Established 1999

W OPARACH WIZERUNKU

3 maja 2016

Czas celebrytów

W epoce tabloidów tradycyjne kryteria i przesłanki zainteresowania oraz uznania społecznego okazują się staroświeckie, nieaktualne. Nawet pojęcie sławy się zdewaluowało albo wyszło z obiegu, zastąpione przez „popularność” albo przez jeszcze mniej poważne i zobowiązujące (do czegokolwiek) „bycie znanym”. Popularny – w ścisłym sensie tego słowa – był ktoś nie tylko znany, ale przy tym ceniony właśnie z tego powodu, który uczynił go znanym i ze względu na pozytywną ocenę otoczony powszechną sympatią, lubiany – pisze profesor Mirosław Karwat.

Prof. dr hab. Mirosław Karwat

Popularność można było zawdzięczać nie tylko i nawet nie tyle decyzjom, czynom lub dziełom bardzo istotnym społecznie, zwłaszcza przełomowym, nowatorskim, użytecznym w rozwiązywaniu problemów społecznych, ale równie dobrze błahostkom – ulotnym osiągnięciom w sferze rozrywki, sportu. Wystarczającym tytułem do popularności było zbiorowe poczucie atrakcyjności jakiejś osoby – na przykład ze względu na urodę, wdzięk, urok osobisty, ujmujące lub rozbrajające poczucie humoru, czarujący i wręcz zniewalający głos – nie wymagający mądrości, walorów intelektu.

Popularni byli gwiazdorzy sceny teatralnej, opery, później mistrzowie sportu, choć popularni bywali również i politycy, nawet mężowie stanu. Co prawda, męża stanu poznawało się po tym, że mniej dba o popularność niż o odpowiedzialność w swej działalności, że zdolny jest do działań narażających go na utratę popularności. Stać go na odwagę i ryzyko pójścia pod prąd, przeciwstawienia się powszechnym (a złudnym lub zgubnym) oczekiwaniom i własnym pokusom, by działać „pod publiczkę”. Jednak dziś, w epoce PR i marketingu, to już wzorzec muzealny. Jak powiedziano w pewnym aforyzmie, mąż stanu myśli o przyszłych pokoleniach, a polityk tylko o najbliższych wyborach.

Ludzie popularni „dorabiali się” kręgu sympatyków. W sferze artystycznej (w muzyce, sztuce scenicznej, literaturze) wręcz miłośników. A w sferze sportu ich armią byli i pozostają wierni kibice. Wierni – to znaczy wierzący w atuty swych ulubieńców, zagrzewający ich do walki o trofea, wspierający, cierpliwi i pełni wiary w ostateczny sukces w chwilach słabości, porażek. Kibiców nie mylmy oczywiście z kibolami, dla których mecz, zwycięstwo lub porażka danego klubu czy zawodnika (wbrew pozorom, im jest wszystko jedno) to jedynie pretekst i okazja do kolejnego łomotu.

Z czasem w sporcie masowym i w kulturze popularnej wykształcił się fenomen fanów – czyli więcej niż sympatyków, bo zagorzałych adoratorów. Tacy jednak czują się nieomal właścicielami swych ulubieńców. Zachowują się jak właściciele koni wyścigowych. Stawiają im wymagania, potrafią nie tylko nagradzać uwielbieniem, ale i karać za sprawiony zawód. I bezceremonialnie ingerują w prywatność tych, których stawiają na piedestale, bo chcą rządzić ich życiem dla własnej zachcianki.

Kimś innym byli natomiast – w czasach raczej minionych – zwolennicy określonych idei, sił politycznych i przywódców, kierujący się nie tylko emocjami, ale i pewnymi przemyśleniami, merytorycznymi kryteriami oceny; podczas gdy fan może pozostać dyletantem, kierować się tylko wrażeniami, nastrojami, uprzedzeniami.

Klasyczny prominent sfery publicznej – może poza światem „poważnych” polityków, urzędników, sędziów, intelektualistów – to osoba o statusie gwiazdy. Określenie metaforyczne uzasadnione porównaniem znakomitości do gwiazdy, która wyróżnia się blaskiem i promieniuje na całe otoczenie. Gwiazdor może sobie pozwolić na manifestację próżności, na „królewskie” maniery, zachcianki i kaprysy. Choć tylko pod tym warunkiem, że spełnia oczekiwania, zaspokaja upodobania swych wielbicieli lub sympatyków. I tylko do tej chwili, gdy rozminie się w swych poszukiwaniach, eksperymentach z ich nastawieniem, albo, co gorsza, gdy to on nie nadąży za zmianą mody, znudzi się swym adoratorom. To znany los wielu gwiazd estrady, sceny, filmu.

Jeszcze poważniejszy status (niż status gwiazdora), choć nie w sensie merytorycznej powagi, miewali i nadal miewają ci, którzy traktowani są jak idole.

Określenie „idol” jest zapożyczeniem ze sfery sakralnej i przeniesieniem pojęcia „bożka” w sferę kultury popularnej. Idol to ktoś więcej niż popularny i wyniesiony na szczyty uwielbienia; to osoba obdarzana czcią quasi-religijną. Przypisuje się jej charyzmę, właściwości nadzwyczajne i cudotwórcze (choć może tu chodzić po prostu np. o niezrównany talent w „kopaniu piłki” lub w sztuce gotowania przed kamerami). Wydaje się on niedościgniony (nikt inny nie byłby w stanie robić tego czy tamtego równie dobrze jak on), niezastąpiony, a przy tym tajemniczy (nikt nie jest w stanie pojąć, jak on to robi, jakim cudem mu się to udaje). I staje się żywym wzorcem do naśladowania. Idol nie tylko wisi „w każdym domu” na plakacie, na honorowym miejscu jak ikona czy ołtarzyk; ale jego kult ucieleśniany jest w naśladownictwie masy ludzkiej (ubierać się tak jak on, mówić tak jak on), w kolekcjonerstwie gadżetów-relikwii i w encyklopedycznej kompetencji fanów (jak uczestników dawnej „Wielkiej Gry”), którzy o swoim bożyszczu „wiedzą wszystko”.

A teraz już gwiazdorów i idoli zastępują celebryci. Albo też ci gwiazdorzy i idole sami degradują siebie do roli celebrytów. Ale o tym później.

Wróćmy teraz do pojęcia najcięższego kalibru – do pojęcia sławy.

Wcześniej słowo „sława” znaczyło coś więcej niż bycie powszechnie znanym czy nawet popularnym. Kojarzyło się z przeświadczeniem, iż chodzi o osobę, która dokonała czegoś ważnego i ze względu na to sama uznawana jest za ważną dla społeczeństwa, za osobistość. To było tytułem do sławy.

Drugi atrybut dawnego pojęcia sławy to „ponadczasowa” trwałość społecznego zainteresowania i uznania. Prawdziwie sławny był (dziś czasem jeszcze jest) ten, o kim pamięta się po latach, kto zdaje się kimś ważnym również dla następnych pokoleń, kto stał się żywym symbolem czegoś. Ten, czyje nazwisko w późniejszych czasach jest znane nawet zupełnym ignorantom (choć poza tym mogą nie mieć pojęcia ani nie są ciekawi, kim był i co takiego zrobił ten Szekspir czy Einstein). Potoczne określenie „pięć minut sławy” to sprzeczność sama w sobie. Osobnik, który jest sprawcą jakiegoś zamieszania, i o którym nie pamięta się już po miesiącu, roku, nie jest (nie był) sławny, to nadużycie słowa. Zwróćmy uwagę, nie zapominajmy o tym, że sławny jest ten, kogo się sławi – czyli wychwala, czci, upamiętnia.

Bo też trzecim atrybutem sławy jest społeczna ocena – bądź (częściej) pozytywna, bądź (rzadziej, ale na pewno wtedy, gdy w grę wchodzi szok, zbulwersowanie, oburzenie, potępienie) negatywna. Sławny był ten, kto wzbudzał podziw, wdzięczność, z kim można było się identyfikować, do kogo można było się odwołać jako autorytetu. Albo ten, kto wzbudzał strach powszechny, a przynajmniej zbiorową niechęć, awersję, niesmak, tym bardziej – potępienie. Wielki zbrodniarz musiał stać się sławnym. Zauważmy jednak: sława nie była pisana ludziom nijakim. Ani ktoś zupełnie pospolity, nieoryginalny, małpujący poprzedników, ani osobnik będący… żywym kiczem, ani człowiek pozbawiony wyrazistych właściwości (np. poglądów), ani człowiek, który nie ma żadnego trwałego dorobku nie przedostawał się do panteonu.

Przez całe stulecia było tak, że na to, by stać się kimś znanym, cieszyć się uwagą szerokiej publiczności, trzeba było zapracować. Czym? Długim stażem obecności w życiu publicznym, sprawdzianem (a zarazem konkursem, w trudnej rywalizacji z innymi pretendentami) swoich umiejętności, uzdolnień, talentów, osiągnięć. Inna sprawa, czy te sprawdziany wartości ludzi i konkursy „kto lepszy” rozstrzygane były sprawiedliwie.

Osobą znaną był ten, kto „dał się poznać” – jako artysta, uczony, literat, architekt, działacz, polityk – z owoców swojego wysiłku. Zazwyczaj przez długi czas bywał niezauważany (a więc i niedoceniany), co najwyżej oceniany i ewentualnie ceniony w swoim zawodowym środowisku, w kręgu podobnych sobie specjalistów, profesjonalistów, w rywalizacji z innymi o podobnych, w każdym razie porównywalnych ambicjach i dokonaniach. Bycie znanym i wręcz sławnym wiązało się z tym, że ma się nie tylko sympatyków czy zwolenników, ale i rywali, nawet przeciwników. Kto takich nie miał, narażał się na podejrzenie, że jego osoba ani działalność nikogo nie obchodzi i nie porusza.

A dziś „wystarczy być”. Wystarczy pojawić się i przykuwać uwagę – byle czym – w telewizji, w internecie, w kolorowych gazetkach; w kronikach towarzyskich i „serwisach” plotkarskich. Wybitni uczeni, pisarze czy artyści pozostają nieznani (w szerszych kręgach społeczeństwa), podczas gdy każdy wie, jakie głupstwo powiedział taki czy inny nieuk, jaki kicz stworzył pseudoartysta, jaki skandal wywołał zwykły cham, kto komu nasikał do mleka lub dał po pysku. A do programów obiecujących „pięć minut sławy” (w tańcu, śpiewaniu, gotowaniu, bieganiu po krzakach) zgłaszają się tabuny ludzi przekonanych, że pojawienie się po drugiej stronie telewizora czyni ich niezwykłymi. Nawet moda na „selfie” jest przejawem nie tyle epidemii narcyzmu, ile tłumnej nadziei, że osiągnę rekordy „lajków” swoją facjatą, długim penisem lub piersią-balonem.

Kiedy każdy może być „sławny”, to nikt nie jest sławny i naprawdę nie liczy się nikt.

PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT

Uniwersytet Warszawski

W wydaniu nr 174, maj 2016, ISSN 2300-6692 również

  1. PISARKA EMIGRANTKA

    Miłość nad życie w czasie większym niż życie
  2. NIEUCZCIWA KONKURENCJA

    Ochrona wartości marki "Joanna"
  3. WIATR OD MORZA

    Krzyk
  4. LEKTURY DECYDENTA

    Mroczna era stalinizmu
  5. WIATR OD MORZA

    Nie ma Polski?
  6. ZEGAREK SPEAKE-MARIN

    Czas mierzony rumem
  7. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Autoportret karykaturzysty
  8. LEKTURY DECYDENTA

    Żywot Czesława
  9. INNOWACJE, PATENTY, WYNALAZKI

    Invent Arena 2016
  10. PREZESIE JACKU KURSKI

    Statystyki spadku oglądalności nie kłamią
  11. FIRMA KOSMETYCZNA LOTON

    Złoty Medal na MTP
  12. BIBLIOTEKA DECYDENTA

    Guru pieniądza
  13. KONFEDERACJA LEWIATAN

    Słono za wodę
  14. FILOZOFIA I DYPLOMACJA

    Radość, duma i zaduma
  15. W OPARACH WIZERUNKU

    Czas celebrytów
  16. SŁOWIANIE

    Nasze dziedzictwo, cz. 2
  17. LEKTURY DECYDENTA

    Hitler zagląda pod kołdrę