Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

1 czerwca 2018

Mętny mandat mętnej władzy

Mętna władza to rządy kombinatorów, krętaczy pospołu z ideologami – rzecznikami mętnych idei, kapłanami myślowego galimatiasu. Mętna władza rządzi równie przejrzyście jak wędruje przez świat ktoś, kto szuka drogi po omacku, więc skręca to w tę stronę, to znów w przeciwną, nagle biegnie do przodu, by zaraz potem zawrócić; ale cały czas się przechwala, że busolę sprawną ma w rękach.  Taka władza improwizuje, kręci, zmyśla, próbuje sklecić coś z niczego, skleić ze sobą coś, co się wzajemnie wyklucza. I do tego, co rozłazi się jej w rękach, co pruje się w szwach, usiłuje dorobić górnolotną ideologię – pisze profesor Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

Swoje wyskoki i eksperymenty, w tym zupełne obciachy, komentuje najwznioślejszymi hasłami i deklaracjami. Stale stroi uroczyste miny. Swoją bezradność w powszednim działaniu i codziennych zadaniach próbuje przesłonić permanentnym świętowaniem, które ma jej zapewnić majestatyczność, a nawet mistyczny urok.

Ale władza to władza. Mętniakom przy władzy niejasność nie przeszkadza. Zresztą, wcale nie zauważają, że kurs i rezultat jest niejasny. Nie widzą związku między własną nieudolnością i niekompetencją a miernością rezultatów, powtarzalnym blamażem. Co najwyżej widzą, że im nie wychodzi, i czują podskórnie, jak bardzo są zagubieni. Ale to ich nie deprymuje. Byle pozostać i trwać przy władzy. A w tym celu można przeciągać w nieskończoność swój serial kadzideł, ciąg kompromitacji i udanych wykrętów.

Do władzy mętniaków garną się męty, zlatują się do niej jak muchy do mierzwy.

To wszystko wiadomo. Dlaczego jednak władza mętniaków do spółki z mętami jest możliwa? Kto wybiera takich mętniaków? Komu nie przeszkadza ich rozmyte oblicze? Kto przyzwala nie tylko na nieczytelność celu ani reguł gry, ale i na coraz większy zamęt w prawodawstwie, w powszednim zarządzaniu, w kluczowych strategicznych decyzjach, które prowadzą… donikąd? Kogo nie bulwersują roszady personalno-kadrowe, gdzie jasne jest tylko to, że chodzi o protekcję, nepotyzm i „dojne” posady, a tajemnicą są tylko szczegóły, kto kogo z kim?

Mętne rządy wyrastają na podatnym społecznym gruncie – na podglebiu mętniactwa w skali zbiorowej.

Generalnie rzecz biorąc jest tak, iż to, jacy są politycy, przywódcy, rządzący jest albo wynikiem, albo co najmniej wskaźnikiem, zwierciadłem tego, jakie jest społeczeństwo; w szczególności – jacy są ich zwolennicy, ale też i przygodna klientela.

Politycy nie spadają z księżyca, nie są z innej planety, nie są też jakimiś samorodkami wyrosłymi w miejscu osobnym i ustronnym, w innym klimacie niż reszta społeczeństwa. Wyrastają z określonego środowiska – i zanim zostaną w toku swojej kariery uformowani tudzież zdeformowani przez zamknięty, wyobcowany społecznie krąg elit politycznych i politykierskich, startują do politycznej przygody z określonymi predyspozycjami mentalnymi i moralnymi.

Kiedy narzekamy na ciasne umysłowe horyzonty rządzących lub ich przeciwników, na trywialną nieudolność w rządzeniu, sprzężoną jednak z osobistą zapobiegliwością, na brak jasności, ciągłości i konsekwencji w deklarowanych poglądach i programach, to powinniśmy sobie zadać kilka pytań. Po pierwsze, jak to się dzieje, że podobne rozczarowania (kolejny mętniak, nieudacznik, ale i spryciarz na swój osobisty użytek, bo już nie w swoich obowiązkach) powtarzają się regularnie, wręcz cyklicznie. Jeśli nawet ktoś mętny i nieudaczny gdzieś po drodze odpadnie lub znajdzie sobie lepsze niż polityka żerowisko, to na jego miejsce pojawia się wcale nie lepszy. Po drugie, jak to możliwe, że osobnicy powszechnie znani właśnie ze swojej mętności (z niejasności oblicza, poglądów i celów, z pokrętności postępowania, z koniunkturalnych zwrotów niezrozumiałych z jakichkolwiek innych powodów niż karierowiczostwo) i poniekąd właśnie tym – zdawałoby się – skompromitowani… że właśnie tacy triumfują po raz kolejny w kolejnych wyborach. I prosperują tak, jak gdyby naprawdę byli niezastąpieni.

Jedna z przykrych odpowiedzi brzmi następująco.

Pokaźną część „elektoratu” tworzą ludzie, którym jest wszystko jedno. Nie w tym sensie oczywiście, żeby było im wszystko jedno, czy mają się dobrze, czy im się poprawiło, czy pogorszyło; żeby nie kalkulowali, jaka i czyja oferta wydaje im się w danej chwili kusząca. Ale w tym sensie, że jest im wszystko jedno, kto startuje do najwyższych lub lokalnych urzędów, kto ich czaruje lub kupuje swoimi obietnicami, kto jest górą, a kto pokonany w zawodach pretendentów. Wszystko im jedno, czy ci kandydaci naprawdę mają jakieś poglądy, czy tylko udają wiarę w to czy tamto, czy szczerze deklarują takie czy inne zasady i cele. Byle w którejś aktualnej ofercie była jakaś korzyść dla nich jako wyborców (w zamian za głos oddany) albo przynajmniej święty spokój. Więc tym bardziej jest im wszystko jedno, czy to, co pretendent do rządów lub aktualnie rządzący głosi lub czyni lub zapowiada dziś, zgadza się z tym, co zapowiadał, głosił i czynił wcześniej; czy skończył to, co zaczął (jeśli w ogóle zaczął, wyszedł poza puste słowa).

Bo też tacy wyborcy nie zastanawiają się i nad samym sobą. Nie widzą związku między własnym wcześniejszym wyborem a późniejszym rozczarowaniem. Jakże mieliby dostrzec, skoro nie zastanawiają się ani nad ciągłością i konsekwencją własnych kolejnych głosowań (raz tak, a raz zupełnie przeciwnie), ani nad spójnością własnych wyobrażeń i oczekiwań. Mówiąc dosadnie, nie rozmyślają nad tym, czy ich własne myślenie o społeczeństwie, państwie, polityce, ale nawet i o sobie samym, w ogóle trzyma się kupy. Bo funkcjonują na całkiem innej, komfortowej zasadzie. Komfortowej w tym sensie, iż nie obarczonej poczuciem odpowiedzialności za własny głos ani koniecznością odpowiedzialnego zachowania.

Tacy obywatele – w każdej roli, lecz tym bardziej w roli wyborcy – żyją (i myślą – lub myślą, że myślą) z dnia na dzień. Żyją dniem dzisiejszym, nie pełnym ciągiem od przeszłości przez teraźniejszość do przyszłości (zależnej od tych wcześniejszych stadiów). I uwagę, i pamięć, i tym bardziej refleksję (złe słowo, raczej: kalkulację) mają tylko doraźną. Dziś to, jutro tamto. A co było wczoraj? Nie pamiętam, zresztą, czy to ważne? Nie frasuje ich więc i nie trudzi ani porównanie wczorajszych i dzisiejszych wcieleń („wizerunków”) polityków, ani porównanie własnych wyborów i nastrojów, ani ocena konsekwencji we własnym postępowaniu w roli wyborcy i własnego wpływu na własne rozczarowania.

Taki obywatel może nawet przyjąć do wiadomości, że politycy, którym zawierzył i coś powierzył, popełniają błędy, lecz nie gnębi go świadomość własnych pomyłek czy naiwności.

Jego umysł jest tyleż nieuważny, co przewiewny (wszelkie wiadomości i realne fakty to rzecz ulotna, o której zapomina się niemal w chwili zetknięcia z nimi). Toteż i zgodność wzajemna tego, co przełyka i wydala ze swojego umysłu nie ma dla niego żadnego znaczenia.

Jest on jak straszny mieszczanin z wiadomego wiersza, który wszystko widzi oddzielnie.

W rezultacie obywatel rozkojarzony, nieskupiony na żadnej myśli przewodniej, jest  mętniakiem w jeszcze większym stopniu niż gracz polityczny i zarządca pochodzący z układów, z protekcji, z partyjniackich rozdań, a wyspecjalizowany w tym, aby zarządzać zamętem, zamieszaniem, w czym wydatnie pomaga mu mętlik we własnej głowie. Bowiem mętniak na stanowisku musi – na własny użytek, by z gry nie wypaść – zachować pod takim czy innym względem jakąś ciągłość. Może to być np. ciągłość „układów” lub ciągłość (choćby wbrew faktom) własnego wizerunku. Natomiast „wolny wyborca” – wolny od myślenia i odpowiedzialności za swoje votum na oślep, wedle chwilowego nastroju – może sobie pozwolić na luksus bycia mętniakiem dynamicznym.

Mętniak dynamiczny to taki obywatel, który płynnie przechodzi od jednego pomieszania z poplątaniem pod znakiem X do zupełnie innego galimatiasu pod znakiem Y, który wprawdzie mętnie, ale jednak zaprzecza poprzedniemu. Mętne są nie tylko te stany umysłu w kolejnych rozdaniach, ale tym bardziej sama zmiana składników i smaku mętności.

Suma mętniactwa dynamicznie mętnych obywateli konstytuuje mętną wolę zbiorową, na której śmiało może się oprzeć mętna władza.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT

Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 199, czerwiec 2018, ISSN 2300-6692 również

  1. LEKTURY DECYDENTA

    O co walczył polski żołnierz na Wschodzie
  2. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Zdobyć unikalny brylant
  3. LEKTURY DECYDENTA

    Obóz w Auschwitz z bliska
  4. GRECKA TRAGEDIA

    Nie widać końca długów
  5. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Czy można pokonać PiS?
  6. WSPÓLNE CZYTANIE

    Książka, do której warto wrócić
  7. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Znaki zapytania
  8. A PROPOS...

    ...spotkania Trumpa z Kimem
  9. POLESIE LUBELSKIE

    Magiczna Kraina Rumianku
  10. LEKTURY DECYDENTA

    O naszej aktualnej rzeczywistości
  11. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Dwulicowi manipulanci
  12. WSPÓLNE CZYTANIE

    Podróż przyszłości
  13. SPOJRZENIE Z OKSFORDU

    Rocznica 4. czerwca
  14. LEKTURY DECYDENTA

    Bałtycki tygrys
  15. WIATR OD MORZA

    Eksperyment
  16. DECYDENT POLIGLOTA

    Metodologia Dagmary Świdy
  17. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Mętny mandat mętnej władzy
  18. PRAWA - WŁADZA - PROBLEMY

    Czy to się dzieje?