Established 1999

CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

3 kwietnia 2018

Pod władzą mętniaków

Jak już wiemy, mętniakowi wszystko ze wszystkim się łączy, przeplata i plącze. Jest on jak ktoś, kto zaplątał się w jakiejś sieci albo w jakichś leśnych chaszczach. Szamocze się – to znaczy zmaga się z chaosem własnych myśli i pomysłów, lecz stoi w miejscu – to znaczy: w niczym nie posuwa naprzód sprawy, o której z takim przejęciem rozprawia, do której obsesyjnie powraca po ciągłych przerwach i zakłóceniach w swoim myślotoku i słowotoku. Bo też, ledwo zacznie mówić o istocie sprawy (choć właśnie chaotycznie lub niejasno), to już odwraca jego uwagę kolejne skojarzenie z czymś pobocznym, jakaś dygresja, jakieś wrażenie luźno związane z tematem – pisze prof. Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski

A jeśli próbuje w swym myśleniu i w wypowiedzi trzymać się jakiegoś kierunku i celu, na tej drodze stawiać kolejne kroki, to wtedy paraliżuje go lub wyprowadza w pole jego własna gonitwa myśli. Bo chciałby – może nawet mimowolnie – myśleć, mówić i rozmawiać o wszystkim naraz, i posuwać się naprzód w każdym kierunku, jaki się odsłania w toku jego dziwnego „dyskursu”. I na tej samej zasadzie chciałby rozstrzygać, decydować.

Taki dynamiczny mętniak w drodze do… (donikąd) przypomina blondynkę (tu przepraszam wszystkie blondynki) z głupiego dowcipu. Trójka przyjaciółek powraca wespół z udanej imprezki lub z upojnego posiedzenia w cukierni, ale w tej drodze powrotnej muszą w końcu się rozejść. Jedna mówi: No to cześć, ja skręcam w lewo! Druga na to: A ja w prawo. Na co odpowiada blondynka: Idę z wami! Mętniaka po drodze – jak wytresowanego konsumenta w galerii handlowej – wszystko absorbuje i pociąga w swoją stronę co krok. Wszystko naraz, nie po kolei ani na zasadzie wyboru. Na każdym rogu chciałby skręcić i tu, i tam, ale jednocześnie.

Podobnie zachowuje się mętniak w sytuacjach, gdy trzeba podjąć decyzję. Chciałby i samemu zjeść ciasteczko, i komuś sprzedać ciasteczko, i nadal mieć to ciasteczko.

Jego tok myślenia, odpowiednio – przemowy lub zapowiedzi czegoś – jest tak przejrzysty, jak w Tatrach słowackich zamglony szlak w odległości najbliższych trzech metrów. Co się dalej wynurzy, co zniknie lub się zapadnie, o tym przekonamy się dopiero wtedy, gdy zrobi tych kilka kroków kierunku tej mgły. Zaczyna mówić o czymś, już w następnym albo kolejnym najbliższym zdaniu zboczy z tematu w stronę wątku pobocznego, którym się zachłystnął bardziej niż tą początkową pasją, obsesją, a ten wątek poboczny nagle staje się głównym i prowadzi go jakoby do pierwotnego celu i tematu (ale nie doprowadzi) marszrutą okrężną, jak objazd remontowanej drogi. On jednak nie jest w stanie tym bocznym szlakiem lub pokrętnym poszukiwaniem azymutu znaleźć zgubioną trasę – po prostu dlatego, że po drodze zapomniał, dokąd tą drogą zamierzał dojść.

To urocze roztargnienie nie jest jednak przeszkodą, by absorbować uwagę rozmówców nawet godzinnym terkotaniem lub wielogodzinnym przemówieniem słusznym w każdym słowie i zdaniu, tyle, że pozbawionym myśli przewodniej i jasnej tezy. Odbiorcy nie obronią się przed tym potopem ani próbą zmiany tematu, ani próbą przerwania rozmowy czy wystąpienia pod jakimkolwiek pretekstem. Mętniaka, który się włączył, nikt nie jest w stanie wyłączyć. Ucieczka przestrzenna (np. z pokoju do kuchni) to żaden ratunek, natręt podąży za nami. I zamęczy, bo przestanie płynąć ze swoją falą dopiero wtedy, gdy sam się zmęczy.

W istocie sam nie wie, co myśli i o czym – bo przedmiot „namysłu” stale mu się rozmywa, rozlewa na okolice i przesuwa z początkowego umiejscowienia na inne. A kiedy czegoś chce – od siebie lub od innych – także nie wie, czego właściwie chce lub oczekuje, wymaga. Co więcej, im mniej sam siebie rozumie – tak, że nie jest w stanie nawet sobie wytłumaczyć, o co właściwie mu chodzi – tym bardziej upiera się przy swoich niejasnych, pokręconych opiniach, zamiarach i projektach, oczekiwaniach wobec innych, ba, rozkazach. I tym bardziej jest obrażony, jak skrajnym nietaktem i złośliwością, jeśli słuchacz usiłuje go skłonić do sprecyzowania, o co mu chodzi lub w jakim celu zalewa go potokiem słów i rytualnych gestów.

To prawdziwe przekleństwo – mieć za szefa właśnie mętniaka. Taki lubi i ględzić (z potrzeby popisu, ale i w celu ulżenia sobie w chwili własnej bezradności, zagubienia), i pokrzyczeć, i rzucać rozkazy w powietrze, i wysyłać całe wyprawy w nieokreślonym kierunku, w kosmos. Będzie on równie niekomunikatywny w swoim nieopanowanym gadulstwie i bełkocie, nieodgadniony, nieobliczalny, jak kategoryczny w poleceniach (Macie to zrobić, i już! Co? To, czego nie jesteście w stanie wysupłać z mojego myślotoku i słowoku) oraz w ocenach (Nie jestem zadowolony, i kropka. Dlaczego? Z czego? Sami się domyślcie).

Wbrew pozorom, brak jasności umysłu w ogóle, brak jasności celów i zasad (tym bardziej mętne, im gorliwiej i częściej deklarowane) ani też brak jasności zamiarów i postanowień tudzież ich przesłanek (Z jakiego rozpoznania to wynika? Jaka jest podstawa prawna zarządzenia? Do czyjej kompetencji należą wskazane zadania?) bynajmniej nie jest przeszkodą w tym, aby osobnik z podobnymi walorami robił karierę – nie tylko artystyczną czy naukową, ale i menadżerską, i jeszcze lepiej: polityczną. Kto się temu dziwi, niech powtórnie przeczyta i przemyśli Karierę Nikodema Dyzmy.

Władca nie musi wiedzieć, czego chce, do czego dąży, jakie ma zasady (a nawet, jakie zamierza zręcznie lub bezceremonialnie naruszyć), dokąd prowadzi swych poddanych czy podwładnych – jeśli tylko jest konsekwentny w jednym: w intencji niedopuszczenia do głosu i decyzji innych, nawet z kręgu własnych stronników i zwolenników. Nie musi być konsekwentny w swej działalności, jeśli jego niekonsekwencja, nawet zwykła kapryśność i ciągła improwizacja zapewnia mu specyficzną przewagę nad otoczeniem. Taką przewagę, że nikt nie jest w stanie przewidzieć jego kolejnych wolt, zwrotów, karkołomnych samozaprzeczeń i powrotów do tego, co wcześniej sam przekreślił, zdeptał, sprofanował, jego ekwilibrystyki w argumentach, kiedy co chwila odwraca znaczenie słów i znaki wartości.

Władca wcale nie musi być sprawny w swych rządach – może innych raz po raz wpuszczać w maliny, może faworyzować i nagradzać największych partaczy, firmować swym niewzruszonym autorytetem najgłupsze błędy i najbardziej sprzeczne decyzje – jeśli spowodowany tym chaos zapewnia mu mocny tytuł do zarządzania i panowania. Bo wtedy tym pewniej kieruje swoim bałaganem – pod hasłem „zarządzania kryzysem” albo „walki z patologiami”. Kto nie wierzy albo się dziwi, ten niech powróci do biografii i sylwetki psychicznej Nerona, a potem niech spojrzy na współczesną scenę polityczną i zagra w grę „znajdź kilka podobieństw”.

Problemu z władcą, wodzem, przywódcą czy arcykapłanem – mętniakiem tym bardziej – nie mają jego zwolennicy, jeśli on bosko ucieleśnia ich własny i powszechny mętlik w głowach. Nie mają też takiego problemu wielomilionowi wyznawcy tumiwisizmu, uczenie nazywanego indyferentyzmem (Mnie tam wszystko jedno co i kto, byle mnie nie ruszali, byle mnie coś z tego kapnęło, byle bym to nie ja miał się z tego rozliczać i tłumaczyć).

Mętokracja jest jednak pułapką i dla społeczeństwa jako całości, i dla przeciwników takiego stanu rzeczy posługujących się klarowną wiedzą i kompetencją, spójnymi i czytelnymi dla innych poglądami, jednoznacznymi dążeniami i zasadami. Bo mętniaka – jako żywo – jeszcze nikt nigdy ani nie przegadał (przeciwnie, to on zawsze każdego zagada), ani nie złapał za słowo, skoro jego słowo jest śliskie jak jęzor jaszczurki. Zanim przyciśniesz, przytrzymasz, już się wyślizgnie i już łapie następne robale.

Dyskutować, polemizować można tylko z czymś, co daje się wyrazić i streścić w jakiejś jednoznacznej formule, w jakimś logicznie i merytorycznie konsekwentnym rozumowaniu. Protestować skutecznie można przeciw temu, co samo w sobie jest za czymś albo przeciw czemuś. A przecież mętniak potrafi być… cwaniakiem. Naiwni są oponenci mętniaka-cwaniaka, kiedy łudzą się, że jeśli publice serwowany jest cukierek z trucizną, to wystarczy go rozpakować, rozwinąć i wyjąć z tego mylącego papierka. Próbują w tym naśladować saperów, którzy chronią środowisko przed bombą. Ale trucizna nie bomba, może być smaczna. W czasie, gdy oni męczą się z tym papierkiem przyklejonym do trucicielskiej przynęty, tłum łasuchów pośpiesznie łyka te cukierki nierozpakowane, jak leci. I mają za złe tym wydziwiaczom, że utrudniają i opóźniają konsumpcję.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 197, kwiecień 2018, ISSN 2300-6692 również

  1. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Generałowie II Rzeczypospolitej
  2. LEKTURY DECYDENTA

    Powiew grozy
  3. PLAN BRANŻY RAFINERYJNEJ

    Niskoemisyjne paliwa płynne
  4. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Filozofia czasu
  5. LEKTURY DECYDENTA

    Walczą z terroryzmem
  6. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Klasyka kryminału
  7. LEKTURY DECYDENTA

    Życie codzienne w łódzkim getcie
  8. DECYDENT POLIGLOTA

    Język niemieckiego biznesu
  9. KRÓTKI KURS Z HOLOKAUSTU

    Kto był katem, a kto ofirą
  10. WIATR OD MORZA

    Latające cyrki
  11. CO SIĘ W GŁOWIE MIEŚCI

    Pod władzą mętniaków
  12. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Źle dzieje się w świecie
  13. PRAWA - WŁADZA - PROBLEMY

    O jejku, to PiS!
  14. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Rosyjski Daleki Wschód