowaniem moralnej nieskazitelności i wyższości nad drugą stroną swoich porozumień.

Taka przypadłość przydarzyła się w Polsce części współtwórców III RP.

Z jednej strony, zdobyli się na realistyczny, a nie awanturniczy czy „mścicielski”, obsesyjnie rozliczeniowy scenariusz transformacji, który opierałby się na zbiorowym wykluczeniu i ściganiu „z rozdzielnika” (wg przynależności partyjnej, miejsca pracy, stanowiska). Co prawda, niektórym trudno było wytrwać w tej „wielkoduszności”; toteż po latach, po weryfikacji i honorowej właśnie umowie nowego państwa ze zweryfikowanymi funkcjonariuszami służb policyjnych, wyskoczył nagle projekt „dezubekizacji” w odwecie nawet za jeden dzień służby (czy tylko szkolenia) u niewłaściwego pana.

Ale z drugiej strony, demokratów z urazem kombatanckim strasznie uwierało to, co sami ogłosili (hasło „grubej kreski”) i fakt niezastąpionej pomocy pokonanych w kształtowaniu nowego porządku. Kompensowali więc ten ból utraconej cnoty w służbie cnoty rytualną demonstracją własnej nieskazitelności, moralizatorskimi sentencjami w stylu „wam wolno mniej” i przede wszystkim cyklicznymi demonstracjami obrzydzenia – jak u osobnika nazajutrz po, na kacu. W tym przypominali Kowalskiego z anegdoty, który zapytany przez kadrowca prosto z mostu „Kowalski, powiedzcie szczerze, pijecie?” odpowiedział na to szczerze i żarliwie „Tak, piję, ale z obrzydzeniem”.

Inni politycy – przepojeni obsesją politycznego dziewictwa utożsamianego z honorem – przestają być zdolni do sprawczego uczestnictwa w polityce; do wywierania wpływu i podejmowania trudnych, niejednoznacznych moralnie decyzji, ponieważ w swej moralnej, honorowej niezłomności i jedyności nie są w stanie dojść do porozumienia (ani nawet tego spróbować) z kimkolwiek. A swymi jałowymi recytacjami wzniosłego pustosłowia zamieniają się w katarynkę

Jeszcze inni usiłują uwolnić się od własnego zakłopotania dualizmem tego, co osobiste i tego, co służbowe, zawodowe. W sferze prywatnej (rozciąganej jednak i na sferę publiczną w tym zakresie, który wiąże się z ich biografią, osobistą drogą w polityce) starają się – niekiedy z przyzwoitym wynikiem – sprostać rygorom i wizerunkowi człowieka honoru. Ale w sferze swej działalności i określonej roli politycznej kierują się już poczuciem rzeczywistości, koniecznościami praktycznymi, taktyczną elastycznością (jakby gardło przepłukali przy zmianie trunków). Człowiek prywatnie bardzo honorowy – zawstydzająco szczery, prawdomówny, sztywny w przekonaniach (na temat „wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy”) – sprawnie działa w roli trybika, a nawet i operatora politycznej machiny, w której trybach przewija się krętactwo, wiarołomstwo, odwracanie kota ogonem, kłamstwo, demagogia, nawet zwyczajne skurwysyństwo – popełniane jednak w imię racji stanu.

Zapewne wielki to honor być politykiem, ale polityka często przekomarza się z honorem.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 222, maj 2020, ISSN 2300-6692 również

  1. HISTORIA DECYDENTA

    Polska za Gomułki
  2. KSIĘGARNIA DECYDENTA

    Wyłącznie interesujące tytuły
  3. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Amerykanie w Niemczech i w Japonii
  4. HISTORIA DECYDENTA

    Niemcy wobec Polski
  5. GEOPOLITYKA DECYDENTA

    Przebudzanie u Kimów
  6. HISTORIA DECYDENTA

    Żołnierz wyklęty
  7. POLITYKA DECYDENTA

    Demokracja w Polsce
  8. DECYDENT POLIGLOTA

    Gramatyka bez tajemnic
  9. 30 LAT MILKPOL S.A.

    Czarnocin - kraina mlekiem płynąca
  10. KOBIETY DECYDENTA

    Powieść, zgodna ze schematem
  11. WIATR OD MORZA

    Wybór czy dobór?
  12. DZIECKO DECYDENTA

    Zdrowe jak rydz
  13. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Rozbrat honoru z polityką
  14. SMAKI DECYDENTA

    Jemy dobrze, po polsku