Established 1999

35 LAT NOWEGO DZIENNIKA

27 grudnia 2007

Rodzinne powinności

Pierwsza polska, i jak na razie jedyna, gazeta codzienna w Nowym Jorku powstała w 1971 roku. Jednym z jej założycieli, a później redaktorem naczelnym, był Bolesław Wierzbiański – człowiek legenda. Po jego śmierci wydawnictwo przejęła żona Barbara. Z dzisiejszego punktu widzenia jedną z najbardziej śmiałych, choć na początku lat osiemdziesiątych bardzo kontrowersyjnej, decyzji redaktora Wierzbiańskiego było odmłodzenie redakcji, postawienie na nowych emigrantów z Polski. Piszemy o zawiłej historii i dniu dzisiejszym polskiej gazety w Wielkim Jabłku. O ponad połowę starszy od Nowego Dziennika jest londyński Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza.


Barbara Nagórska i jej o kilka lat młodsza siostra Krystyna (do dzisiaj jej powierniczka i najbliższa przyjaciółka) wychowały się w przedwojennym Sopocie. Ojciec, inżynier Bohdan Nagórski, był w latach 1922-35 polskim dyrektorem Rady Portu w Wolnym Mieście Gdańsku (na równoległym stanowisku pracował Niemiec). Matka Zofia, z domu Krzyżanowska, pracowała najpierw jako sekretarka w Radzie Portu, a po ślubie z młodym dyrektorem w katedrze w Oliwie poświęciła się wychowaniu dzieci.


Dzieciństwo miałyśmy fantastyczne – wspomina Barbara. – Mieszkaliśmy w willi pod lasem, jeździło się konno, chodziło na spacery i na plażę. To było jak na tamte czasy nowoczesne wychowanie. Rodzice spędzali dużo czasu z dziećmi, ale mieli także swoje życie. Wyjeżdżali na wakacje na francuską Riwierę, mama uwielbiała grać w tenisa – mówi Barbara. – Miałyśmy szwajcarską mademoiselle, a ponieważ do polskiej szkoły w Gdańsku było za daleko, kiedy osiągnęłam wiek szkolny, do domu zaczęła przychodzić pani Helena, która przez pierwsze cztery lata doskonale przygotowała mnie, kuzyna i syna przyjaciół do gimnazjum. Dlatego zawsze śmieję się, że angielski – język, w którym czuję się najswobodniej – to dopiero mój czwarty język – dodaje moja rozmówczyni.


Historia wkroczyła w jej dzieciństwo niemalże niepostrzeżenie. Na ulicach wisiało coraz więcej i więcej hitlerowskich flag – Barbara przywołuje tamten czas. – Pamiętam, że pewnego dnia w 1938 roku jedliśmy śniadanie na werandzie i nagle zobaczyliśmy, jak z jednego z okien naszej willi powiewa czerwona flaga ze swastyką. Okazało się, że to sprawka niemieckiego dozorcy i kierowcy ojca. Wybuchła straszna awantura i oczywiście zaraz ją zdjął. W 1935 roku Bohdan Nagórski zrezygnował z pracy w porcie i przeniósł się do polsko-norweskiego przedsiębiorstwa spedycyjnego. Krótko przed wybuchem wojny Nagórscy wyjechali z Sopotu do rodziny Bohdana w Nałęczowie. Na początku września Bohdan z bratem Zygmuntem, jego żoną i innymi wyjechali – tak jak członkowie polskiego rządu i wielu przedstawicieli inteligencji – do Rumunii. Natomiast pani Zofia z dziećmi zatrzymała się u brata, nauczyciela matematyki, w Milanówku.



Zabawa w rowie



I to właśnie w Milanówku zastali ich hitlerowcy. Niemcy najpierw zbombardowali miasto, a później pojawili się na ulicach – wspomina Barbara. – Pamiętam, że wykopaliśmy rów i siedzieliśmy w nim w czasie nalotu. Babcia się modliła, a ja – jak to dziecko – wygłupiałam się. Pani Zofia postanowiła skorzystać z tego, że na początku wojny Niemcy wypuszczali kobiety z dziećmi. Ojciec wyrobił nam z Rumunii włoskie wizy, a matka jak lew walczyła z Niemcami, aby pozwolili nam wyjechać – mówi.


W styczniu 1940 roku wyjechały wreszcie do Włoch, ale zanim połączyły się na stałe z ojcem (który pracował już wtedy w Londynie dla polskiej linii żeglugowej Gdynia America Line), minął jeszcze rok. Do tego czasu przemieszczały się po całej Europie, uciekając przed Niemcami. Kiedy Włochy wypowiedziały wojnę, pojechałyśmy do francuskiego Bordeaux i mieszkałyśmy tam aż do momentu kapitulacji – opowiada Barbara, która określa swoje wojenne peregrynacje jako komfort w porównaniu z tym, co spotykało w tym czasie innych.


Po kapitulacji Francji Francuzi nie wypuścili nas do Hiszpanii, ale spotkani przez nas polscy żołnierze powiedzieli nam, że z pobliskiego miasteczka wypływa właśnie Batory i tak dotarłyśmy do Londynu. Stamtąd ojciec wysłał całą trójkę do Montrealu i dopiero w 1941 roku połączyli się na dobre. Do tego spotkania o mały włos w ogóle by nie doszło, ponieważ brytyjski liniowiec Benares, którym Bohdan Nagórski płynął do Kanady, został storpedowany przez hitlerowską łódź podwodną. W marcu br. nakładem wydawnictwa Hyperion ukazała się książka Miracles on the Water Toma Nagorskiego, syna kuzyna Barbary, opisująca katastrofę – dryfowanie w szalupach cudem ocalałych pasażerów statku, w tym kilkudziesięciorga dzieci, po lodowatych wodach północnego Atlantyku. Łódź ratunkowa, w której był Bohdan, została cudem znaleziona po ośmiu dniach. Mama opowiedziała nam o przejściach ojca, dopiero kiedy była pewna, że przeżył – Barbara wspomina tamto wydarzenie.



Trudne emigracyjne początki



Na początku amerykańskiej drogi Nagórscy zamieszkali na Forest Hills w Queensie, później przenieśli się do Manhasset, a następnie do Roslyn na Long Island. Najpierw ojciec pracował w Gdynia America Line, potem przeniósł się do Brytyjskiej Misji w Nowym Jorku, ale z końcem wojny i to się skończyło więc nastały lata chude – wspomina Barbara. – Przez jakiś czas ojciec próbował zająć się interesem i mama pomagała utrzymać nas: pracowała jako sklepowa, sekretarka, a potem znalazła posadę w liniach lotniczych Air France. Z braku pieniędzy na czesne Barbara poszła do szkoły dla sekretarek i dopiero kilka lat później skończyła studia ekonomiczne na prestiżowym żeńskim college’u Mount Holyoke w Massachusetts. Muszę wyznać, że jako studentka prowadziłam się niezwykle konserwatywnie, może wręcz za bardzo – mówi. – Nigdy nie miałam polskich kompleksów, choć przeszkadzało mi trochę, że byłam w tutejszej kulturze obca – dodaje. Moja rozmówczyni niechętnie wspomina swoje nieudane małżeństwo z tamtego okresu z początkującym amerykańskim dziennikarzem. Co za szczęście, że życie daje powtórne szanse – mówi ze śmiechem. – Drugie żony i drudzy mężowie są najlepsi!.


Tymczasem Bohdanowi Nagórskiemu zaczęła na nowo iść karta, gdy w 1952 roku zaczął pracować dla ONZ jako ekspert od budowy portów. Kiedy wysłano go do Jordanii, Barbara postanowiła pojechać do rodziców leczyć uczuciowe rany po rozwodzie, a czas dzieliła między Amman i Bejrut, gdzie jej siostra studiowała na Uniwersytecie Amerykańskim. Każdy z nas ma w młodości okres, do którego wracamy jak do utopii, i dla Barbary bez wątpienia jest to ten rok spędzony na Bliskim Wschodzie, z którego wyniosła m.in. głęboką sympatię do Palestyńczyków. Poznałam mnóstwo fascynujących ludzi – chętnie wspomina. – W arabskiej kulturze jest coś niesłychanie ujmującego, szczególnie jeśli pomieszana jest z europejską, jak w Bejrucie.


Po powrocie z Bliskiego Wschodu pracowała m.in. dla Fundacji Rockefellera. W 1957 roku dwaj znajomi amerykańscy adwokaci John Richardson i John Paige zorganizowali pomoc medyczną dla Polski (głównie leki, w tym szczepionka przeciw chorobie Heinego-Mediny) i przez rok jeździła z nimi do gomułkowskiej Polski jako tłumacz. Wtedy do Polski się jeszcze nie jeździło, no ale ja nie liczyłam się w polonijnym środowisku jako ktoś ważny – mówi. Te wyjazdy rozbudziły w Barbarze chęć pomocy uciśnionym przez niedemokratyczne systemy polityczne, ale zaważyły także na jej życiu osobistym. Bolka (tak zawsze mówi o swoim zmarłym w 2003 roku mężu – przyp. ZB), który współpracował wtedy z Radiem Wolna Europa, znałam już od ośmiu lat jako przyjaciela rodziców. Podobno kiedy się poznaliśmy, odwróciłam się do niego plecami, jak typowa nastolatka, ale po drugim moim powrocie spotkaliśmy się, ponieważ chciał, bym mu opowiadała o Polsce. Bolek kochał Polskę, ale z drugiej strony był niezwykle światowy i tolerancyjny – nie był nacjonalistą – wspomina. Z tej wspólnoty losów, doświadczeń i zainteresowań zrodziła się między nimi bliskość. Podziwiałam go i uwielbiałam przebywać w jego towarzystwie, choć bałam się kilkunastoletniej różnicy wieku między nami. Oczywiście, w końcu dopiął swego.



Pamiętny rok 1958



Ten rok był bez wątpienia punktem zwrotnym w życiu Barbary. Wierzbiańscy wzięli ślub, a wyjazdy Barbary do Polski zakończyły sie ofertą pracy w International Rescue Committee (Międzynarodowy Komitet ds. Uchodźców), wielkiej organizacji prywatnej pomagającej uchodźcom z całego świata w osiedlaniu się w Stanach Zjednoczonych. Uwielbiałam tę pracę – wspomina Barbara. – Najlepszy dowód, że kiedy po 35 latach z niej odchodziłam byłam już zastępcą dyrektora całej organizacji. Przyszła wydawczyni Nowego Dziennika zajmowała się m.in. kubańskimi exilios (o których do dzisiaj mówi z sympatią), ale miała też kontakt z setkami Polaków, w tym tak dziś sławnymi, jak profesor Jan Gross czy Andrzej Rapaczyński (fala uchodźców po antysemickich czystkach moczarowców w 1968 roku) czy obecny karykaturzysta Polityki Andrzej Czeczot z emigracji solidarnościowej. Do Polski czułam zawsze sentyment, ale tak bardzo zaangażowałam się w sprawy Polski dzięki małżeństwu z Bolkiem. Wśród ich najbliższych przyjaciół z tamtego okresu byli Tadeusz Horko, Maciej Feldhuzen z Brazylii i dziennikarz polonijnego Nowego Świata Jerzy Ponikiewski, do którego przylgnęło nawet miano „pierwszego dziecka Wierzbiańskich” – tak dużo spędzał z nimi czasu. Adam – prawdziwy i jedyny syn Wierzbiańskich – urodził się w 1963 roku.


Czy trudno było wyrastać w domu, w którym mówiło się wciąż o Polsce, kraju, którego jako dziecko nie znałaś, no i mając rodziców o tak silnych osobowościach? – zapytałem przy okazji pisania tego tekstu Adama, którego w redakcji nazywamy Kubą. Absolutnie nie, szczególnie że chodziłem do szkoły prowadzonej przez ONZ, gdzie każdy był z innej części świata – odparł. – A najsilniejszą osobowością w domu byłem ja. Przeszedłem chyba przez wszystkie etapy buntu nowojorskiego nastolatka, łącznie z graniem na gitarze basowej w licznych zespołach punkowych.


Z końcem lat 60. zaczął podupadać Nowy Świat, polonijna gazeta wychodząca w Nowym Jorku od początku wieku, i kilkoro znajomych – w tym Bolesław Wierzbiański, ksiądz Michał Zembrzuski, Bolesław Łaszewski i dr Edward Luka – zaczęło przymierzać się do wydawania własnego dziennika. Pamiętam ten dzień w 1971 roku, kiedy Bolek wrócił do domu z pierwszym numerem Nowego Dziennikapłachtą szczelnie pokrytą drukiem i z jednym małym zdjęciem – wspomina Barbara. – Jak mogliście wydać takie szkaradztwo?! – krzyknęłam – ale jemu nie zepsuło to nastroju. Wierzbiański był szczególnie dumny z tego, że założyciele nie skorzystali z pomocy finansowej żadnej organizacji. Koszty wydawania pisma postanowili pokryć sprzedażą akcji powiększającej się grupie założycieli, którzy do dziś są współwłaścicielami gazety. Bolek od początku używał określenia ‚gazeta polskojęzyczna za granicą’, a nie ‚gazeta polonijna’, chcą podkreślić otwartość Nowego Dziennika – mówi Barbara. – Nowy Dziennik nigdy nie przynosił kroci, ale jeśli utrzymał się przez tyle lat, to dlatego, że mój mąż wiedział, jak robić dobrą gazetę i zawsze poważnie traktował czytelników.



Okres burzy i naporu



W latach 70. zaczął się okres antykomunistycznej burzy i naporu. Z PRL-u zaczęli przyjeżdżać wybitni przedstawiciele opozycji, którzy często zatrzymywali się w mieszkaniu Wierzbiańskich na osiedlu Peter Cooper Village przy Pierwej Alei. Wtedy to zawiązały się wieloletnie przyjaźnie Wierzbiańskich, m.in. z Władysławem Bartoszewskim czy Jerzym Turowiczem.


Rok 1978 był kolejnym ważnym rokiem, ponieważ Karol Wojtyła został papieżem, a w Nowym Jorku na burmistrzem wybrano Edmund Kocha. Bolek pełnił w jego administracji funkcję komisarza ds. praw człowieka i dzięki swoim kontaktom był w stanie załatwić miejskie mieszkania dla niektórych politycznych uchodźców z Polski – wspomina Barbara. Nowy Dziennik zaczął też regularnie organizować zbiórki pieniędzy na wsparcie demokratycznej opozycji w PRL-u (fundusze słano m.in. dla Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a później na wolne wybory parlamentarne w 1989 roku). Kiedy wybuchła Solidarność, bycie Polakiem w Nowym Jorku to był prawdziwy szpan – wspomina Adam. – Pamiętam, że załatwiałem koszulki z logo Solidarności dla wielu gwiazd, w tym np. aktorki Lauren Bacall.


Spełnieniem marzeń o wolnej Polsce były dla Wierzbiańskiego rozmowy okrągłego stołu. Pamiętam, że byliśmy wtedy w Szwajcarii i Bolek każdego dnia dzwonił do prof. Bronisława Geremka pytając, czy ma już przyjechać jako przedstawiciel Kongresu Polonii Amerykańskiej na podpisanie umów – wspomina Barbara. – W końcu pojechaliśmy, i to były jedne z najszczęśliwszych dni jego życia„. Każdy, kto znał pana Bolesława, wie, że był on „zwierzęciem politycznym” wielkiej klasy. Bolek marzył, aby być politykiem w wolnej Polsce, ale w chwili upadku komunizmu miał już 76 lat i mógłby odgrywać co najwyżej rolę publicznego autorytetu, jak później Jan Nowak-Jeziorański – mówi Barbara. – Wybrał swój ukochany ‚Nowy Dziennik.



Zmiana warty



W 1994 roku pan Bolesław zaczął podupadać na zdrowiu i Adam zrezygnował z pracy w Hollywood, gdzie oceniał nadsyłane do wytwórni scenariusze. Wrócił z Los Angeles do Nowego Jorku, by wspomóc ojca w rodzinnej firmie. Miałem wpaść na chwilę, by zbudować sieć komputerową, i zostałem już 12 lat – śmieje się Adam, który dzieli czas między Nowy Dziennik i pisanie scenariuszy filmowych. I to właśnie Adam ściągnął do Nowego Dziennika Barbarę, która przejęła stopniowo rolę głównego menedżera i wydawcy.


Na początku brakowało mi mojej starej pracy i czułam się w gabinecie przy 38 Ulicy fatalnie – wspomina Barbara. – Miałam jednak poczucie zobowiązania wobec pracowników gazety i chciałam, aby dzieło mego męża istniało jak najdłużej. Zapewne pomogło też, że za partnera w prowadzeniu przedsiębiorstwa miała syna. Ja jestem bardziej zachowawcza i tonę na ogół w szczegółach, tymczasem Kuba siedzi jakby na bocianim gnieździe i potrafi dostrzec, kiedy zmierzamy w niewłaściwym kierunku.


To właśnie z inspiracji Wierzbiańskiego-juniora wprowadzono w 1996 roku kolor, później stronę internetową, a w zeszłym roku zupełnie nową szatę graficzną przygotowaną przez Garcia Media, jedną z najlepszych tego typu firm na świecie. Myślę, że oferujemy obecnie znacznie bardziej profesjonalny produkt niż przed kilkunastoma laty – uważa Adam. Ponieważ spędzamy razem tyle czasu w biurze, mamy ze sobą niepisaną umowę, że kiedy odwiedzam mamę w jej weekendowym domu w Hampton Bays, nie mówimy o Nowym Dzienniku – mówi Adam.


Obydwoje patrzą na przyszłość rodzinnej firmy z optymizmem. Nowy Dziennik zawsze wychodził na swoje – mówi Barbara. – Najważniejsze, by wciąż iść do przodu. Obracający się w świecie amerykańskich mediów i Hollywood Adam dorzuca szerszą perspektywę: Coraz więcej osób czerpie informacje z internetu i telewizji i na polonijnym rynku zostanie pewnie w końcu tylko jedna gazeta. Mam nadzieję, że będzie to właśnie Nowy Dziennik.


Zbigniew Basara


redaktor nowojorskiego Nowego Dziennika



DECYDENT & DECISION MAKER nr 68, wrzesień 2006 r.


35 LAT NOWEGO DZIENNIKA



Takie były początki



 


Na początku lata 1970 r. grupka paru zaledwie osób rozpoczęła regularne spotkania i narady w sprawie wydawania polskiej gazety w Nowym Jorku. Niektórzy zastanawiali się, jak ratować zamierający Nowy Świat, ukazujący się w metropolii nowojorskiej od 1919 r., inni zgadzali się, iż ów dziennik jest nie do uratowania, więc trzeba raczej utworzyć nowe pismo, które odpowiadałoby nowym pokoleniom emigracji.


W tej początkowej grupie sześciu osób, jak się później okazało – ojców założycieli Nowego Dziennika – znalazło się dwóch duchownych: ks. prałat Michał Majewski z New Jersey i ojciec Michał Zembrzuski, założyciel Amerykańskiej Częstochowy, ostatni redaktor naczelny Nowego Świata Edward Lipecki i blisko związany z tamtą gazetą Marian Święcicki oraz Bolesław Wierzbiański i Bolesław Łaszewski, w którego mieszkaniu 15 lipca 1970 r. doszło do pierwszego spotkania.



Kryzys polskiej prasy



Nowy Dziennik znakomicie rozwijał się w pierwszych latach po powstaniu, albowiem założyciele potrafili sobie poradzić z sytuacjami dramatycznymi, balansowaniem na krawędzi przetrwania.


W początkach lat 70. ciężka sytuacja polskiej prasy w USA przerodziła się w głęboki kryzys. Z dziesięciu istniejących w Ameryce dzienników pozostały tylko dwa – Dziennik Związkowy w Chicago, organ Związku Narodowego Polskiego, oraz prywatna gazeta Nowy Świat w Nowym Jorku. A jeszcze niedawno wychodził Kuryer Polski w Milwaukee – założony w 1888 r. był najstarszą polską gazetą w Stanach Zjednoczonych. Ukazywał się Dziennik Chicagoski (nie należy mylić z Dziennikiem Chicagowskim, który zaczął wychodzić pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku); Dziennik Polski z Detroit, gdzie było jedno z największych skupisk Polaków w USA.


Były jeszcze Nowiny Polskie, także z Milwaukee i Kuryer Codzienny z Bostonu, założony w 1915 r. Wreszcie Wiadomości Codzienne z Cleveland, Ohio, również wielkiego skupiska Polaków w Ameryce, a w innym ośrodku wychodził Pittsburszczanin. W Buffalo i okolicach królował renomowany Dziennik dla Wszystkich – wydawnictwo, które cieszyło się opinią niezależnej finansowo instytucji mającej pokaźne oparcie majątkowe w nieruchomościach oraz własnej drukarni. Dziennik ten nie tylko służył Polonii na Wschodnim Wybrzeżu, lecz docierał również do wielu zakątków świata, w których istniała nasza emigracja.


Kryzys nie ominął i Nowego Jorku. W ciężkiej sytuacji znalazł się w 1970 roku niezmiernie zasłużony Nowy Świat. Od paru już lat przechodził rozmaite koleje losu, a jego ostatnim właścicielem był ks. prałat Franciszek Pałęcki z Filadelfii. Ów potężny niegdyś dziennik znalazł się na skraju bankructwa.


Dlaczego tak się działo? Tzw. stara Polonia, emigracja z początku wieku, zaczęła się pod koniec lat sześćdziesiątych szybko wykruszać. A to właśnie z jej licznych szeregów wywodzili się czytelnicy polskiej prasy w USA. Gdy przybysze z Polski prosperowali w Ameryce, ich prasa także kwitła, gdy ich zaczęło brakować, wraz z nią umierały dzienniki. Nowa fala emigracyjna po 1945 r. nie interesowała się gazetami kierowanymi do odmiennego odbiorcy, innego kulturowo, pokoleniowo, intelektualnie.



Zebrania i narady



Tamten gorączkowy czas jest słabo udokumentowany, krążą różne wersje ówczesnych wydarzeń. Wydaje się jednak, że choć całą szóstką założycieli naszej gazety kierowała ta sama wola ratowania polskiego tytułu, to jednak w tych pierwszych decydujących ruchach kluczową rolę odegrał Marian Święcicki, który był swoistym łącznikiem między starą emigracją „za chlebem” a żołnierską. Święcicki był głęboko zaangażowany w wydawanie Nowego Świata, ale zarazem on najlepiej zdawał sobie sprawę z tego, że w obecnych warunkach gazeta jest nie do uratowania. Wiedział też doskonale, że Lipecki, dotychczasowy redaktor naczelny upadającego dziennika, nie może kierować nowym pismem, toteż wysunął na to stanowisko i forsował kandydaturę Bolesława Wierzbiańskiego.


Spotkania grupy założycielskiej odbywały się w różnych miejscach – a to w mieszkaniach prywatnych, a to w biurze Bolesława Wierzbiańskiego przy Park Avenue, a to w Amerykańskiej Częstochowie u ojca Zembrzuskiego. Dyskutowano, radzono – bez rezultatu. Na podjęcie ostatecznej decyzji miała wpływ niesprawdzona plotka, że konsulat PRL pragnie wykupić Nowy Świat i wydawać gazetę jako organ propagandowy. Należało więc działać.


Zdecydowano o założeniu spółki mającej na celu wykupienie majątku i spłacenie długów Nowego Świata oraz wydawanie nowej gazety. Powołano korporację pod nazwą Bicentennial Publishing Inc. i wybrano jej władze. Funkcję prezesa Rady Dyrektorów powierzono Bolesławowi Wierzbiańskiemu, który w przyszłości został wydawcą i naczelnym redaktorem pisma. Wiceprezesem mianowano ojca Zembrzuskiego, skarbnikiem został Marian Święcicki, sekretarzem ks. Majewski. Postanowiono też podnieść cenę egzemplarzową Nowego Świata z 10 do 15 centów i zmniejszyć liczbę wydań z sześciu do pięciu w tygodniu. Z punktu widzenia dziennika, który wkrótce miał zastąpić dotychczasową gazetę, były to decyzje rozsądne. Przyszły dziennik mógł przejąć po poprzedniku wyższą cenę, a ponadto zaoszczędzić na mniejszej liczbie wydań. Dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych „Nowy Dziennik” wprowadził szóstą, poniedziałkową edycję gazety.



Pierwsze wydanie



Zaakceptowano tytuł oraz szereg kwestii technicznych. Dla założycieli nie ulegało wątpliwości, iż Nowy Dziennik nie będzie organem żadnej partii politycznej, ani pismem żadnego zrzeszenia polsko-amerykańskiego. Będzie przedsięwzięciem prywatnym, niezależnym, przekazującym rzetelne informacje. Jego nadrzędnym zadaniem ma być wspieranie Polski w walce o niepodległość i demokrację, a także służenie polskiej grupie etnicznej w Ameryce.


Początkowo redakcja i drukarnia znajdowały się w Jersey City, gdzie Marian Święcicki wyszukał odpowiedni lokal. Pierwszy numer Nowego Dziennika – Polish Daily News miał się ukazać 17 lutego 1971 roku. Dotrzymanie tego terminu okazało się niemożliwe. Dopiero 27 lutego 1971 r. światło dzienne ujrzała przygotowana i wydrukowana w Jersey City nowa codzienna polska gazeta – Nowy Dziennik.


Tak zaczęła się historia trwająca już 35 lat. Wprowadzenie na rynek i utrzymanie na nim pisma wraz z dodatkiem weekendowym Tydzień Polski (poprzednikiem dzisiejszego Przeglądu Polskiego, choć zupełnie niepodobnego do obecnego dodatku kulturalnego) wymagało ogromu pracy i radzenia sobie z wieloma problemami finansowymi, wydawniczymi, prenumeratą, ogłoszeniami i składem osobowym redakcji. Zadanie to spadło na redaktora naczelnego Bolesława Wierzbiańskiego. Świetnie się z niego wywiązywał, zarówno radząc sobie z przygotowywaniem codziennie nowego wydania w warunkach bez porównania cięższych niż dziś, jak i w sytuacjach trudnych, kiedy musiał podejmować konieczne, choć często niepopularne decyzje.


Gazecie dobrze przysłużyła się zmiana lokalizacji. Pod koniec 1976 r. redakcja przeprowadziła się do Nowego Jorku, gdzie wynajęła piętro kamienicy przy 38 Ulicy między 5 i 6 Aleją. Po ponad dziesięciu latach redakcja ponownie przeniosła się – tym razem do własnego budynku, znajdującego się przy tej samej ulicy, ale między 8 a 9 Aleją. Z dzisiejszego punktu widzenia jedną z najbardziej śmiałych, choć na początku lat osiemdziesiątych bardzo kontrowersyjnej decyzji redaktora Wierzbiańskiego, było odmłodzenie redakcji, postawienie na nowych emigrantów z Polski. To m.in. dzięki temu Nowy Dziennik uniknął losu Nowego Świata i po kolejnych transformacjach rozwija się nadal.


Czesław Karkowski


redaktor nowojorskiego Nowego Dziennika



DECYDENT & DECISION MAKER nr 68, wrzesień 2006 r.

W wydaniu 68, wrzesień 2006 również

  1. Biblioteka DECYDENTA

    Podręcznik lobbingu - wznowienie
  2. 35 LAT NOWEGO DZIENNIKA

    Rodzinne powinności
  3. ETYKA W LOBBINGU

    Podstawa profesjonalizmu