Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

1 sierpnia 2019

Taki honorny

Antypody – w postaci ludzi honoru i ludzi bez honoru – nie wyczerpują typologii postaw według kryterium, czy ludzie kierują się w swym postępowaniu poczuciem honoru i powinnością postępowania honorowego. Pomiędzy tymi „czystymi” typami  musimy jeszcze uwzględnić mentalność i stały schemat postępowania ludzi o bardzo szczególnym – powiedzmy jasno: fałszywym – rozumieniu honoru, które towarzyszy fałszywej samoświadomości. Powiada się o nich, że to ludzie „honorni”. W największym skrócie: osobnik „honorny” to ktoś przepojony (aż go rozsadza) poczuciem własnej wartości i ważności, oczekujący i wymagający od otoczenia, by nieustannie czynić mu honory – pisze prof. dr hab. Mirosław Karwat.

Ktoś przeświadczony o własnej pryncypialności, doskonałości i nieomylności, co skłania go też do poczucia wyższości nad innymi, usprawiedliwianego poczuciem, że wszyscy oni nie są w stanie sprostać jego wysokim wymaganiom, dorównać jego pryncypialności. Ktoś wrażliwy (aż przewrażliwiony) na punkcie swojego „honoru” (utożsamianego z dobrym samopoczuciem, wyłączeniem z jakiejkolwiek krytyki), odporny (impregnowany) na jakiekolwiek – nawet najbardziej taktowne, pochlebne czy hołdownicze – próby „poprawiania” jego wyobrażeń, postanowień i czynów. Reagujący gniewnie i wręcz mściwie na wszelkie takie „zamachy” na jego godność i pozycję; „obrażalski” i zadziorny.

Ktokolwiek próbuje z nim rzeczowo rozmawiać o tym, co można byłoby zrobić inaczej, lepiej i co jest wątpliwe w jego pomysłach, przekona się natychmiast, że odbiera on to jako atak osobisty. Racja stanu (nawet na poziomie wójta) jest tożsama z jego poglądem.

To ktoś zupełnie pozbawiony dystansu do własnych możliwych niedoskonałości, braków lub błędów, ale też nie mający zahamowań w bezwzględnym krytykowaniu, pouczaniu innych i karaniu ich swoimi fochami. Jego znak rozpoznawczy to ASYMETRIA. Jest dowcipny i świetnie się bawi w żartach na temat innych (zwłaszcza podwładnych lub rywali). I przy tym nie zastanawia się, czy jego uwagi nie są dyskusyjne, czy nie są niesprawiedliwe, czy nie są nietaktem lub upokorzeniem dla innych. Lecz kompletnie jest pozbawiony poczucia humoru, nie mówiąc już o pokorze, gdy mowa jest o nim. Na to, co mu nie w smak, reaguje furią i odruchem „ja tego nie daruję”. To przejawiać się może np. (w danych czasach w stanie szlacheckim) w pojedynkowym pieniactwie (na szpady, pistolety o najmniejszy drobiazg czy nieporozumienie), a w kręgach plebejskich w wyzwaniu na mordobicie za stodołą lub w bluzgach.

Ale przede wszystkim: to osoba z natury niezdolna pogodzić swoje wyobrażenia o własnej pryncypialności i przeświadczenia, że jest nieskazitelna, bez zarzutu (tę samoocenę przyjmuje z góry i na kredyt w odniesieniu do wszelkich swoich zachowań) z rzeczywistym przestrzeganiem i wymaganiem od siebie reguł postępowania honorowego. A te reguły dotyczą przecież wszystkich etapów postępowania: przed (w stadium zamiarów, planów i podejmowania decyzji), w trakcie działania (kiedy łatwo uchybić nawet wzniosłym celom, własnym szlachetnym intencjom, zobowiązującym zapowiedziom) i po fakcie (zwłaszcza w sytuacji błędu, szkody, partaniny, stwierdzenia nadużyć, wystąpienia nienależnych korzyści, form uznania, nagród). Osoba chronicznie niedolna, więc nigdy nie gotowa, do refleksji nad własnym postępowaniem, do najpowściągliwszej nawet samokrytyki, do przypisania sobie samej odpowiedzialności za to, co w jej postępowaniu było nie w porządku. Bywa nawet tak, że im bardziej sama zaprzecza czynem swemu samochwalstwu („jaki to jestem honorowy”), tym bardziej agresywnie „unosi się honorem”. W wersji „łagodnej”, infantylnej: zabieram swoje zabawki i odchodzę, z wami już się nie bawię. W wersji ostrej: nie dam sobie w kaszę dmuchać, ja ci mordę obiję albo też „ja cię zniszczę” (bo sam zobaczysz, jakie długie mam ręce, jakie mam „chody” tam gdzie trzeba).

Specjaliści z zakresu socjologii moralności lub psychologii moralności nie wypracowali dotychczas, jeśli się nie mylę, wyrafinowanego, subtelnego określenia tego fenomenu. Ale wyręczyła ich w tym polszczyzna potoczna, dosadnym gwarowym określeniem HONORNY.

Słowo HONORNY brzmi ludowo, od razu kojarzy się z prostotą umysłu wieśniaka czy plebejusza z bloków mieszkalnych, jeszcze lepiej – slumsów. Ale nawet i z nierodowodowymi właścicielami domków, willi, które są dla nich pokazowym rekwizytem „wyjścia na ludzi”, awansu społecznego, świeżego wzbogacenia. Często, choć nie zawsze, zdarza się, że „honorność” idzie w parze z nowobogackim bezguściem, z dygnitarską pychą i jej bizantyjską groteskową oprawą ludzików wyniesionych na wysokie urzędy, których sprawowanie im samym tyleż imponuje, co ich przerasta.

Ale nie zapominajmy, że pierwszym wcieleniem tego typu (zanim się zdemokratyzowało, upowszechniło, uludowiło) był u nas „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, szczególnie ten z gołoty (pokrewieństwo z wyrazem rozpoczynającym się na literę h nieprzypadkowe). Stan deklasacji i wyrastające stąd poczucie upokorzenia bywały odreagowane dwojako. Mogło to być zadzieranie nosa odwrotnie proporcjonalne do własnej mizerii (nie mam nic, może tylko długi, ale mam szlachectwo – i to mnie wywyższa ponad chamów i łyków miejskich) oraz rozróba (szabla ucinająca nosy mym szlachectwem). Jeśli jednak ratunkiem było „zawiśnięcie u wielkopańskiej klamki”, to rekompensatą za degradację, poczucie poniżenia i służalczość (gorliwością trzeba odpłacić za łaskę magnata) było obnoszenie się z „honorem” bycia sługusem, obrona czci mocodawcy (takoż szablą po nosie) i poczucie wyższości  wobec wszystkich tych błękitnokrwistych, którzy usiłowali być niezależni.

Egalitaryzacja społeczeństw nowożytnych, przyznanie statusu obywatela i człowieka po prostu, wyposażonego w całą gamę „praw naturalnych” – na czele z prawem do własnej tożsamości i godności – to wszystko sprawiło, że „honornym” może być dzisiaj każdy, zwłaszcza „byle kto”. Toteż nie brakuje takich „honornych” w kręgu tak zwanych zwykłych ludzi. I widoczna jest ich obecność na niejednym podwórku, w piaskownicy, w karczmie, na dyskotece w remizie, w dyskusjach nożowników, w wojnach kibolskich, ale i podczas narad produkcyjnych, obrad jury w konkursie na najbardziej seksowne gacie.

Generalnie rzecz biorąc, bycie „honornym” to wyraz (na podobnej zasadzie jak przeciek w kłamstwie), a zarazem próba zamaskowania własnych kompleksów, zagłuszenia podświadomego poczucia, że jestem nie na swoim miejscu albo, że w każdym razie nie radzę sobie z jakąś rolą – rodzinną, małżeńską, zawodową, służbową. To klasyczne nadrabianie miną, z tą różnicą w porównaniu ze zwykłym chamstwem, dygnitarskim ważniactwem („pan nie wie, kto ja jestem!”) czy nonszalancją, że własne zakłopotanie, zagubienie i poczucie zagrożenia przyoblekamy we wzniosłe szaty człowieka zasad.

Jednak ta „honorność” i w tym demokratycznym, a raczej populistycznym, wydaniu też awansowała – do rangi zachowań zbiorowych w sferze publicznej. „Honorni” są bohaterowie „zadymy” w Białymstoku. Wszak nie wolno pozwolić, by się panoszyły pedały i inne zboki, trzeba obronić Wiarę, Kościół i Honor Polaka przed tą perwersją. Obronić czynem – bijąc i okradając dzieciaka, ubliżając kobiecie, plując, opryskując moczem. Bardzo oryginalne pojęcie honoru: biciem słabszych i nienawiścią zasłużyć na godne miano Prawdziwego Polaka, mężczyzny, Rycerza Chrystusowego.

Nadreprezentację ludzi „honornych” mamy od dawna w światku polityków i pseudopolityków, zwłaszcza tych autorytarnych. Dla nich honor znaczy tyle co niepodważalna i bezgraniczna moja władza. I tu epidemia, już wręcz pandemia „honorności” rozwija się z prędkością światła. Im większa miernota – nieudacznik, ale ważniak z protekcji, z partyjniackiego rozdania – tym wyżej zadziera głowę, tym bardziej się puszy, tym bardziej ostentacyjnie ignoruje tych, którzy zadają niewygodne pytania, obnażają i piętnują nadużycia lub niekompetencję. I tym chętniej zaprzęga całe państwo do swoich osobistych porachunków.

Gdy „honorny” nabroi, i sam to czuje, wtedy właśnie unosi się honorem. Nie zniżę się do odpowiadania tej tłuszczy. Poniżej mojej godności jest tłumaczenie się – przed przeciwnikami (a ileż macie dywizji?), przed dziennikarską swołoczą, przed zwykłymi obywatelami (na kogo się porywasz, gnojku?!). Odpowiedź na demaskatorskie publikacje – z udokumentowanymi zarzutami, a co najmniej z kwestiami wymagającymi publicznego wyjaśnienia – jeśli w ogóle odpowiem, a nie zbędę milczeniem, może być tylko jedna: do sądu z nimi! Z  powództwem o zniesławienie i zniewagę.

Polityk honorny zresztą nie odróżnia zniewagi, obrazy od krytycznej, a rzeczowej informacji i opinii, a tę utożsamia z potwarzą, pomówieniem, oszczerstwem. Jeśli ktoś mnie krytykuje, to mnie zniesławia, a już przez sam fakt krytyki (Mnie – ministra, premiera, marszałka) znieważa. Polityk wystarczająco ważny nie zniża się do powództwa cywilnego, z prywatnego wniosku. Majestat urzędu – tożsamy z jego honorem – wymaga, aby zamach na jego dobre imię i dobre samopoczucie – ścigać z urzędu.

Oto specyfika osobnika „honornego” na urzędzie: Nie jest dyshonorem objąć urząd w dziedzinie i na szczeblu swojej niekompetencji i sprawować ten urząd tak, że to kompromituje i urząd, i „dostojnika”. Nie jest też dyshonorem wykręcać się od kontroli i odpowiedzialności, zasłaniając się majestatem urzędu, znakiem krzyża, orłem białym, własnymi orderami. Natomiast jest dyshonorem sytuacja, gdy ktoś spoza kręgu protektorów, mocodawców ma do mnie jakieś uwagi.

Ręczę swoim honorem, że możecie mi naskoczyć.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 213, sierpień 2019, ISSN 2300-6692 również

  1. LEKTURY DECYDENTA

    Pastor i jego parafianie
  2. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Skłonności młodego Japończyka
  3. LEKTURY DECYDENTA

    Polska między mocarstwami
  4. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Gwarant jedności Kazachstanu
  5. LEKTURY DECYDENTA

    Karski: Zostałem Żydem!
  6. WIATR OD MORZA

    Kroczem!
  7. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Dobro triumfuje
  8. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Mury
  9. LEKTURY DECYDENTA

    Rozwodu nie będzie
  10. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Taki honorny