Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

1 maja 2019

Zachowania honorowe

Praktycznym dowodem, że honor mamy nie tylko „w gębie” (w abstrakcyjnych deklaracjach pryncypialności, które nic nie kosztują, w rygorystycznych ocenach cudzego – ale tylko cudzego – postępowania), są tak zwane zachowania honorowe. Każde z nich jest rezultatem decyzji o pewnym rodzaju samopoświęcenia, o wyrzeczeniu się wygód, korzyści lub splendorów nienależnych lub niewspółmiernych, a czasem nawet należnych, lecz przysługujących lub przyznawanych i konsumowanych w takich okolicznościach, że wstyd byłoby ich się trzymać – pisze prof. dr hab. Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

Zachowania honorowe łączą w sobie cechy gestu symbolicznego, rytualnego, nawet demonstracji, ze skutkiem jednak praktycznym – takim jak poniesienie straty, zerwanie jakiejś więzi, przekreślenie własnego komfortu w danym środowisku i koniunktury dla swoich planów na przyszłość, czasem wręcz przerwanie kariery i dobrowolne skazanie się na kłopoty albo wegetację.

Zachowania honorowe mają miejsce albo w takiej sytuacji, gdy my sami nie sprostaliśmy (i umiemy się do tego przyznać) własnym zobowiązaniom, obowiązkom, powinnościom i własnym wymaganiom wobec siebie, albo też w sytuacji, gdy to inni – czego jesteśmy świadkiem, potencjalnie nawet beneficjentem – sprzeniewierzyli się jakimś zasadom, naruszyli kryteria uczciwości, postąpili niecnie; i zwłaszcza wtedy, gdy nasza korzyść byłaby zapewniona kosztem czyjejś krzywdy.

Najbardziej oczywisty – z punktu widzenia samego pojęcia honoru – jest ten pierwszy rodzaj sytuacji, związany z poczuciem odpowiedzialności za własne czyny, zwłaszcza za zaniechania, błędy, nadużycia, niezasłużone korzyści lub zaszczyty, a choćby tylko za nieuzasadnione dogadzanie sobie.

Z tym właśnie kojarzy się przede wszystkim decyzja o dobrowolnej (a nie wymuszonej naciskiem po chwilach wykrętu i uporu) dymisji. Już samo odejście ze stanowiska po spowodowanych szkodach, ujawnionych błędach, wywołanym skandalu – bez komentarza, bez nieporadnych wyjaśnień i samousprawiedliwień, mające jednak posmak samoukarania – jest odbierane jako zachowanie godne, i co więcej, jako rodzaj rehabilitacji.

Jeśli wcześniej zawiodłeś lub nabroiłeś, może nawet w formie niesmacznej, dyskwalifikującej, to taka decyzja uznawana jest za przynajmniej częściowe zadośćuczynienie obowiązującym standardom i oczekiwaniom społecznym. Co więcej, staje się albo skutecznym ratunkiem dla nadszarpniętej reputacji, dobrego wizerunku, albo szansą na przyszłość, że ktoś z czasem odzyska swój kapitał szacunku, skoro w tej autoegzekucji pokazał klasę.

Wyższy poziom tej „klasy” przejawia się w zdolności do szczerej i także dobrowolnej (a nie kokieteryjnej, obliczonej na łatwy efekt natychmiastowego wybaczenia, ba, podziwu) samokrytyki. A w przypadku czynu niechlubnego lub niesprawiedliwie szkodliwego dla kogoś – do przeprosin, wyrazów ubolewania, tym bardziej – do jakiejś formy zadośćuczynienia (rekompensaty).

Nie bez racji uważa się, iż taki rodzaj zachowania wymaga i siły charakteru, i wręcz odwagi. Siły charakteru, gdyż nie każdego z nas stać na publiczne przyznanie się do błędu, głupstwa czy świństwa, na zadanie ciosu miłości własnej, zastąpienie dumy pokorą. A zarazem na pogorszenie swojej sytuacji (już złej z powodu dezaprobaty, napiętnowania, izolacji) samooskarżeniem lub samowyrzeczeniem się czegoś, co jest nam bliskie, bo schlebia naszej próżności lub jest po prostu wygodne. Wymaga zaś odwagi, gdyż nie każdy zdobędzie się na „autodegradację” lub odejście z lukratywnego stanowiska, skoro oznacza to samoponiżenie, rodzaj upokorzenia – i to bez gwarancji, że taki akt wymierzenia sprawiedliwości samemu sobie zostanie doceniony, ale i odwzajemniony w dobrej woli innych ludzi, którzy nas oceniają. Nie jest bowiem tak, że otoczenie (dzisiaj – to medialne) niezawodnie nagradza takie gesty uznaniem i „spuszczeniem zasłony”. Bywa i tak, że na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą (i sikają).

To samo dotyczy dymisji złożonej nie z powodu poczucia własnej winy, lecz na znak sprzeciwu, protestu – niezgody i na jakieś działania, i na to, by je firmować swoim nazwiskiem, zajmowaniem stanowiska, zwłaszcza w roli figuranta. Taka decyzja doceniana jest raczej z oddali, a w najbliższym kręgu – wśród tych, którym to przysparza smrodku – zwykle nie znajduje zrozumienia, a czasem skutkuje mściwością.

Jednak poczucie, iż jesteśmy – lub bylibyśmy – nie w porządku może nam doskwierać nie tylko wtedy, gdy jesteśmy sprawcą jakiegoś błędu, szkody, autokompromitacji. I nie tylko wtedy, gdy jesteśmy wplątani – jako odosobniony oponent – w błędy czy mętne sprawki swego środowiska.

Może być nam nie tylko głupio, ale i wręcz wstyd, gdy ktoś przyznaje nam niezasłużoną lub w każdym razie niewspółmierną do zasług czy osiągnięć nagrodę, wyróżnienie. A wiemy, że ta przyjemność i zaszczyt spotyka nas czy to na zasadzie układów, protekcji, czy też po to, aby tymi względami zatrzeć wrażenie, że coś śmierdzi, coś jest nie tak, by zachować pozory, że wszystko jest jak należy, a nawet dzieje się coraz lepiej. Odmowa przyjęcia awansu, nagrody, odznaczenia, jeśli wiemy, że jest to splendor na wyrost, a może nawet jest próbą „zatkania gęby” lub kupienia naszego przyzwolenia na nieprawidłowości – słusznie jest uznawana za zachowanie honorowe.

Znakomitą ilustracją takiego mechanizmu jest fabuła sztuki Aleksandra Gelmana, z sukcesem zresztą sfilmowanej, pt. „Premia”. A przypomnijmy też sobie inny wymowny gest z innej fabuły: w filmie „Dirty Dancing” para młodych uczestników turnieju tanecznego, którym tak zależy i na samym zwycięstwie, i na zarobku przysporzonym nagrodą przyznawaną wyłącznie zwycięzcom, oddaje tę nagrodę innej parze, Portorykańczyków.  Dlaczego? Bo sami czują, że tamci byli lepsi, a przyznanie im miejsca drugiego pachnie dyskryminacją. Cóż to więc za nagroda, cóż to za tytuł do satysfakcji i dumy, jeśli czują, że to nie im się prymat należy…

Gdy chodzi o podział dóbr – zarobków, dochodów lub zaszczytów – zachowania honorowe mogą mieć ten smaczek, że splata się w nich poczucie przyzwoitości, odpowiedzialności za własne czyny i za los innych ludzi tymi czynami spowodowany, z poczuciem solidarności, wspólnoty.

Tu przypomnę – w zarysie, z pamięci – poruszający epizod z filmu Henryka Kluby „Chudy i inni”, kultową scenę na moście. Budowa zakończona, zżyci ze sobą (choć i po licznych konfliktach po drodze) członkowie brygady uczcili to jak należy w gospodzie. Idą teraz przez most w nastrojach niefrasobliwych. I nagle coś ich podkusiło – po przekornych i gołosłownych deklaracjach i licytacjach „ja tam nie dbam o pieniądze” – by się założyć, kto potwierdzi to czynem. Na dany znak wszyscy mają wyrzucić wypchany portfel z wypłatą do rzeki. I wtedy się okazuje, że jeden z nich nie poznał się na żartach, wziął to na serio, potraktował honorowo… i naprawdę wyrzucił.

Koledzy wyzywają go od idiotów, ale jednak jest im głupio i mają poczucie winy, że go tak niefortunnie podpuścili. Jest im głupio nie tylko z powodu nieszczęścia tego frajera, ale i dlatego, że z innego punktu widzenia to oni „wyszli na palantów”, tylko on jeden pokazał, że słów nie rzuca na wiatr. Konsternacja zażegnana zostaje aktem solidarności i „odkupienia” – honorową zrzutką na wyrównanie jego straty. Jest w takim postępku coś rycerskiego, a tylko z boku odczuwamy też dziwny dysonans między komizmem sytuacji, niesmakiem i budującym uwzniośleniem rozwiązania.

Do kategorii zachowań honorowych należy też godna, właściwa – gdyż bezkompromisowa i jednoznaczna – reakcja na niegodne czyny lub trwale niechlubne czy wręcz haniebne postępowanie kolegów, kumpli, przyjaciół, ale też – co jest jeszcze trudniejsze – naszych zwierzchników, patronów, protektorów. Reakcja przejawiająca się w napiętnowaniu, ostracyzmie, nierzadko w zerwaniu więzów koleżeństwa czy przyjaźni, w bojkocie towarzyskim. A wcale nie jest łatwo zdobyć się na to, gdy układy, długi wdzięczności lub inne uzależnienie od sprawców jakiejś nieprawości podpowiadają nam albo udaną ślepotę, albo „grzeczność jednakową dla wszystkich”, albo postępowanie według reguł fałszywie rozumianej lojalności („krycie” zmową milczenia) albo wręcz gesty fałszywej solidarności koleżeńskiej, zawodowej czy partyjnej (czynne występowanie po stronie i w obronie sprawcy czyjejś krzywdy, nadużycia, szkody społecznej).

Cóż, kogo nie stać na zachowania honorowe, ten nie może czuć się człowiekiem honoru.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT   

Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 210, maj 2019, ISSN 2300-6692 również

  1. LEKTURY DECYDENTA

    Finlandia w dwóch wojnach
  2. Z KRONIKI BYWALCA

    Rocznice Azerbejdżanu
  3. WSPÓLNE CZYTANIE

    Kłamstwo ma krótkie nogi
  4. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Nie ma zbrodni bez motywu
  5. WSPÓLNE CZYTANIE

    Wszystko o władzy
  6. WIATR OD MORZA

    Nowa Unia Europejska?
  7. OBYWATELSKA TROSKA

    Prezydentowi Rafałowi Trzaskowskiemu pod rozwagę
  8. WSPÓLNE CZYTANIE

    Pomagamy innym
  9. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Wenezuelska rozgrywka
  10. WIATR OD MORZA

    Lot nad kukułczym gniazdem
  11. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Temat aktualny
  12. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Zachowania honorowe
  13. PRAWA - WŁADZA - PROBLEMY

    Wielka ucieczka