Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

2 grudnia 2018

Honor jako poręczenie

Honor kojarzy się – i słusznie – z poczuciem bezinteresowności, zarówno w postawie człowieka, którego uznajemy za „człowieka honoru”, człowieka z honorem, jak i w powodach do dobrego mniemania o nim w jego otoczeniu. Zakłada się o nim, iż jest to ktoś, kto w każdej sytuacji zachowa się tak jak należy, jak można od niego zasadnie oczekiwać, jak sam zapowiedział, zobowiązał się (konkretnie lub potencjalnie – z punktu widzenia zasad, jakie sam głosi) – a zachowa się tak bez względu na to, czy mu się to opłaca, czy też wymaga to od niego jakiegoś poświęcenia, straty – pisze prof. Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

Człowiek honoru (czujący się takim, ale zasłużenie, skoro jego środowisko właśnie tak go postrzega) jest zatem uosobieniem spolegliwości, tzn. i niezawodności, i odpowiedzialności, tj. poczucia odpowiedzialności, które sprawia, iż nie wyobraża on sobie, żeby mógł postąpić inaczej niż tego wymagają zasady i zgodność jego czynów z tymi zasadami. I on sam konsekwentnie stara się na taką opinię, znakomitą reputację i wynikający stąd kredyt zaufania zasłużyć, potwierdzając to swoją „klasą” w każdej sytuacji.

No, właśnie. Uznanie, jakie sobie wypracował własną nieskazitelnością, staje się jego „kapitałem osobistym”, który mu przysługuje poniekąd bezwarunkowo. Bo nie uzależniamy szacunku dla niego i pozytywnych oczekiwań od potwierdzeń, dowodów cnoty, lecz zakładamy, że taki już jest, i już.

Ale nawet ktoś taki w pewnych okolicznościach, choć cieszy się uznaniem bezwarunkowym, korzysta – wbrew pozorom – nie z równie bezwarunkowego zaufania w konkretnych sprawach, wręcz ufności, która – jak miłość – o nic nie pyta, lecz z tak zwanego kredytu zaufania.

Metafora „kredyt zaufania” wyraża taki rodzaj zależności, iż osoba (lub grupa), której zawierzymy i w rezultacie tego zawierzenia powierzamy też jakieś własne lub wspólne (np. publiczne) dobra jest dłużnikiem tych, którzy jej zaufali z praktycznymi tego konsekwencjami, powierzając jej pewne stanowisko, zadanie, udzielając pożyczki czy zgadzając się na sprzedaż czegoś z odroczoną, nienatychmiastową spłatą. A to przecież istotna różnica, czy wymiany dóbr (np. w formie sprzedaży – kupna) dokonujemy na zasadzie „rączka w rączkę” (ja ci przekazuję, ty mnie w tym samym czasie za to płacisz), czy też na zasadzie następstwa (ja zrobiłem swoje, teraz kolej na twój rewanż w takiej czy innej formie).

W tym drugim przypadku ten, kto komuś coś oferuje i przekazuje (stanowisko, uprawnienia, pieniądze) – i wtedy, gdy mu coś oddaje, wyzbywając się tego, i wtedy, gdy go dopuszcza do czegoś, czego sam się nie podejmuje – bierze na siebie, tak czy inaczej, ryzyko. Ryzyko polegające na tym, iż – choćby w sensie czysto statystycznym (co może się zdarzyć, z jakim prawdopodobieństwem) – może nie nastąpić to, na co liczy i na co postawił swoim dobrem, bezpieczeństwem w oczekiwaniu odwzajemnienia czy rekompensaty.

Takie ryzyko ponosi i pożyczkodawca, i ktoś, kto rekomenduje inną osobę na poważne stanowisko ręcząc swoim autorytetem za właściwość wyboru lub nominacji, i konsument – nabywca pewnych dóbr (który przekonuje się o jego rzeczywistej wartości dopiero w trakcie użytkowania), i sprzedawca w umowie sprzedaży ratalnej, na kredyt, i wyborca, który swoje poparcie materializuje natychmiast, natomiast odpłatę odczuje ewentualnie w przyszłości, i bez gwarancji, że będzie zgodna z jego oczekiwaniami, a zobowiązaniami kandydata.

Wiadomo – zwłaszcza z proceduralnej praktyki transakcji handlowych, kredytowych – że ryzyko takie może być zrównoważone czy też zniwelowane rozmaitymi sposobami zabezpieczeń. Zabezpieczeń na wypadek niewypłacalności, bez względu na to, z jakich przyczyn ona mogłaby nastąpić – czy to będzie śmierć dłużnika, czy utrata pracy i zarobków, czy utrata majątku spowodowana kataklizmem, czy też ujawnienie się po fakcie prawdziwego oblicza klienta albo partnera jako naciągacza. Na tej zasadzie znajduje zastosowanie zastaw bankowy, podpisujemy weksle, ale też wymaga się dołączenia do transakcji jakiegoś żyranta (poręczyciela), wreszcie – odpowiedniego ubezpieczenia „na wypadek, gdyby…”.

W relacjach i transakcjach występujących w skali masowej i „anonimowej” (anonimowej w tym sensie, iż choć znamy tożsamość, miejsce pracy i zamieszkania, może nawet i stan konta oraz historię kredytów klienta czy wspólnika w interesach, lecz nic ponadto nie wiemy o charakterku danej osoby, jej postawie moralnej, o solidności firmy) takie formy asekuracji są konieczne, nieuniknione. Zbyt wiele mieliby do stracenia ci, którzy podejmują ryzyko – ryzyko obiektywnie występujące, mimo subiektywnych powodów do „pewności”, do wiary w czyjeś działanie w dobrej wierze. A z drugiej strony, zbyt słaba byłaby przeciwwaga dla nieprzewidzianych lub zlekceważonych niebezpieczeństw. Toteż nikt „normalny” nie unosi się honorem z tego powodu, że wymaga się od niego rozmaitych zaświadczeń, zobowiązań na piśmie, weksli in blanco i temu podobnych formalności, które mogłyby wydać się obraźliwe. A zarazem: bank czy firma ubezpieczeniowa nie liczy – z całym szacuneczkiem – na to,  że klient jest człowiekiem honoru, ale na to, że w razie kłopotu nie zawiodą zabezpieczenia.

Swoją drogą, ewolucja nowożytnych społeczeństw w kierunku molochów, w których tysiące powiązań, transakcji,  układów opierają się właśnie na biurokratycznych regulacjach i procedurach, na formalnych gwarancjach i certyfikatach, klauzulach egzekucji, w tym egzekucji zastępczej, ma zastanawiającą wymowę. Ukazuje ona, jak dalece postępuje dehumanizacja i depersonalizacja więzi między ludzmi. Ale jest to nieuniknione, choć momentami nawet niesmaczne. Społeczeństwo masowe i rynek zinstytucjonalizowany muszą się rządzić innymi regułami bezpieczeństwa niż te więzi, formy wymiany społecznej, kontroli i odpowiedzialności, jakie są możliwe w stosunkach opartych na osobistych i kameralnych zależnościach i na zwyczajowych zasadach współżycia, współdziałania.

Mimo świadomości tego faktu z pewną nostalgią myślimy nieraz o takich czasach i okolicznościach, kiedy do zawarcia porozumienia o poważnych skutkach – czy to w sprawie zawieszenia broni, kapitulacji, czy też w sprawie obiegu towarów i pieniędzy, czy w sprawie rezygnacji z czegoś (np. z kandydowania, zajmowania stanowiska) w przewidzianej i zapowiedzianej chwili wystarczyło zwykłe… słowo honoru. W rozlicznych znanych odmianach – jako słowo rycerza, harcerza, dżentelmena, damy.

Paradoks – może pozorny? – polega na tym, iż to słowo honoru, za którym nie stoi żaden weksel, zastaw bankowy, zobowiązanie poręczyciela (np. teściowej) ani żaden nadzorca, który ma czegoś dopilnować, w razie potrzeby wymusić co trzeba, samo w sobie jest formą… poręczenia właśnie. Tyle, że poręczenia szczególnego. Poręczam (zaręczam, a w pewnym sensie również gwarantuję) i swoją dobrą wolę, i zdolność dotrzymania zobowiązań, zamiar postępowania zgodnego z wzajemnie uznanymi regułami –  poręczam to nie majątkiem, nie „papierem”, na którym własnoręcznym podpisem zgadzam się na egzekucję należności  w przypadku, gdybym zawiódł, ale własnym honorem, jako swoim swoistym kapitałem. Mój honor jest gwarancją, że nie zawiodę, że się nie wykręcę, że zdobędę się na odwagę lub jakieś wyrzeczenie w sytuacji, która tego wymaga, a dane przeze mnie słowo (jako zobowiązanie samo w sobie, z pozoru nieopatrzone żadną sankcją) jest poręczeniem właśnie. Sankcja, wbrew pozorom, towarzyszy temu: jest nią grozba utraty honoru.

W pewnym sensie ten mechanizm honorowego samoporęczenia (czyli poręczenia za samego siebie własnym honorem) przypomina spłatę zobowiązań pieniężnych (pożyczki, kredytu lub należnej zapłaty w ustalonym terminie) z własnego konta. Takim kontem jest właśnie osobisty kapitał w postaci samookreślenia (jestem człowiekiem honoru) i reputacji właśnie (inni o mnie: to człowiek honoru).

Jest jednak dość istotna różnica.

W przypadku zobowiązań bankowych, ubezpieczeniowych i im podobnych chwila, gdy nie dotrzymuję warunków takiej czy innej umowy (opóźnienie spłaty, debet, zerwanie umowy – jednak za przewidzianym odszkodowaniem czy karą umowną) naraża mnie głównie, jeśli nie wyłącznie, na uszczerbek w majątku, zasobach finansowych. Wpadka i blamaż – poza szczególnymi sytuacjami – nie „ciągnie się” za mną, bo nie ma znaczenia dla kolejnych transakcji. Jest to uszczerbek, który można z czasem nadrobić – nowymi dochodami lub nawet kredytami. Aczkolwiek takie rozwiązania jak  rejestr dłużników mogą zapobiegać beztroskiemu przefruwaniu z kwiatka na kwiatek.

W transakcjach „honorowych” – honorowych w tym sensie, że to wiarygodność związana z pozycją człowieka honoru skłania innych do zawierzenia mu i ten kapitał honoru uznany jest za poręczenie wystarczające – uszczerbek na honorze najczęściej jest niemożliwy do powetowania.

W skrajnych przypadkach jest tak, że kto utracił „jakąś część” honoru (może nawet drobnym uchybieniem niehonorowym właśnie), w istocie utracił honor w ogóle. Albowiem honor traktowany jest jako całość integralna (niepodzielna) i nieodnawialna. Odnawialny może być kredyt bankowy albo pewien rodzaj energii, ale nie honor. Kto raz go utracił, ten go już nie odzyska, a nie może po prostu kupić sobie innego.

Wyjątkiem od tej reguły jest proces rehabilitacji – usilnym staraniem, wzniesieniem się na szczyty poświęcenia czy bohaterstwa w swojej pokucie i w próbie przekreślenia obciachu lub hańby imponującym wzlotem, mozolnym trudem, wzniosłą męką. Zdarza się nawet, że taki odzyskany honor nie jest traktowany jako towar drugiej świeżości. Jednak chyba wszyscy wolą oryginał niż duplikat.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT

Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 205, grudzień 2018, ISSN 2300-6692 również

  1. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Samotnia w kanadyjskim lesie
  2. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Pani Ambasador
  3. WIATR OD MORZA

    Ewa, czyli moja historia świata
  4. DECYDENT POLIGLOTA

    Przydatne rozmówki
  5. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Honor jako poręczenie
  6. PRAWA - WŁADZA - PROBLEMY

    Nieodrobione lekcje z nieodległej historii