Established 1999

AMERYKAŃSKI SPISEK

10 sierpnia 2016

Trump ich i nie ich

Clinton, Trump… Trump, Clinton… Jeszcze przez co najmniej kwartał te dwa nazwiska będą najczęściej wypowiadanymi słowami w Stanach. Kampania się rozkręca, a jej uczestnicy i obserwatorzy coraz bardziej się nakręcają. Jak tak dalej pójdzie, to nawet w najgrubszym słowniku Webstera zabraknie przymiotników, którymi raczą siebie nawzajem główni aktorzy oraz rzesza statystów – pisze Marek J. Zalewski.

Detroit

„Małe dłonie! Małe dłonie! Wszystko, co ma, to małe dłonie!” skandowała jedna z trzynastu kobiet, które starały się przeszkadzać Donaldowi Trumpowi w przedstawieniu jego ekonomicznego programu wyborczego.

Skąd akurat ten zarzut? Co on ma wspólnego z programem gospodarczym Trumpa, o którym właśnie mówił na spotkaniu ze swoimi wyborcami w Detroit? Ano, ma. Oto, bowiem Marco Rubio, ubiegający się o reelekcję senator z Florydy, a także jeden z kontrkandydatów Trumpa w prawyborach, na swoich spotkaniach apelował, aby „nie wierzyć ludziom o małych dłoniach”. A właśnie takie ma Donald Trump. Można się o tym przekonać za jedyne 36 dolarów (to w promocji, bo normalnie bilet kosztuje 41 dolarów) w nowojorskim Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud na Times Square. Tam, obok naturalnej wielkości woskowej – a jakże – figury miliardera wisi plakieta z odciśniętą prawą jego dłonią. Każdy może przyłożyć swoją dłoń do odcisku, aby stwierdzić, że istotnie, Donald Trump ma stosunkowo małe dłonie, ot, wielkości dłoni kobiety średniego wzrostu…

Tej skandującej kobiecie chodziło widocznie o to, aby podważyć zaufanie do Trumpa jako człowieka o „małych dłoniach”, czyli nie wierzyć w to, co zapowiada. Zresztą jego blisko godzinne wystąpienie było przerywane – jak policzono – 14 razy. Trzynastokrotnie robiły to kobiety, a raz mężczyzna. Wszyscy oni zostali zidentyfikowani jako działacze Michigan People’s Committiee, co dało prawo przypuszczać, że była to zorganizowana akcja, mająca na celu wyprowadzenie z równowagi Donalda Trumpa i wywołanie jego jakiejś gwałtownej reakcji. Prowokacja się jednak nie udała, bo Trump przyjął te protesty z miną pokerzysty i po wyproszeniu krzyczących zapowiedział „jump-start”. Czyli ostre, skokowe ruszenie z miejsca poprzez redukcję podatków i uproszczenie całego systemu podatkowego, jak i w ogóle całego systemu obowiązujących przepisów pod kątem „cut regulations”, czyli ich redukcji oraz renegocjacje traktatów handlowych.

Jeżeli chodzi o firmy, to jego zdaniem nie może tak być, aby firmy w Ameryce płaciły „jeden z najwyższych podatków na świecie” i dlatego, jako prezydent, zmniejszy go z obecnych 35 proc. do 15. Jeden z zagadniętych ekspertów zapytany, jak to jest z tymi podatkami, odpowiedział, że co prawda gdy do tych 35 proc. podatku federalnego dodać 6 proc. podatku stanowego, to faktycznie obciążenie wydaje się bardzo wysokie i propozycja Trumpa jest OK dla tych firm, ale co z budżetem? A poza tym większość firm i tak tych podatków nie płaci, korzystając z różnych ulg, a średnie ich obciążenie z tytułu tego podatku wynosi niewiele ponad 12 proc.

Co się zaś tyczy podatku dochodowego „my fellows Americans” (moi kochani Amerykanie), to ja, Donald Trump jako prezydent ustanowię tylko trzy progi podatkowe zamiast obecnych siedmiu, a na dodatek je obniżę do 12, 25 i 33 proc. Co prawda jeszcze na początku tego roku Trump zapowiadał znacznie bardziej radykalne cięcia podatków, ale został najwidoczniej nieco zmitygowany przez zespól swych doradców ekonomicznych pod wodzą Davida Malpassa byłego zastępcy sekretarza ds. handlu w administracji Ronalda Reagana.

Detroit nie zostało wybrane przypadkowo na „major economic speech” kandydata Trumpa, czyli główne jego wystąpienie poświęcone gospodarce. Jeżeli ktoś miał okazję obejrzenia w telewizji choćby jednego odcinka cyklicznego programu o jednym z największych – chyba nawet na świecie – lombardów prowadzonym przez rodzinę Goldów właśnie w Detroit, ten od razu będzie wiedział dlaczego. Detroit, niegdyś stolica światowej motoryzacji jest dzisiaj miastem na skraju bankructwa, niejako symbolem rozwiania „american dream”, amerykańskiego snu o potędze i wspaniałym życiu. Miastem, które ma już tylko „wczoraj”, bo o „dziś” szkoda mówić, a „jutro” w zasadzie nie istnieje.

Detroit zostało wybrane absolutnie świadomie na ogłoszenie programu „jump-start”. Trump zapowiedział nadejście ery „amerykanizmu w miejsce globalizmu”. Obiecał  renegocjacje traktatów handlowych, aby wzmocnić pozycję Stanów, a jeżeli te negocjacje nie będą prowadziły do zadowalającego końca, to po prostu „we will walk away”, to damy sobie z nimi spokój. A to wszystko po to, aby „jobs and wealth to stay in America” (miejsca pracy i dobrobyt zostały w Ameryce). Wezwał też do tego, aby „przestać ufać politykom, a zacząć wierzyć w ten wielki kraj”. A mówiąc o Hillary Clinton powiedział, że jest ona „kandydatką przeszłości”, pod czas gdy „nasza kampania jest prowadzona z myślą o przyszłości”.

Przyszłość… Co z nią? To bardzo dobre pytanie w kontekście tego, co dzieje się wśród republikanów. Właściwie można sobie zadać pytanie jak przy analizie wiersza, gdy zachodzimy w głowę, co też poeta miał na myśli. Podobnie możemy zapytać, o co chodziło republikanom, gdy decydowali o tym, że Donald Trump, człowiek – biorąc pod uwagę jego polityczną przeszłość – w zasadzie znikąd dostaje zgodę na start w prawyborach pod ich czerwonym sztandarem, pod nim wygrywa prawybory z kilkunastoma partyjnymi i doświadczonymi politykami i gdy na konwencji w Cleveland ma on zostać pasowany na oficjalnego kandydata Grand Old Party, jak mówią z dumą o swojej partii republikanie i jak ich partię nazywa cała Ameryka, to nagle wzbiera fala tzw. hejtu, tsunami fochów i dąsów, że to nie ten człowiek, że on się nie nadaje, że co to w ogóle ma znaczyć? Czy osoba Trumpa została „wynaleziona” po coś? A jeżeli tak, to może po to, aby szarpnąć czymś, co zapadło w polityczną hibernację? Ale chyba nie. Przecież republikanie mają politycznie świetną sytuację. Mają większość w obu izbach Kongresu, czyli kontrolują w pełni władzę ustawodawczą, mają bezpieczną pozycję w połowie stanów, więc…

Trump mówi: nie ufajcie politykom! On ma prawo im nie ufać. Wystawiono go do walki, którą wygrał. Wszedł do lasu i… Jak to w znanym porzekadle – im głębiej weń wchodzisz, tym więcej drzew na twojej drodze. To, co się dzieje dzisiaj w Stanach dowodzi tezy, że cały tamtejszy establishment jest albo zniesmaczony, albo zaskoczony, albo wręcz zły, żeby nie powiedzieć wściekły z powodu tego… Trumpa, miliardera, który chce rządzić państwem jak przedsiębiorstwem, który obraża i złości, oskarża i ośmiesza wszystko to i wszystkich tych, którzy przywykli do innych reguł? A może to oni się obrażają i złoszczą, oskarżają i ośmieszają tego, który zerwał się z niewidzialnej uwięzi tej wewnętrznej, utartej poprawności politycznej?

Wiele wskazuje na to, że tak może właśnie być. To, że przeciwko Trumpowi są demokraci i to, że odsądzają go od czci i wiary i że we wszystkim, co jego dotyczy wynajdują najdrobniejsze rzeczy, które wbijają w niego niczym szpilki w makumbę, to sprawa oczywista. Ale to, że wspierają ich w tym republikanie, to rzecz co najmniej zastanawiająca. Oto bowiem 50, słownie – pięćdziesięciu – byłych republikańskich  wyższych urzędników administracji republikańskich prezydentów podpisało list, w którym wyrażają swoją dezaprobatę, a nawet sprzeciw wobec tego, aby Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych! Mało tego w liście stwierdzają oni, że Donald Trump jako prezydent USA może zagrażać bezpieczeństwu państwa! To jest coś, co w historii amerykańskich wyborów nigdy dotąd się nie zdarzyło.

Nigdy też dotąd były prezydent, wywodzący się z danej partii nie dystansował się od kandydata tejże partii w tak wyraźny sposób jak w tym roku czynią to obaj Bushowie. Honor domu ratuje syn Jeba, młodszego z braci, Joe. Bush, który wsparł na Florydzie Trumpa, mimo tego, że jego ojcu nie udało się powtórzyć sukcesu dziadka i wuja, bo sromotnie przegrał już na początku prawyborów i wycofał się z kampanii. Nie pamiętam też, aby gubernator stanu, w którym odbywa się konwencja przedwyborcza partii, z której on się wywodzi nie był obecny na otwarciu tejże i nie przywitał najważniejszego z gości, czyli tego, który wygrawszy prawybory tu właśnie otrzyma partyjną nominację. A tak właśnie zdarzyło się w tym w roku w Cleveland. Konwencji nie zaszczycił swą obecnością John R. Kasich.

Jakby tego było mało, to niczym Filip z konopi wyskoczył niejaki Evan McMullin. Wyskoczył, albo został wyciągnięty z niebvtu dopiero co, bo – uwaga – 8 sierpnia objawił się w stanie Utah jako „niezależny kandydat” na… prezydenta Stanów Zjednoczonych.  Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo w amerykańskich wyborach prezydenckich startuje od kilkudziesięciu do kilkuset kandydatów. Tak, tak, proszę państwa, do kilkuset kandydatów… W tym roku jest ich bodaj blisko dwustu. O nich niemal wszystkich nikt nie ma zielonego pojęcia poza rodziną i może grupą najbliższych znajomych.

Marek J. Zalewski - publicysta, komentator spraw szelkich

Marek J. Zalewski – publicysta, komentator zawiłości amerykańskich

Poza dwoma kandydatami dwóch największych partii od czasu do czasu mówi się jeszcze o kandydatach tzw. trzecich partii. W tym roku są to libertarianie (Gary Johnson; wg najnowszych sondaży ma poparcie 9 proc. wyborców) i Zieloni (Jill Stein; 2 proc. poparcie). I nagle pojawia się Evan McMullin, który natychmiast staje się gościem programów telewizyjnych, udziela wywiadów innym mediom, programy informacyjne pokazują jego internetową kampanię.

On sam przedstawia się jako republikanin, ale od Trumpa i Clinton odróżniać ma go też to, że jest – jak mówi o sobie – konserwatystą. Jest jeszcze jedna rzecz, która go odróżnia od tej dwójki; Evan McMullin jest byłym „operacyjnym” funkcjonariuszem CIA… Może chodzić o chęć osłabienia w tym stanie pozycji Trumpa, czyli odebranie mu iluś tam głosów wyborców, a to może skutkować o zdobyciu mniejszej liczby głosów elektorskich przez niego. Czy nie jest to ewidentne działanie „określonych kół” przeciwko własnemu kandydatowi?

Myślę, że w USA będzie się jeszcze duuużo działo. Najbliższych 90 dni za „kałużą” zapowiada się więc niezwykle ciekawie…

W wydaniu nr 177, sierpień 2016, ISSN 2300-6692 również

  1. LEKTURY DECYDENTA

    Wiara i nauka
  2. TURCJA W SYRII

    Wszyscy ze wszystkimi i przeciw wszystkim
  3. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Zbrodnia w Niemczech
  4. KLIMAT, GŁUPCY!

    Nieświadomie tracimy oddech
  5. A PROPOS...

    ...jednego człopczyka
  6. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Wierni tradycji Adolfa
  7. EKONOMIA POLITYCZNA

    Kto rozstawia pokemony?
  8. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Czarowna Azja
  9. ZAGADKI AMERYKAŃSKIE

    Szkoda, że nie Joe Biden
  10. DECYDENT SNOBUJĄCY

    Dwa pomysły
  11. AMERYKAŃSKA POLITYKA

    Nieufność i katalogi obietnic
  12. LEKTURY DECYDENTA

    Holmes jako Xango
  13. AMERYKAŃSKI SPISEK

    Trump ich i nie ich
  14. DZISIAJ W AMERYCE

    Trump, czyli słoń w składzie porcelany
  15. Z KRONIKI BYWALCA

    Nowa instytucja kultury
  16. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Czwarta część trylogii
  17. I CO TERAZ?

    Trump - schodami w górę, schodami w dół
  18. WIATR OD MORZA

    Zacheusz
  19. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Musimy sobie pomóc sami
  20. A PROPOS...

    ...dopingu
  21. HAJOTY PRESS CLUB

    Parasolek malowanie
  22. KTO ZARZĄDZA DEMOKRACJĄ

    Polska industrialnym gettem kapitału zagranicznego
  23. WIATR OD MORZA

    Roundabout
  24. LEKTURY DECYDENTA

    Ocalić od zapomnienia
  25. W OPARACH WIZERUNKU

    Popkulturowi celebranci