Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

1 sierpnia 2018

Honor jako zobowiązanie

Pojęcie honoru ma całkiem inny ciężar gatunkowy, gdy oznacza nie zaszczyt uczestnictwa w czymś podniosłym, obcowania z kimś ważnym i szanowanym, celebrowania jakiejś uroczystości czy zaszczycanie innych własną obecnością lub patronatem, ale zobowiązanie. W tym wypadku HONOR jest pojęciem moralnym. HONOR jest wtedy szczególnym korelatem SPOLEGLIWOŚCI. Przypomnijmy: spolegliwość polega na tym, iż na kimś można polegać, na niego można liczyć z założeniem, że nie zawiedzie w potrzebie i tym bardziej wtedy, gdy sam coś obiecał albo sam wpadł na jakiś pomysł i do niego nas namówił, byśmy zrobili to razem – pisze prof. dr hab. Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

Skończy to, co zaczął (chyba, że słusznie przerwie to, co okazało się błędem, szkodą). Nie uchyli się przed pomocą lub poświęceniem, jeśli tego wymaga dobro partnerów lub podopiecznych, podwładnych – choćby dla niego było to niewygodne, niekorzystne, trudne, kosztowne. Wiemy, że postąpi zgodnie z maksymą „bo takie mam zasady”.

W tym sensie nazywamy kogoś opiekunem spolegliwym, partnerem (wspólnikiem) spolegliwym, spolegliwym sojusznikiem itd. To wzorzec moralny sformułowany przez Kotarbińskiego w „Medytacjach o życiu godziwym” i dość skutecznie potem rozpropagowany.

Aczkolwiek – zauważmy na marginesie – i to pojęcie, gdy już trafiło pod strzechy, doczekało się karykatury. W dzisiejszym języku krętaczy, kombinatorów, załatwiaczy, cwaniaków spolegliwym nazywany jest ktoś, kto przyjmie łapówkę i przymknie oko na to czy tamto, dotrzyma szemranej umowy, sprawnie ukradnie i sprzeda nam ukradzione na zamówienie.

A w języku dyktatorów ten, kto w głosowaniu podniesie łapę do góry bez zbędnych pytań, a zgodnie z instrukcją; kto wykona dziwny rozkaz nie bawiąc się w wątpliwości, dylematy.

O jakie zobowiązania chodzi, gdy używamy słowa HONOR (w tym sensie moralnym)?

Z jednej strony, o doraźne w konkretnych chwilach i sprawach. Ale o honorze mowa być może tylko wtedy, gdy w kolejnych różnych sytuacjach ktoś zachowa się tak samo niezawodnie, a przyzwoicie i godnie.

Z drugiej strony, o trwałe zobowiązania wobec innych, a zarazem wobec siebie – przy założeniu, że są symetryczne i równoważne.

Problematyczne byłoby pojęcie honoru, gdyby „wiązało” tylko mnie samego z moim poczuciem tożsamości, godności, wartości własnej, wyobrażeniem o sobie, z moimi zasadami, w konsekwencji – z moim sumieniem, ale w oderwaniu od odpowiedzialności za innych i przed innymi; gdyby własne wymagania człowieka wobec siebie rozmijały się z wymaganiami ze strony innych albo były od nich niezależne. Wszak zawsze jesteśmy zdolni do takiej samoobsługi, że dobrze myślimy o sobie i swoich czynach, postępkach, schlebiamy sobie swoim poczuciem pryncypialności, szlachetności, bycia przyzwoitym, niezłomnym, bycia zawsze w porządku. Jest to jednak funta kłaków warte, jeśli wyraża nie tyle stan rzeczy, ile osobliwy stan ducha – megalomanię, samozadufanie, hipokryzję. Hipokryzję, gdyż w poczuciu własnej wyższości i wzorcowości nieustannie oceniam, pouczam i poniżam innych, którzy jakoby nie sprostali moim wysokim wymaganiom, a nie zadaję sobie pytania, czy przypadkiem to ja nie uchylam się od pewnych powinności, wykonania obowiązku, spełnienia obietnicy, dotrzymania zobowiązań.

Ale też sytuacja, gdy jesteśmy „spolegliwi” w stosunku do innych bezwarunkowo, bezrefleksyjnie, bez dokonania wyboru poprzedzonego namysłem nad słusznością tego, czego się od nas żąda lub do czego się nas namawia, nad uczciwością podpowiadanego czy nakazywanego czynu – taka sytuacja jest wręcz zaprzeczeniem honoru. Nie ma honoru ten, kto ulegając innym lub wchodząc z nimi w jakieś konszachty, szachrajstwa i powodując tym szkody, wręcz krzywdę ludzi, za których jest odpowiedzialny (jako rodzic, pracodawca, kierownik, dowódca, nauczyciel, wychowawca) nie poczuwa się do odpowiedzialności. Ciesząc się swymi korzyściami, może nawet szczycąc się swoim sprytem, wykorzystaniem okazji (na zasadzie złodzieja lub zdrajcy) bynajmniej się nie martwi ani sytuacją tych, którym zaszkodził, choć winien im był lojalność albo troskę, opiekę i ochronę, ani uszczerbkiem we własnym wizerunku. Nie ma też honoru ten, kto najpierw łasi się do jednego pana, je mu z ręki i merda ogonem nie tylko na komendę, a następnie go zagryza, by wkupić się w łaskę kolejnego – i nie odczuwa nawet śladu zakłopotania.

Nieco inną jakością niż brak honoru zdrajcy albo naciągacza jest honor złodzieja czy gangstera – bo taki istnieje. Ale to fenomen zasługujący na osobną analizę.

To, co jesteśmy inni innym – ale i sobie, jeśli skutecznie wpojono nam pewne zasady i uznaliśmy je za swoje, za busolę w postępowaniu i sprawdzian, a zarazem warunek własnej wartości i szacunku do samego siebie – ma trojaką postać. Po pierwsze, obowiązku. Po drugie, zobowiązania. Po trzecie, powinności.

Obowiązkiem jest zadanie – doraźne lub stałe – powierzone nam w tym sensie, że nakazanym. Obowiązkiem – zawodowym, służbowym, rodzinnym, małżeńskim – jest wymaganie, któremu musimy sprostać zarówno wtedy, gdy sami je akceptujemy, uznajemy za słuszne, jak i wtedy, gdy jest dla nas tylko przykrym obciążeniem, koniecznością. Obowiązek spełniamy co najmniej na tej zasadzie, że inni patrzą, widzą, oceniają, wynagradzają lub karzą odmowę albo partaninę. Sam w sobie obowiązek niekoniecznie jest „honorowy” w tym sensie, żeby przynosił chwałę i podziw, ale w pewnych okolicznościach jego wykonanie może być kwestią honoru. Przykład: Czyszczeniem kibla trudno wzbudzić aż uznanie społeczne, ale odbiór społeczny tej pogardzanej i „śmiesznej” czynności radykalnie się zmienia, gdy ktoś czyści kibel i nie wykręca się od tego po przegranym, może nawet głupawym, zakładzie – albo gdy ojciec czy brat ratuje honor rodziny po tym, jak syn, brat nie umie się przyznać, że to on zapaskudził i właśnie honorowo powinien posprzątać.

Zobowiązaniem nazywamy najpierw gotowość, a następnie, w konsekwencji, konieczność wykonania pewnej pracy, świadczenia, podjęcia pewnego wysiłku, okazania pomocy w potrzebie, spłaty długu, kontynuacji i dokończenia przedsięwzięcia rozpoczętego itd. Cechą zobowiązania jest albo to, że jakieś zadanie czy np. dług ciąży na nas z naszej własnej inicjatywy, albo też wynika z jakiejś umowy – dwustronnej lub wielostronnej, jakiej wymaga współdziałanie, wymiana albo podział pewnych dóbr.

W sensie moralnym zobowiązania z własnej inicjatywy jeszcze mocniej nas „wiążą i cisną”, co oczywiście nie znaczy, że te pozostałe można lekceważyć. Ale najbardziej potępiamy niedotrzymywanie właśnie tych zobowiązań podjętych na własne życzenie, nieco bardziej jesteśmy wyrozumiali (choć z uwzględnieniem określonych okoliczności) w przypadku wyłamywania się z zobowiązań powstałych obustronnie lub wielostronnie, a najbardziej wyrozumiali, gdy chodzi o zobowiązania formalnie dobrowolne, lecz faktycznie wymuszone czy to okolicznościami, czy szachowaniem kogoś, szantażem, wykorzystaniem jego trudnej sytuacji. Zrozumiałe jest więc, że nieidentycznym kryterium honoru posłużymy się w odniesieniu do każdego z tych typów zobowiązania.

Powinność to wymaganie wynikające z określonych potrzeb, zasad i norm społecznych, ale sankcjonowane wewnętrznym imperatywem, przymusem wewnętrznym (sam sobie to nakazuję, nie wyobrażam sobie innego postępowania), głosem własnego sumienia.

Zostawmy na boku nieprecyzyjne, mylące skojarzenia z obowiązkiem – takie jak w formule „kacie, czyń swoją powinność”. To, co robi kat, nie jest żadną „powinnością”, lecz jego zawodowym „psim obowiązkiem”. Podobnie – policjant, strażak, lekarz. Obowiązek – od którego formalnie nie możemy się wykręcić, lecz w którego spełnieniu możemy kręcić, znaleźć jakiś sposób, by sie uchylać lub działać „aby aby” – wtedy staje się powinnością, gdy ktoś ma poczucie zawodowej lub osobistej (jak rodzić albo bohater wojenny) służebności i wręcz misji. ‘Naddatkiem” do formalnego obowiązku (jako zadania przymusowego) jest własny wybór działania ponad miarę formalnego zakresu czynności i formalnie zakładanych kosztów działania. To duża różnica, czy lekarz, strażak, nauczyciel spełnia swój obowiązek, czy spełnia powinność.

Wspólnym mianownikiem tych trzech kategorii jest stan skrępowania pewnym wymaganiem, które na nas ciąży. A w przypadku honoru – ponadto świadomość takiego skrępowania jako faktu plus zrozumienie (więcej niż „przyjęcie do wiadomości”) konsekwencji tego, przy akceptacji kosztów, jakie poniesiemy bądź sprzeniewierzając się takim więzom, bądź stosując się do oczekiwań i wymagań otoczenia, jak i własnych.

Spełnię swój obowiązek (zrobię, co do mnie należy), a tym bardziej – wykonam swoje zadanie na czas i nie tylko porządnie, sumiennie (nie byle jak), ale nawet perfekcyjnie, gdyż partanina, niechlujstwo lub uchylenie się od tej pracy byłoby niehonorowe. Poczucie obowiązku przerasta w poczucie powinności.

Dotrzymam danego słowa, własnej obietnicy, zawartej umowy (tym bardziej wtedy, gdy sam o nią zabiegałem), bo niesolidność, a jeszcze gorzej – wykręty i wiarołomstwo – w realizacji własnych dobrowolnych zobowiązań to zachowanie, które byłoby nie tylko świństwem i blamażem (kompromitacją), ale i „utratą twarzy”. W tym kontekście mój honor to i moje samopoczucie, że jestem jak Zawisza, i poczucie, że inni to wiedzą i tym zasługuję na ich uznanie, szacunek i zaufanie, i świadomość, że to w ogóle jest mój życiowy czy zawodowy kapitał. Mogę nawet stracić na tym, że do końca wykonam to, co już od połowy mi się nie opłaca, że pozostaję „na posterunku”, gdy inni już się wycofują – ale mam ważniejszą, cenniejszą wartość do stracenia: mój honor. Tu poczucie zobowiązania przerasta w poczucie powinności.

Spełnię swoją powinność (to, do czego poczuwam się nawet jeśli inni już by „odpuścili”), gdyż inaczej czułbym się mięczakiem, tchórzem, czułbym się tak, jak gdybym samego siebie zdradził. Mój honor polega w tym wypadku na tym, że sprostałem własnym wymaganiom wobec siebie, że zrobiłem to, co musiałem „wewnętrznie” (pod naciskiem własnego sumienia lub zdrowej ambicji), choć nie musiałem „zewnętrznie” (bo inni tego nie oczekiwali, może nawet by nie zauważyli braku czy odwrotu albo pozostawili mi wygodę wyboru).

Honor jako zobowiązanie polega na tym, że „honor nie pozwala mi zachować się inaczej niż należy” oraz na tym, że właśnie tak postąpiłem – albo, jeśli wcześniej zawiodłem, potrafię za to samego siebie ukarać i uczynić co trzeba, by krzywdzie zadośćuczynić, zawinione zaległości nadrobić, szkody przysporzone innym im zrekompensować, nie mówiąc już o nie tylko rytualnym, bo szczerym wyrażeniu poczucia winy, ubolewania.

Jeśli wymaganiom społecznym odpowiada poziom moich własnych wymagań wobec siebie w tej samej sprawie, a szacunek innych dla mnie jest współmierny do mojego szacunku dla samego siebie (i odwrotnie), to znaczy, że mam honor.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT

Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 201, sierpień 2018, ISSN 2300-6692 również

  1. LEKTURY DECYDENTA

    Wieki świetności Polski
  2. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Utajony temat
  3. LEKTURY DECYDENTA

    Świat z innej perspektywy
  4. DECYDENT POLIGLOTA

    Jedziemy do stolicy Bawarii
  5. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Prawda o szefie sojuszników
  6. UPADEK TURECKIEJ LIRY

    Katastrofa dla obywateli
  7. LEKTURY DECYDENTA

    Tajemnice kościołów
  8. A PROPOS...

    ...niczego, czyli o układzie Mad Mena
  9. WIATR OD MORZA

    Sezon ogórkowy
  10. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Panie i panowie
  11. LEKTURY DECYDENTA

    Prawnicy i kryminaliści
  12. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Trudny problem
  13. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Nieco o Chinach
  14. Z KRONIKI BYWALCA

    Wszyscy jesteśmy artystami
  15. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Honor jako zobowiązanie
  16. DECYDENT POLIGLOTA

    Perfekcyjny angielski