Established 1999

C.D. POLEMIKI PROFESORA Z PREMIEREM

24 września 2013

"Niech premier zostanie ślusarzem" - 24.09

Profesor dr hab. Mirosław Karwat oburzył się na słowa premiera Donalda Tuska, który napiętnował politologów i polityków, mówiąc, że „dobry ślusarz jest tysiąckrotnie więcej wart na rynku niż słaby politolog, a o polityku już w ogóle nie mówię”. Poniżej przedrukowujemy wywiad z „Dziennika Gazety Prawnej” będący rozwinięciem tez polemicznych. Tekst profesora Mirosława Karwata znajduje się powyżej pod datą 10.09.

Profesorze, czy pan mnie poznaje?


 


Pewnie, że pamiętam.


 


Na pewno? Pytam, bo studentów politologii na Uniwersytecie Warszawskim, którzy chodzili na pana wykłady, były tysiące. Jest nas tak wielu, że dla premiera Tuska staliśmy się przykładem osób z niepotrzebnym wykształceniem, które nie mają co liczyć na pracę – w odróżnieniu od ślusarzy. Kilka dni temu „Dziennik Trybuna” opublikował pełen oburzenia pański tekst: „Wygląda na to, że politologia leży premierowi na wątrobie; ostrzega przed politologią jak przed alkoholizmem lub konopiami. Już samo słowo „politolog” w ustach Pana Premiera jest epitetem, jako dyżurne określenie ludzi, którzy niepotrzebnie zajmują tak potrzebne miejsce dla innych”.


 


W każdym społeczeństwie napięcia rozładowuje się na wybranych „chłopcach do bicia”, a politycy w kłopotach chętnie uderzają w populistyczne tony. Kiedy więc zawiodła i polityka edukacyjna, i polityka zatrudnienia, nie biją się we własne piersi, lecz szukają zastępczych winnych i wskazują palcem na uczelnie jako „fabryki bezrobotnych”. A politolodzy irytują polityków, bo ich recenzują, są dla nich wyrzutem sumienia. Ci, którzy mają władzę i „mamonę” zwykle mają też kompleksy. Bo – nie oszukujmy się – spora część naszej elity politycznej oraz menadżerskiej nie posiada tak znakomitego wykształcenia, jakiego wymagają od podwładnych. Nie wybielam politologów en bloc, bo rzeczywiście nie brakuje bylejakich absolwentów i dyplomów. Tyle tylko, że nie wyłącznie po politologii, a bezrobotni pozostają również ludzie znakomicie wykształceni i utalentowani. Na stereotypowo złą opinię o politologach wpływa też nieświadoma kompromitacja tych kolegów, którzy – upojeni możliwością występowania w mediach – gotowi są na zawołanie do kilkuzdaniowych banalnych komentarzy, personalnych spekulacji i przewidywań, nie rozumiejąc, że w ten sposób tracą autorytet i reputację uczonych. Nie dostrzegają też paradoksu, że niechęć do świata polityki oraz świata mediów skupia się – buforowo – na nich, a nie na politykach i dziennikarzach. Jest jeszcze inne wytłumaczenie tej niechęci do politologów: skoro w Polsce wszyscy (we własnym mniemaniu) znają się na i medycynie, i na polityce, to politolog może wydawać się zbędny, a jego wiedza to jakoby „żadna nauka”.


 


Bo może nie są potrzebni? W czerwcu tego roku w urzędach pracy zarejestrowanych było aż 3647 politologów, na których czekało tylko 6 ofert.  Nie jest tak, że premier Tusk, ot tak, wyciągnął z kapelusza tych politologów.


 


Ależ wyciągnął, bo nie tylko absolwenci politologii bywają w trudnej sytuacji. Bezrobotni są socjolodzy, filozofowie, historycy i dziesiątki innych profesji. Ponadto w innych statystykach – w procentach bezrobotnych po określonych kierunkach studiów – politolodzy nie są liderami. Ale premier skupił się na politologach, robiąc z nas czarne owce. Kłopotu z politologami nie byłoby, gdyby wcześniej sami politycy zadbali o określone proporcje kształcenia i o miejsca pracy dla humanistów. A przecież na historyków nie czekają tysiące miejsc pracy w archiwach i muzeach, dla bibliotekoznawców nie ma pracy w bibliotekach, zresztą dziś zamykanych lub przypominających salony gier, w zakładach pracy dawno zniknęły etaty dla socjologów i psychologów. Odpowiedzialność polityków za ten stan rzeczy polega na tym, że w długim czasie, gdy zachęcali do masowych studiów wyższych (szczycąc się i chwaląc polskim boomem edukacyjnym) i szeroko otworzyli podwoje uczelni dla każdego, niewiele zrobili we własnym zakresie, aby stworzyć swoją polityką miejsca pracy dla tych ludzi.


 


Ale przecież nikt nie zmuszał obecnych politologów czy socjologów do pójścia na te kierunki. Mogli przecież wybrać inne, te bardziej rynkowe.


 


Czyli to ich wina? W tym celu musieliby zawczasu usłyszeć miarodajne analizy zapotrzebowania i prognozy tendencji, podpowiedzi i ostrzeżenia. Premier ze swoimi radami spóźnił się o kilka lat – za samym sobą. Warto też pamiętać, że nieregulowany rynek pracy jest kapryśny jak pogoda, struktura popytu na absolwentów uczelni zmienia się szybciej niż pięcioletni czy nawet trzyletni cykl studiów, a nowych kierunków studiów nie wprowadza się w ciągu kilku tygodni.


Wypowiedź poniewczasie, że „lepszy stolarz niż politolog” to napiętnowanie, sygnał, by wstydzić się wykształcenia. Polityków jak zawsze kusi demagogia i pokusa, by własne zaniechania przerzucać na innych. Toteż powtarzają tezę, że anachroniczne uczelnie to fabryki bezrobotnych. Kto naprawdę „produkuje” bezrobotnych? Przede wszystkim postęp cywilizacyjno-techniczny: automatyzacja produkcji, a nawet usług, nieopłacalność napraw sprzętu, który można zastąpić nowym itd. Przez to zniknęły liczne miejsca pracy. Od XIX w. przedmiotem walki było prawo do pracy, dziś praca staje się przywilejem. I na to trzeba szukać lekarstwa, choćby postawić na edukację, w której komputer człowieka nigdy nie zastąpi. A mimo to redukuje się etaty dla nauczycieli. Tym właśnie powinni zająć się politycy, szukaniem tych dziedzin, gdzie potrzebna jest praca ludzi, bo oprócz bezpośrednich kosztów gospodarczych pracy (liczonych doraźnie, w redukcji do równowagi budżetowej, a nie strategicznie) mamy jeszcze koszty społeczne braku pracy. Trudno oczekiwać od ludzi biznesu, by często zdobywali się na racjonalność ogólnospołeczną zamiast partykularnej, zamiast prostej kalkulacji zysków i przerzucania kosztów na pracowników, na otoczenie. Lecz od polityków wymagamy służby społecznej, nie lobbystycznej dyspozycyjności. Trzeba więc sobie odpowiedzieć na pytanie: czy społeczeństwu opłaca się produkować tabuny wtórnych analfabetów, robotów i klonów ze zmakdonaldyzowanymi umysłami? Ferdynand Kiepski jako ideał obywatela?


 


Fakt, przekonywano nas, że dzięki studiom będziemy mieli lepsze życia. Na korytarzu Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego na tablicy z propozycjami pracy wiszą ogłoszenia: dla stażystów, którzy bezpłatnie popracują dla działu HR, czyli będą odbierać telefony i wypełniać tabelki w exelu, oraz dla ankieterów. Tak oto na naszych oczach powstaje prekariat z dyplomami.


 


Niestety tak. Mamy tłumaczy kilku języków, którzy pracują za grosze, mamy absolwentów politologii czy innych studiów humanistycznych po kilku fakultetach, studiach podyplomowych i doktoracie, dla których nie znaleziono miejsca w nauce i szkolnictwie, w instytucjach kultury. Nabrali się na hasła konkursu „kariera dla najlepszych”. I w nich oczywiście narasta frustracja. Dobrze oddaje to karykatura z Internetu: magister kebab. Ale to dotyczy nie tylko humanistów.  Np. w sektorze bankowym po latach prosperity wielu pracowników z nader praktycznymi kwalifikacjami straciło pracę. Raz na wozie, raz pod wozem – taki ma być cykl życia milionów ludzi z rodzinami i długami? 


 


To może jednak dobrze, że politycy radzą nam, by zamiast studiować, wybierać wykształcenie zawodowe i mieć fach w ręku?


 


Coś późno politycy obudzili się z demonstracją szacunku dla fachowców po technikach i innych szkołach zawodowych, po latach okazywanej im pogardy.  Dobrze, że praktyczne kwalifikacje po wykształceniu średnim zaczynają być w cenie i szanowane, że rozstajemy się z fikcją powszechnego wyższego wykształcenia, któremu towarzyszy zanik czytelnictwa. Lecz o ile ślusarz raczej nie zostanie politologiem, filozofem czy historykiem, o tyle po wyższym wykształceniu nietrudno zdobyć umiejętności i uprawnienia ślusarza czy spawacza. Niestety, jak wcześniej na wyrost promowano wyższe wykształcenie (aż po „studia trzeciego stopnia” – doktoranckie bez doktoratu – jako przechowalnię), tak dziś propaguje się szkolnictwo zawodowe, a i uniwersytety próbuje się „uzawodowić”. Oby technika, stawiane teraz na piedestale, nie okazały się podobną poczekalnią, a pułapką dla młodzieży, bo przecież równie dobrze można wykształcić nadwyżkę spawaczy. Może nawet rzekomą nadwyżkę, bo rzecz nie w tym, że ich byłoby zbyt wielu, lecz w tym, że liczba miejsc pracy dla nich nie byłaby na miarę potrzeb gospodarki. Po hołdach premiera dla spawaczy (a przeciw politologom) w Internecie odezwali się młodzi ludzie z pytaniami: gdzie ta praca dla nich, bo przecież nie w upadających stoczniach czy na więdnącym rynku budowlanym. Ludzie nie są owcami, które można w dowolną stronę przeganiać.


 


Ale czy błędem nie było aż tak wielkie umasowienie studiów humanistycznych i społecznych?


 


Jak najbardziej. Ale prawdopodobnie błędu tego można było uniknąć. Stąd tak moja ostra reakcja na słowa Donalda Tuska, który teraz zwala winę na młodych ludzi i ich nauczycieli, błąd rządzących chce – jak w kantorze – przeliczyć na sumę życiowych błędów lub przypadkowych niepowodzeń związanych z wyborem studiów. Kiedy po zmianie ustrojowej zniesiono limity miejsc na studiach, zapewniono otwarty dostęp do nauki dla wszystkich, wydawało się to jedną z największych zdobyczy transformacji. Wreszcie każdy miał mógł zdobyć wykształcenie takie, jakie chciał. Tyle, że w tej dostępności była ukryta pułapka: edukacja bezpłatna była formalnie dostępna dla wszystkich, lecz faktycznie nadal dla niektórych, zwykle startujących z lepszej pozycji, z lepszym kapitałem kulturowym w rodzinie, zaś studia płatne i w uczelniach prywatnych, i w tych publicznych stały się towarem, nieraz oferowanym „z przeceny”. Właśnie komercjalizacja szkolnictwa wyższego spowodowała i niską jakość kształcenia w taśmociągu dyplomów, i demoralizację (studentów, jak i wykładowców) i brak zgodności między „popytem” gospodarki a „podażą” uczelni, bo działała zasada „każdy sobie rzepkę skrobie” (do czasu).


 


Ale od środowiska akademickiego powinniśmy oczekiwać i domagać się odpowiedzialności za własne decyzje.


 


Rzeczywiście, komercjalizacja kształcenia zdemoralizowała środowisko akademickie; a mówię to w pewnym sensie i o sobie. Ale spójrzmy na to z innej perspektywy: oto ludzie, którzy wybrali zawód dający wiele satysfakcji, ale gwarantujący raczej pauperyzację niż dobrobyt, skazani rynkowymi realiami na ekonomiczną wegetację (szczytem marzeń wiceprezesa akademii nauk było własne cinquecento), nagle mogli zacząć zarabiać. Rzucono im fałszywe koło ratunkowe z hasłem „dorobisz sobie”. Kto? Politycy, bo to oni podporządkowali szkolnictwo regułom rynku. Dlatego tak oburzający jest dzisiejszy zwrot o 180 stopni i wytykanie palcem uczelni jako „fabryk bezrobotnych”. Edukację wyższą wrzucono na głębokie wody wolnego rynku, wymuszając pościg za doraźnym popytem, deprecjonując samoistną wartość wiedzy i myślenia. W tym czasie pojawił się wyż demograficzny. Gdy obiecano młodym ludziom, że inwestycja w wykształcenie zwróci się w postaci godnego statusu, zaś uczelniom narzucono nakaz samofinansowania, to naturalną reakcją uczelni na koniunkturę rynkową, na pęd młodych ku nauce (a raczej wyścig po dyplomy) było rozdmuchiwanie kierunków, na które było dużo chętnych. Skoro politycy aż tak tym wolnym rynkiem się zachwycili, niech się nie dziwią, że i uczelnie zaczęły stosować jego zasady. Jeśli zgłaszają się frajerzy gotowi słono zapłacić np. za wyższe studia fryzjerstwa ornamentalnego, to choćby była pewność, że nie ma dla nich pracy, będą uczeni.


 


A może przemawia przez pana po prostu frustracja, bo krytykując politologów, krytykuje się też pana?


 


Oczywiście, że wypowiedzi premiera Tuska odbieram również osobiście. Ale to nie tylko moja frustracja, to zawód tysięcy osób, które są specjalistami, a których umiejętności i przydatność jednym słowem się dyskredytuje, uciekając przed własną odpowiedzialnością. Żaden gwałt biurokratyczny nie sprawi, że uczelnie staną się tanią taśmą produkcji gotowych do użytku pracowników.


Stanisław Jerzy Lec powiedział kiedyś: choć dasz krowie kakao, nie wydoisz czekolady. Te słowa dedykuję tym, którzy uważają, że problem bezrobocia rozwiąże się kalejdoskopem zmian w kierunkach i programach kształcenia, zwiększeniem liczby przedmiotów praktycznych i warsztatów. Trzeba zreformować całe szkolnictwo – od szkoły podstawowej zaczynając, bo uniwersytet jest tylko ostatnim ogniwem zbierającym żniwo wcześniejszej edukacji. Zaś uczelnie nie mogą być taśmą produkującą gotowych do użytku pracowników. Nikt z urzędników i polityków nie może dać gwarancji studentom, że po skończeniu nauki dostaną pracę. A jeśli naprawdę są tego tak pewni, niech wystawiają weksle studentom namówionym przez siebie.


 


Rozmawiała Sylwia Czubkowska


 


Rozmowa ukazała się w „Gazecie Prawnej” w dn. 20.09. br.

W wydaniu nr 142, wrzesień 2013 również

  1. DEKLARACJA SOPOCKA

    Co dalej, Europo? - 27.09
  2. SAMOCHÓD ELEKTRYCZNY

    Tesla - napięcie rośnie - 26.09
  3. WSZYSTKO NA SPRZEDAŻ

    Księżna Diana - historia warta miliony - 24.09
  4. W IMR ADVERTISING BY PR

    Bieluchowa smukłość - 24.09
  5. C.D. POLEMIKI PROFESORA Z PREMIEREM

    "Niech premier zostanie ślusarzem" - 24.09
  6. ZŁOTO NIE JEST NUDNE

    Monety bulionowe do kolekcji - 18.09
  7. KLUB DECYDENTÓW

    Witamy - 19.09
  8. INWESTYCJE W MEMORABILIA

    Autografy, zdjęcia, płyty, gitary - 16.09
  9. EKONOMIA CHULIGANÓW

    Teoria versus rzeczywistość - 13.09
  10. EUROPEJSKI LOBBING

    Jądrowy renesans w Europie - 11.09
  11. SYSTEM EMERYTALNY

    OFE: co tracimy? - 10.09
  12. POLEMIKA PROFESORA Z PREMIEREM *

    Nie matura, lecz chęć szczera - 10.09
  13. EUROPA W LUBLINIE

    Bieluch na festiwalu - 9.09
  14. KRONIKA BYWALCA

    Tajski jedwab - 20.09
  15. RYNEK SPOŻYWCZY

    Klient musi kupować więcej - 5.09
  16. PRZYSTANEK PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ

    Pierwszy: szkoła podstawowa - 2.09
  17. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Rosja wraca do gry - 17.09
  18. SZKOŁA LIDERÓW

    Nie wódz, a lider - 2.09
  19. PODRÓŻE SMAKUJĄ

    Vrbnik - miasteczko na skale - 2.09
  20. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Reakcja - 17.09
  21. LEKTURY DECYDENTA

    Sekrety międzywojnia - 25.09
  22. RYNEK APTECZNY W POLSCE

    Rozwijać będą się tylko sieci - 2.09
  23. KRÓLUJE BORDEAUX

    In vino... profit - 2.09
  24. WHISKY MADE IN JAPAN

    Boom na Karuizawę - 2.09
  25. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Poniedziałek, 30.09 – Krecia robota
  26. SZTUKA MANIPULACJI

    Krętactwo - 2.09
  27. I CO TERAZ?

    Serial - 2.09