Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

3 lutego 2020

Honor - przeżytkiem?

Wielu z nas sądzi, że w „płynnej nowoczesności” – epoce postprawdy, relatywizmu, permisywizmu itp. – i samo pojęcie honoru jest przeżytkiem, jakimś reliktem dawno minionych czasów, śladem „niegdysiejszych śniegów”, i nawet zjawisko społeczne określane takim słowem jest już tylko reminiscencją historyczną. A z nią jakoby zetknąć się można już tylko przez kontakt z muzealnym eksponatem, z teatralnym rekwizytem i klasycznym repertuarem sceny, co najwyżej jeszcze przy lekturze literatury pięknej sprzed wieków i pożółkłych kodeksów etycznych, rozpraw moralizatorskich. Takie wrażenie – uogólnienie to duża przesada – pisze prof. dr hab. Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

To świadectwo ulegania przemożnym sugestiom popkultury, medialnego kalejdoskopu i politycznego zgiełku, gdzie coraz rzadsze sytuacje zachowań w pięknym stylu ustępują pola temu, co wcześniej „nie mieściło się w głowie”, a teraz budzi niesmak, konsternację, ale też nie na długo, bo się do tego przyzwyczajamy, znieczulamy. W takich realiach i w takiej atmosferze honor musi wydawać się taką samą, śladową zresztą, ciekawostką jak przejazd karetą pomiędzy samochodami.

Prawdą jest co najwyżej to, że standardy honoru uległy widocznej erozji.  Bo i coraz węższy krąg społeczeństwa zna to pojęcie, rozumie jego znaczenie i potrzebę kultywowania, i coraz rzadziej standardy honoru są respektowane przez ludzi w stosunkach powszednich oraz przez uczestników życia publicznego, a egzekwowane przez otoczenie. Kryteria honoru przestają działać w roli hamulca lub w roli motywu do rehabilitacji i zadośćuczynienia, jak i w roli kryteriów oceny. Ludzie pozbawieni honoru lub z plamą na honorze dawniej byliby skompromitowani i spaleni. Dziś jednak rzadko ich „obciach” staje się powodem do tego, by nie przyznać im nagrody, honorowego (!) wyróżnienia i tytułu, by nie wybrać ich na kolejną kadencję. O tempora, o mores!

Ale to można powiedzieć w ogóle o wszelkich „odwiecznych” wzorcach i wartościach. Zaraźliwa siła przykładu niekoniecznie dotyczy dziś zachowań budujących, pozytywnych – bo lepiej się sprzedaje i pozwala siebie wylansować skandalizowanie, destrukcja, spektakularne draństwo i świństwo, blamaż zapewniający rekordową rozpoznawalność i popularność. Zbigniew Stonoga – że użyję jego retoryki – cudzym lub własnym honorem mógłby sobie podcierać swój wylot; nie od tego zależy jego medialna kariera.  Wzorce dobrego wychowania ustępują w praktyce chamstwu. Wysmakowanie, w każdym razie adekwatność formy do treści – bezguściu. Obiektem podziwu (i wzorem do naśladowania!) rzadziej jest dziś bohater czy społecznik-desperat; częściej – cwaniak, krętacz, hochsztapler. Autorytet mędrców lub po prostu specjalistów, znawców tematu rozpryskuje się na kawałki w zderzeniu – zwłaszcza w internecie – z bezgraniczną pewnością siebie i agresywną arogancją dyletantów, ignorantów. Ci wypowiadają się tym bardziej kategorycznie i tym bardziej narzucają swoje kaprysy lub fobie innym, im mniej mają podstaw do tego w swojej wiedzy, własnym doświadczeniu.

Zmierzch, a raczej uwiąd honoru nie jest więc szczególnym wyjątkiem, jest „fragmentem większej całości”, tzn. kryzysu etosów grupowych, ideałów uniwersalnych.

Jednak to mylne wrażenie, że „honoru już ni ma, panie dzieju” potęgowane jest przez fakt, iż wielu ludzi nostalgicznie wręcz przywiązanych do samego słowa HONOR i do jego „wdrożeń” w regułach postępowania osobistego, zawodowego, służbowego, publicznego, zwłaszcza w kodeksach etycznych, formalnych kodeksach honorowych – wielu takich ludzi kultywuje…  naprawdę anachroniczne pojęcie honoru. Podwójnie anachroniczne.

Po pierwsze, uporczywie trzymają się takich wyobrażeń (co jest honorem, kto posiada honor, komu przysługuje „zdolność honorowa”, jakie zachowanie jest lub nie jest honorowe), które odpowiadają stosunkom społecznym już dawno przebrzmiałym, a rozmijają się z realiami współczesności.

Zmieniła się wszak struktura i hierarchia klasowa, mimo zachowania wielu nierówności i niesprawiedliwości społecznych (na czele z wyzyskiem człowieka przez człowieka), uległy wydatnemu zniwelowaniu tak zwane dystanse klasowe, nastąpiła nie tylko formalna (m.in. konstytucyjna), ale i obyczajowa egalitaryzacja społeczeństwa. Towarzyszy temu tak zwana „ruchliwość pionowa”, a więc duża dynamika procesów awansu społecznego lub, przeciwnie, degradacji społecznej jednostek w porównaniu do ich statusu wyjściowego, m.in. dziedziczonego. A nie przyjmując tego do wiadomości, tradycjonalni czciciele wartości zwanej honorem odnoszą honor jako swego rodzaju przywilej do środowisk bądź zanikających (jak obdarzone „z natury” splendorem ziemiaństwo), bądź zdemokratyzowanych i wymieszanych w swoim składzie (wystarczy porównać dawniejszy „stan oficerski” czy „kwiat palestry” z dzisiejszym kręgiem ludzi o podobnym statusie – zbiorem niejednorodnym pod względem pochodzenia, istnienia lub nieistnienia tradycji rodzinnej, rygoryzmu lub rozchwiania moralnego, także w granicach etyki zawodowej).

Najbardziej wyraźnym przejawem takiej inercji jest patriarchalne „oczywiste” kojarzenie słowa HONOR z mężczyznami i zastrzeżenie tego terminu dla mężczyzn, gdy kobietom przyznaje się (lub odbiera) tylko CZEŚĆ niewieścią. Ten przeżytek myślowy – wciąż żywotny! – zasługuje na oddzielną analizę.

Po drugie, dżentelmeni „niedzisiejsi” nieraz za esencję honoru uznają – pielęgnując „starą dobrą tradycję” – kryteria i ustalenia, które były anachronizmem już wtedy, gdy zostały skodyfikowane i w pewien sposób „zadekretowane”. Za przykład niech tu posłuży sławetny Kodeks Honorowy Boziewicza z roku 1919 – już wtedy „opóźniony w rozwoju” w zderzeniu z powojennym powiewem postępu: z początkami również prawnej emancypacji kobiet, z zanikiem postfeudalnego monopolu „szlachectwa” w zawodach publicznie służebnych (nauczyciele, uczeni, urzędnicy, sędziowie, oficerowie).

Moglibyśmy się zdziwić – lub tylko udać zdziwienie – że jeszcze dziś, w XXI wieku, ktoś poważnie traktuje takie „aksjomaty”, że honor dotyczy porucznika i tym bardziej generała (bo to już „wyższe sfery”), lecz już nie sierżanta, kaprala z plebsu; profesora, sędziego, mecenasa, lecz już nie właściciela baru z kebabem lub pizzą; właściciela Maybacha, ale nie rikszy.

Niewiele mądrzejsze są przekonania, że zasób honoru i miary oceny honoru są zależne od pozycji społecznej. Owszem, prezydent państwa, minister, birmańska laureatka Nobla za walkę… o prawa człowieka (dziś obojętna na pogromy mniejszości muzułmańskiej w swym kraju) mają większe zobowiązanie i więcej do stracenia, gdy mu się sprzeniewierzą, ale nie znaczy to, że prezydent, minister, bohater wojenny, bojownik o demokrację itp. ma „w sobie” lub na zajmowanym stanowisku „więcej honoru”. Nie jest też przesadną mądrością sądzić, że żona lub wdowa po mężu, który się „zaplątał”, ma większy tytuł do honoru niż jego kochanka.

Czy w ogóle istnieje jakiś niezawodny „rachunek honoru”? Wątpliwe, ale to też problem do zastanowienia.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 219, luty 2020, ISSN 2300-6692 również

  1. KRYMINAŁ DECYDENTA

    Bądź uczciwy!
  2. KOBIETY DECYDENTA

    Polka Renesansu
  3. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Koronawirus
  4. POLITYKA DECYDENTA

    Pan M.
  5. KULTURALNE CO NIE CO

    Oscar w "Halce"
  6. DECYDENT POLIGLOTA

    Rozumiem, co mówię
  7. MEDIA DECYDENTA

    TVP od środka
  8. POLITYKA DECYDENTA

    Kapitalizm v. socjalizm
  9. CZEGO UCZĄ NAS FINOWIE

    Nie szukajcie przyjaciół daleko, a wrogów blisko
  10. NIE LĘKAJCIE SIĘ!

    Trejugolnik
  11. POLITYKA DECYDENTA

    USA-Chiny na początku XX wieku
  12. KONTROLA BIZNESOWA

    Gwarancją bezpieczeństwa podatnika
  13. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Honor - przeżytkiem?
  14. KRYMINAŁ DECYDENTA

    Dwa morderstwa